poniedziałek, 12 stycznia 2009

bezdroża literatury



no więc poszłam do księgarni. ale przecież nie mogli mieć jeszcze Oty Filipa, bo dopiero mu malują okładkę. więc. sama nie wiem. czy to wpływ księżyca
czy też inne opętanie. ale nabyłam sobie o, to :

muszę się na chwilę uwolnić od prozy Dehnela jakimś radykalnym cięciem, bo inaczej nie wyjdę z podszytego zachwytem stuporu.


b.

sobota, 10 stycznia 2009

desperacja czytelnicza on

czytam. „Lalę” Jacka Dehnela. każdy wers cyzeluję po literce, dwa spojrzenia w okno, jedno w książkę. po przeczytaniu strony z niekłamaną rozpaczą odkładam książkę na bok. upiorne dawkowanie dla przedłużenia przyjemności lektury. czytam i w zachwycie się roztapiam. pamiętacie thiller , w którym Kathy Bates więzi swojego ulubionego pisarza i on pod groźbą utraty życia musi dla niej pisać ? no. to ja bym zrobiła z Jackiem Dehnelem to samo. przywiązałabym go do mojego fotela bandażem elastycznym, karmiła fasolką po bretońsku i śledziem po japońsku. i czekała na cieplutki maszynopis.
a gdybym miała drugi fotel, przytroczyłabym do niego Antoniego Liberę, który po „Madam” nie raczył napisać żadnej książki. doprawdy czyste marnotrawstwo talentu. a. najwyżej go przytroczę do pufy. będę karmić bigosem i owocami morza. i niech chłopak pisze na allacha, bo inaczej mu coś utnę albo wyrżnę nerkę, z jedną można żyć, więc pisać tym bardziej.
albo wyjdę za Liberę i usynowię Dehnela. zostanę toksyczną żoną i matką, szantażując uczuciowo wymogę na nich kolejne książki. za każdą nienapisaną stronę popadać będę w histeryczną epilepsję, będę przypalać zupę i przestanę golić łydki, którymi będę epatować społeczeństwo stojąc z przysposobionym mężem w kolejce po podroby.
tymczasem idę czytać. na zakładce wołami oraz czarnym markerem wykaligrafowałam „rymember, tylko j-e-d-n-a strona !!!”
no to pa.
b.


ps.
skończyłam. czytając ryczałam od 349 strony do ostatniej tj. 408 strony. ryczałam nad przemijaniem i fizycznym rozpadaniem na atomy postaci babci Heleny, jej filiżanek, obrazów i myśli, ryczałam nad doświadczaniem przez Jacusia przemijania fizycznego i historycznego, rozpaczałam także last but not least nad sobą w dwójnasób, raz, że i ja będę musiała być także świadkiem jakiegoś rozpadu, czyjegoś gaśnięcia , świadkiem odchodzenia nie tylko ze świata ale i od siebie samego, dwa, że i ja kiedyś będę odchodzić, niekoniecznie mile i ładnie przemijając, że być może zostanie mnie we mnie tyle co kot napłakał do starej spękanej miseczki. i czy ktoś wtedy, obłaskawiając cierpliwie moją demencję przykryje mi nogi moim własnym pledem, nie zaś pledem dyżurnym domu radosnej starości „złota reneta”.

...„Lala” nie była pisania jako powieść mainstreamowa, gdybym chciał robić coś mainstreamowego, to pisałbym coś na kształt tekstów Janusza L. Wiśniewskiego czy Grocholi, co, powiedzmy sobie szczerze, nie stwarza jakichś szczególnych problemów literackich nawet średnio inteligentnemu człowiekowi. ...JD.

Po przeczytaniu „Lali” nawet przez chwilę nie pomyślałam, że ta wypowiedź jest zadufana i gburowata.

