środa, 20 sierpnia 2014
Znik liguryjski
zbieram, się. uczciwie mówię zbieram się do napisania o Ligurii. ale. co mię wątek podejdzie, to mi się go chce zilustrować zdjęciem, bo mi słów braknie na urokliwość tamtejszą a to mi naonczas zonk w głowę grudkowatym kartoflem, że przecież NIE MOŻESZ dodać. bo. nie. bo za mało volumenu albo za gupia blogerka. albo oba naraz najpewniej. nawet sobiem tfu, chrom (google nie ten pierwiastek) zainstalowała, co mi znikł wszelkie ulubione adresy. tfu. tfu. tfu. szatański pomiot jeden niedomyty. co w sumie sumarum jednak dobrze mi konweniuje z wątkiem liguryjskim albowiem. w Ligurii znika. znika różne rzeczy , ludzi i miasta całe. ot, taki liguryjski trójkąt bermudzki. bo na ten przykład pierwszego poranka, gdyśmy odsypiali we włoskich piernatach koszmary podróży (24h) nasz kolega wyzuty z łoża swoim szczególnie łaknącym bladego poranka zegarem biologicznym wyruszył na eksplorację okolicy nieodległej – czytaj wyszedł z naszego wiszącego nad doliną domu, rozejrzał się i natychmiast zawarł znajomość z takoż wyzutym z łoża sąsiadem pielącym grządki w starożytnych ruinach obrosłych dzikim bluszczem i zdziczałymi figowcami, które okazały się być jego castelem. smaczku tej nowej znajomości dodaje fakt, że kolega je ino amerykancko- wzgl. polskojęzyczny zaś sąsiad języczny italiańsko. od słowa do słowa, od gestu do gestu, toczyła się rozmowa, na skutek której poznaliśmy z późniejszej relacji, że oto obok tuż za miedzą mieszka niezwykle uroczy Arturo wraz ze swą matką staruszką/czy też ojcem zgrzybiałem, a któren to Arturo za przyczyną dziadka lub wuja w armii Mussoliniego chętnie i owszem rozmawia ale jeno po teutońsku i ponieważ kocha Polaków to bardzo nas zaprasza na śliwki, co mu wtenczas mnóstwem obrodziły a kozy już na nie nawet patrzeć nie mogą. w dodatku Arturo miał być menszczyzną młodym zasadniczo (czytaj czwarty krzyżyk malował mu się na nieposiwiałym czele) przystojnym i samotnym, co sumując z posiadaniem własnego castello uczyniło go nam niewiastom wielce, wielce pociągającym. do czasu. no więc na śniadaniu, które celebrowaliśmy na gigantycznym tarasie, w podcieniu słomianego od słońca zadaszenia i w obecności ślicznej gipsowej figurki dziewczątka z jakimiś miejscowymi łodygami w dłoniach (która to figurka nasunęła mi natychmiast myśl, że to jest święta Brunella – patronka lekkomyślnych turystów a na fartuszku na pewno ma wyhaftowane zawołanie „follow me”), no więc na gigantycznym tarasie z widokiem na dolinę cho cho Chochołowska może to nie była ale równie śliczna, kolega nam spotkanie szczegółowo zreferował wzbudzając nasze niejakie, w wierze maluczkich, wątpliwości. gdyż jakby ilość detalicznych komunikatów szła w sprzeczności z brakiem wspólnego języka. no ale. jak się ktoś dogadać chce to potrafi. .prawda. zachwalany pod niebiosy sąsiad, wróć, gaj śliwkowy, uruchomił natentychmiast naszą gotowość do zawarcia bliższego tetate, a jako władająca językiem wojennych przyjaciół Mussoliniego (nie, nie, nie – żaden mój dziadek w tem palców nie maczał) wyruszyliśmy