Już się martwiłam, co ja będę czytać po Dehnelu, na szczęście mój kolejny faworyt, Ota Filip, zechciał napisać, bez wiązania do fotela, kolejną książkę „Sąsiedzi i ci inni”. No to idę do księgarni :)
b.

czwartek, 8 stycznia 2009

gaudeamus camelus

mam, mam, mam ! mam postanowienie noworoczne (jeszcze się liczy, prawda? jeszcze się łapie w liczony w dniach kwadrans studencki wszak ?). otóż, idę na studia. jest mi zupełnie newermajnd i hauever jakie, ale. jest jeden condiczio sinekłanon. te studia muszą się odbywać na UW. mieliście pojęcie jaki piękny jest nasz uniwersytet? perła architektoniczna indyd. I wszystkie wykłady poproszę od 16.25, kiedy już stosowna iluminacja zjawiskowo dekoruje fasady, na które moje oko reaguje frenetycznym zachwytem. i dźwi. wiecie, że tam się same otwierają dźwi? podchodzisz, wyciągasz łapkę do zabytkowej, rzeźbionej klamki zabytkowego budynku a dźwi same, samiuśkie, bezstykowo się rozwierają jakby obsługiwane przez niewidzialnego portiergajsta. potem marmurem wyłożony hol, a w nim kryształowe kandelabry cichutko brzęczą „hej ho hej ho, na wykład by się szło”. a wykład w sali ultranowoczesnej, sterowanej ukrytymi guziczkami, z telebimem godnym transmisji koncertu chóru dwustu kozaków zadonieckich na koniach w galopie. w takim anturażu mogłabym się nawet uczyć gry na drumli z dynastii shang albo studiować poezję w sanskrycie tybetańsko-mongolskim. tymczasem uraczyłam się tam slajdowiskiem z podróży młodego człowieka rowerem z Warszawy do Kairu. oszczędna w słowach narracja była podszyta wibrującymi emocjami, miłością i tęsknotą do tej, dla zwykłego zjadacza grahamki trudno pojmowalnej, wyprawy, do ludzi o wielkich sercach i gościnności daleko wykraczającej poza przysłowiowe pojęcie gościnności słowiańskiej. tym samym gościnność wschodnioeuropejska i islamska każe poważnie zweryfikować rozpiętość naszych ramion w geście powitalnym i raczej powinna nam spurpurowieć wstydem nasze słowiańskie oblicza podejrzliwie zza płota spoglądające na obcych przybyszy. przez chwilę znowu było nieznośnie upalnie i wydawało się , że kozaki się stopią w syryjskim słońcu, przez chwilę znowu byłam w magicznej Jerozolimie, przez chwilę morze martwe sypnęło solą z ekranu, przez chwilę znowu byłam nad nilem. no więc chyba pójdę. pójdę na studia. UW mię wzywa niczym złachanego wielbłąda kusząc go obietnicą rajskiego seraju i wiadrem świeżych fig maczanych w baranim, sfermentowanym mleku.


macie jakąś ideę, jaki kierunek powinnam obrać (poza kierunkiem tapczan, który jest u mnie priorytetowy for ewer) ?
b.

wtorek, 6 stycznia 2009

Trzej Królowie z AGD

o ho ho dziś wielki dzień. pamiętajcie dziewczyny – od dziś żadnego zmywania. wszystkie statki i widelce w kartonik i dehaelem do baby jagi. testujemy zmywarkę. o ho ho. porcelana babci w różyczki oczywiście odpada bo jej odpadną te różyczki i nam się babcie zbiesią tu lub tam. gdziekolwiek są. papram więc trzeci gar bigosem i patelnię sosem, wszystko w wysokooktanowym tłuszczu z rozmazem. smyranie zwykłej filiżanki po herbacie nie daje albowiem wiarygodnej oceny. może nawet posunę się do zmiksowania smalcu malakserem, niech się urządzenie wykaże. a na płytę kuchenną rzuci się kiełbaski owinięte żółtym serem i posypie migdałami do uprażenia. i potrzebny jest dwunastokilogramowy indyk – najlepiej z nadzieniem z wątrobianą – piekarnik też musi przejść swój test. nie pamiętam co tam baba jaga jeszcze nabyła – kuchnię z funkcją prasowania, czy lodówkę opowiadającą kawały. nasza czarownica, latająca na miotle i warząca w miedzianym kociołku mysie truchła przechodzi ewolucję technologiczno-cywilizacyjną. może jutro pojedzie do pracy na żelazku? oglądajcie kurier warszawski, albo relację z ministerstwa – nie wiadomo gdzie to puszczą :)
b.


ps.
a wiecie co dziś znalazłam na szybie (okiennej , nie naftowym) - OD WEWNąTRZ !?! - mróz ! taki pienkny, w kształcie karbowanych gałązek paprotki strzępiastej, taki bajkowy - telewizyjny wręcz. mróz mi pomalował szyby od wewnątrz. i bynajmniej nie było to wewnętrze samochodu , o nie ! to było wewnętrze mieszkania. najpierw z niewiary uszczypałam się w dyndający podbródek a potem sinym palcem skrobnęłam srebrny wzorek. no zupełnie jak w wiejskiej chacie na podlasiu pod lasem rodem z początków ubiegłego stulecia. chyba jednak użyję wacików i skocza. w skrajnej sytuacji (minus30) odkręce kaloryfer i łeb urwę hydrze, tj. tfu pokonam mróz w myśl zasady kto temperaturą wojuje ten od temperatury ginie.
b.

sobota, 3 stycznia 2009

biing (g)older

urodziny. powiedzmy sobie, że hm, kolejne. obleczona w czeskie perły i poliestrowe diamenty pachnę sobie urodzinowo maseczką miodową i kieliszkiem nalewki wiśniowej. na torcie stosowna cyfra. od dziś zawsze ta sama. O-SIEM-NA-ŚCIE! smalec tężeje, sos się przegryza z czosnkiem, woda w kranie, gaz w rurach, książki przy tapczanie , a zaraz się rozlegnie pukanie i strzeli szampan. i niech tak będzie przez następne yyy osiemnaście z okładką. a jeśli nie będzie, to wezmę widły i trzynaście razy nadzieję na nie każdego, kto mi to wszystko co mam zfilcuje. a potem odkorkuję kolejnego szampana, nałożę maseczkę i będę czekać na pukanie !
b.


ps.
byli u mnie derwisze ;)



ps.2

nie wiem co mnie bardziej przeraża: wizja mrozu czy wizja pracy. albo wiem, albo wiem. jednak wizja pracy. budzik na 5:30. piątą trzydzieści?!? jeszcze kilka dni temu szłam spać o 6:12. do pracy spakowałam gar wędrującego bigosu dzidka, pudełko owocowej brei marnie imitującej galaretkę, waham się przy naleweczce. zwyczaj subtelnych chlapnięć przed południem może się, szokiem nagłego odstawienia, upomnieć o kultywowanie. jest 20:20 więc chyba już pójdę spać. czy to prawda, że trzech króli nie jest dniem wolnym od ? unmygliś zaiste, unmygliś.
b.

ps.3

pięknie skrzypi pod butami mróz. i pięknie skrzypi moja poliestrowa kapota, nagle po wyjściu na dwór sztywniejąca jak po zalaniu gipsem . w te zimne wieczory siedzimy sobie z farelką na stosie dzianin w najdalszym kącie trzydrzwiowej szafy okutane w pled a ja myślę z otuchą, że może wcale nie trzeba będzie włączać tego drugiego kaloryfera, z którego mam przyznany domiar do uregulowania za ponadplanowe nadużycia w sezonie grzewczym 2007-2008. Skoro przy minus 22 wytrzymałam bez, to resztę zimy też spędzę przy zupełnie wyłączonym kaloryferze i może nawet od czasu do czasu wyjdę z szafy.

b.