na nieodległą ekspedycję, czyli po trzech chybotliwych i zmurszałych schodkach w dół doliny, z zamiarem zaproszenia Arturo na słowiańską kolację przy świecach, cykadach, polskiej wutce i ze śliwkami w roli zagrychy. zanim, oczywiście podmalowałam stosownie oko i wdziałam w ucho okolicznościowe kolczyki pod kolor śliwkowego gaju. temczasem Arturo rozpłynął się w niebyt wraz ze swoją mateńką staruszką/ojczulkiem zgrzybiałym. chodzilim, wołalim, w próchniejące ze starości drzwi castello pukalim i łomotalim i nic. niente. cisza jak w grobowcu Musolliniego. owszem, byli śliwki, smaczne, słodyczą po palcach płynące. ale Arturo, przystojny, samotny z nieposiwiałą skronią i rozpadającym się kamienno-wapniowym castellem znikł był jak kamień w dolinę. zrobilim co swoje, czyli nabrawszy w gaju w przepastne tiszerty śliwków po kokardkę - znaczy szaber, z włoska bottino, odeszliśmy sarkając pod nosem, że się naszemu koledze Arturo przyśnił jeno. a szkoda. bo plany były dalekosiężne. i może mielibyśmy miejscówkę na lato/lata. ech. zaraz potem namierzyliśmy napis we wsi, że oto tu w górę najdziecie prawdziwy Castelleo da Garlenda zbudowany w prawdopodobnie 1090 roku słynący ze starej fontanny oczyszczającej z finansowych fiask. skoro, czyli migusiem podjęliśmy nie jedną ekspedycję ku. wszystkie, literalnie wszyściuchne zakończone fiaskiem, finansowym takoż(dodajmy, że chodzi o drogowskaz na jedynej drodze w okolicy, bez możliwości skrętu gdyż skręt oznacza upadek w przepaść liguryjsko-alpejskiej nicości obrośniętej starymi figowcami!). nie tylko znikł castello. znikł też napis i drogowskaz. choć wszyscy jak jedna żona i jeden mąż przysięglibyśmy na Ozyrysa, żeśmy go, ten drogowskaz, widzieli. a on znikł był jak Arturo, jak duch we mgle, jak pensja po opłaceniu rachunków, jak lody z czarnej kubańskiej czekolady z polewą jagodową w Noli (o tym, potym - bo warte zaznaczenia śliczne portowe miasteczko z łodziami rybackimi pachnącymi świeżą sardynką). niente. i tak to nie oczyściliśmy się z finansowych fiask a przeciwnie wydalim na benzynę dodatkowe walory. a niedługo potym, w drodze do Portofino (zapowiadali wprawdzie w starem radio, że "We mgle zginęło Portofino,W zaroślach ostro krzyknął ptak,W zatoce księżyc się rozpłynął" aleśmy nie uwierzyli, piersi naiwni), część naszej wycieczki odnotowała spektakularne zniknięcie z globusa sześciutysięcznego miasteczka Camogli, słynącego z pięknego portu rybackiego i kruchych jak lód na przednówku ciasteczek camogliesi rozpływających się w ustach rumem, migdałem i kawą. część wycieczki, cudem nie dotknięta zniknięciem, nie dość że się napawała widokiem 3xp : portu/plaży/prania widowiskowo rozpostartego między wąskimi uliczkami miasta, to nabyła te sławetne ciasteczka, których receptury, choć i język i oko wykol, nie znajdziesz ni tu ni nawet w tam . i wprawdzie osobiście nad słodkie przedkładam śledzia, to wierzcie mi, warte są one peregrynacyj do Camogli. i taka to jest historia znikania w Ligurii, a o tym co nam jednak nie znikło kiedyś tam, kiedyś .... być może.
b.
niedziela, 17 sierpnia 2014
weekend z wywilżną karłowatą
patrząc na zgromadzone weki pozwolę sobię stwierdzić, że jesień może nadejść. w słojach zagęszczających domową spiżarnię piętrzą się i ściskają w towrzystiwe przypraw domowej roboty ogórki z curry, cukinie z papryką, konfitury wiśniowe, galaretki z czarnej porzeczki. w kolejce jeszcze śliwki w occie, buraczki, papryka marynowana i oczywiście grzybki marynowane i suszone – niech grzyby się stosownie przygotują i obrodzą albowiem w domowych zasobach pustka, próżnia i wątłe wspomnienie aromatu, któren bynajmniej nie starczy ni na pierogi ni na bigos.za nami całkiem miły weekend w stolicy. leniwy, czasem zroszony deszczykiem ale za to, fala meksykańska, bez powrotnych korków! podjęto w te dni nieudaną próbę namierzenia grzybów w lesie, a w zasadzie lasu z grzybami ale na wskutek oraz w zadośćuczynieniu zbłądzenia odkryto zjawiskowe mokradła kole Słupna, kipiące złocistą nawłocią i fioletową krwawnicą pospolitą. w międzyczasie z ukontentowanym aplauzem skonsumowano proszony obiad u Starszej Pani serwującej kuraka z pyrami oprószonymi koperkiem i buraczkami (z ortodoksyjną jak pambóg przykazał zasmażką). pozatem łyknięto dwie książki Karpowicza (”Cud” i „Sońka” - majstersztyk i przepięknie prowadzona fabuła!) oraz napoczęto „Kartki z dziennika” Chwina – mądrość i urok każą chylić czoła. oraz wysłuchano i popodrygiwano na koncercie Ofir Shwartz Trio na rynku Starego Miasta m.in. do ślicznej „Folk song” oraz do fantastycznie udżezowionej (straszne słowo ale nie znajduję innego odpowiednika) kołysanki „ Z popielnika na Wojtusia...” odśpiewanego murmurando przez widownię . i tak to chyli się ku końcowi pierwszy od lat kilkunastu sierpniowy weekend w Warszawie. a w garze perkoce jeszcze na zimę chutney śliwkowy, a na patelni pryska złotym gęsim tłuszczem kotlet w panierce (mlask) . może to i wpis o niczym ale za to o jakim przyjemnym niczym. czego i Wam życzę.
b.
ps. muszki owocówki zwiedziawszy się o przetworach i zaprawach tłumnie walą mi do mieszkania drzwiami i oknami ale nad wrzącym chutnayem nagle z piskiem odnóży hamują i przyczajają się nad brzegami słoików w oczekiwaniu przestudzonej uczty. nie-do-cze-ka-nie-wa-sze!
b.
ps. muszki owocówki zwiedziawszy się o przetworach i zaprawach tłumnie walą mi do mieszkania drzwiami i oknami ale nad wrzącym chutnayem nagle z piskiem odnóży hamują i przyczajają się nad brzegami słoików w oczekiwaniu przestudzonej uczty. nie-do-cze-ka-nie-wa-sze!
piątek, 8 sierpnia 2014
Aura S'raura
po trzech tygodniach gigantycznych upałów nadciąga sobie i nam chłodniejszy i deszczowy weekend. można w końcu odetchnąć i odkleić się od powietrza. deszczyk łagodnie siąpi obmywając spragnioną przyrodę, ptaszyny radośnie trzepoca się w kałużach, dżdżownice układają się na chodnikach w uśmiechnięte emotikony a ludzkość ochoczo zamienia sandały na kalosze. a mnie gula rośnie i dygoce i wzbiera fala wysokociśnieniowej kontestacji gdyż akurat precyzyjnie w ten weekend miałam się pławić w mazurskich jeziorach i pod rozgwieżdżonym niebem wcinać grilowaną kaszankę popijając chłodnym chmielem. tak, jestem wyznawcą i z lubością praktykuję pierwotne formy relaksu. żaden neandertalczyk nie właził w sobotę w obcisłe i nie dygał rowerem po puszczy, nie zwiedzał katedr i zamków tylko siadał przed jaskinią, obgryzał udziec z mamuta i popijał sfermentowanym sokiem z kartofla. i ja czuję się spadkobiercą i kultywatorem i choćby mi tu burza z piorunami grzmociła w grilla, choćby mi ulewa rozmiękała kaszankę, choćby wiatr wyrywał z dłoni monachijski kufel to nie odpuszczę. ściśle z okolicznością skorelowany test dla publiczności: ile jednostek chmielu można przyjąć jednocześnie przyjmując 2x 1500 000 jednostek penicyliny na anginę? do wyboru macie Państwo:
a. 1-2 kufle;
b. 2-4 kufle;
c. penicylina doskonale wchłania się i działa w obecności chmielu
b.