wtorek, 30 grudnia 2008

balansując bilansem

po świętach nie odważyłam się założyć nic poza workowatymi dżinsami ze streczu, które świetnie na mnie leżą gdy w mgnieniu oka noszę rozmiar ach ach czterdzieści (gdym zaczynała działalność blogową) a jeszcze doskonalej wypełniam je sobą przy trendzie wzrostowym och och czterdzieści i cztery (tudej). ryby, proszę państwa, ryby są głównym podejrzanym o implikację korelacji spożywczo-przyrostowej. wnoszę to z faktu, ze w moim menu przez ostatni tydzień były głównie : ryby w galarecie, ryby faszerowane, śledzie w oleju, śledzie w winie, śledzie w occie, śledzie w orzechach, śledzie w suszonych pomidorach, mikroskopijne śledziki prosto z morza adriatyckiego w zalewie jarzynowej, szprotki w tomacie i karp w panierce – wszystko niezwykle skromnie ugarnirowane, dla podkreślenia walorów smakowych, sałatką jarzynową, pierogami z kapustą, kapustą z grochem, fasolą z porem, porem z ogórkiem i makowcem. acha , no i serniczkiem grubo olukrowanym, pierniczakami, śliwkami w czekoladzie, miodowniczkami i majonezem. jak widać w eskalacji diety optymalnej poszłam o krok dalej i zmaksymalizowałam nie tylko spożycie tłuszczów ale i węglowodanów i niniejszym potwierdzam, tempo przybierania w obwodzie jest maksymalnie optymalne, nie mogłabym sobie życzyć szybszego. wprawdzie osiągnięty skutek całkowicie mnie zaskoczył, ale wszakże powszechnie wiadomo, że niespodzianki są miłym akcentem życiowej monotonii. w związku z powyższym na zbliżającą się zabawę sylwestrową wyprasowałam już ekstrawagancki, włoski sic!, fartuszek kuchenny o erotycznym podtekście i nie zamierzam go zezuć, gdyż wyglądam w nim jak pamela anderson albo nawet i lepiej (nie wiem czemu word mi na czerwono podkreśla to „nawet i lepiej”, impertynent, a może nawet i impotent jeden). nawet na pewno lepiej. i tak oto kuchennymi drzwiami przejdźmy do podsumowania mijającego roku. udało mi się, przy bardzo intensywnych staraniach, pozostać stanu wolnego i sumiennie wypełniam treścią przepowiednię hanny bakuły, iż kobiety koziorożce (naturalnie z wyjątkami potwierdzającymi regułę) zazwyczaj zostają starymi pannami o wybitnych cechach „dzidzi piernik”z subtelną domieszką „galwanicznej żaby”. i tak to w zgodzie z proroctwem, nie będąc oszałamiającą blondynką, doznałam arabskiego ostracyzmu wobec dojrzałych , farbowanych szatynek . albowiem, jestem mistrzem maskowania moich niezmierzonych pokładów blondynkowatości charakteru. mimo tego disapojting, szczerze do egiptu zapałałam uczuciem gorącem i na zaś trzymam spakowane w reklamówkę z egipskiego duty free kapelutek, krem filtr 50 i złote klapeczki, gdyby mi ktoś w nocy o północy zaoferował last minyt do krainy faraona. pozatym co. ciągle się gubię w moim nowym apartamencie i mam świeżo nabyty syndrom niedowładu rąk przy otwieraniu kopert z potencjalnymi rachunkami. niechętnie dochodzę także do wniosku, że moja twarz oraz pozostałe kończyny, wymagają sprawnego fotoszopa, gdyż natężenie bruzdowatości każe mi oblekać lustra w grube, cieliste pończochy, a jak ja mam oblec lustro w trzydrzwiowej, dwumetrowej szafie? no jak ? w bilansie ujemnym ponadto prym wiodą wyroby tytoniowe. tu walę całą mocą w pierś producenta z łoskotem i pretensją o tak niehumanitarne ceny i parszywe skutki (albo odwrotnie).
W bilansie dodatnim zaś mam WAS!
i ten plus całkowicie mi przesłania wszelkie realne i wyimaginowane minusy. stara już jestem (ważne didaskalium: tu publika podnosi negującą wrzawę na stojąco i rzuca mi pod nogi herbaciane róże, fijołki, kwiat paproci , zielonego dżoni łokera i składki na czeci filar) , więc patos i ckliwy sentymentalizm leżą mi tak dobrze jak te workowate, streczowe dżinsy. motto na 2009 : stej tjuned.


b.

poranną śledząc szadź










b.