a. 1-2 kufle;
b. 2-4 kufle;
c. penicylina doskonale wchłania się i działa w obecności chmielu
b.
czwartek, 31 lipca 2014
O niuansach sklepień gotyckich nie będzie to notka, ale o paralelach średniowiecznych i owszem
w ostatnim czasie, dzięki sprzyjającym okolicznościom przyrody, udaje mi się ominąć prawa fizyki i przechodzić w płynny stan skupienia. przemieszczam się jak stygnąca lawa, tyleż dostojnie co z mozołem. próba sztucznego wytworzenia przeciągu wydaje się trudniejsza od wykonania akceleratora cząstek z butelki po kefirze i farelki. aaaaby słusznie odpokutować udany urlop, nie wystarczy gorąc tropików spływający strumieniem po karku aż ku miejscu gdzie plecy swą szlachetną nazwę tracą. nasi dzielni dzielnicowi drogowcy dokładają nam za friko i bez ograniczeń szczególnych atrakcji dźwiękowo-węchowych fundując podokienny kwartet na dwa młoty udarowe i dwa walce wibracyjne , które brawurowo wykonują uwerturę w klasycznym układzie wolno wolno , szybko, szybko a do finału zapraszają tercet – wirtuozów wariacji na gorący asfalt, smołę i lepik. obsługa piekła jak mniemam, mogłaby się tu wieeele nauczyć. a wszystko bez to, że na naszej piętnastometrowej ulicy, która po każdym deszczu przypomina jezioro bodeńskie, oto ze środków unijnych zbudowano nam centralnie i trochę na skos autentyczny rynsztok. chwalebne nawiązanie do średniowiecznej infrastruktury miejskiej. brak nam jedynie pomyj i żebraka a moglibyśmy rekonstruować scenki z życia przedromańskiego grodu. co zaś frapujące, wczorajsze próby, z użyciem szlaucha, potwierdzenia jedynie słusznego kierunku spływu rynsztokiem nie przyniosły jednoznacznego rezultatu. i zawisło w powietrzu pytanie drogowca : halo woda! czy woda mnie słyszy ?! więc z napięciem i jak żaba dżdżu czekamy na zapowiedziane nawałnice by obserwować czy rynsztokiem popłyniemy do morza czy wylejemy tradycyjne jezioro bodeńskie.
b.
b.
środa, 23 lipca 2014
planiści kontra dysplaniści
od zarania dziejów, uświęcone tradycją i genetyczną zapobiegliwością, planowanie urlopu zawsze zaczynało się u nas w okolicy lutego. na ten czas szły w ruch globusy, mapy i wszelkie schematy kartograficzne w celu wytypowania szerokości geograficznej, pod którą mieliśmy spędzić, siłą wyrwany ciemiężycielowi pracodawcy, należny jak psu micha i tęsknie wyczekany urlop. gdzieś w okolicy połowy marca, po skrupulatnym przepenetrowaniu setek tysięcy stron internetowych pod kątem znalezienia oferty starannie przefiltrowanej i możliwie wolnej od obłudnego a lukrowanego fotoszopizmu, dokonywana była ostatecznie rezerwacja a w ślad za nią na a’konto szedł przelew znacząco uszczuplając środki przeznaczone na jaja do święconki. w kwietniu dopinano na ostateczny guzik plany wycieczek, nabywano przewodniki oraz mapy geograficzne, geologiczne i pogodowe (także te pochodzące z archiwów XIX w.), katalogowano godne uwagi obiekty i zabytki według epoki, stylu i koloru cegieł, namierzano miejscowe atrakcje pieczołowicie odnotowując je gwiazdkami od „must se” przez „amożeby” do „eeetamalehunołs”. w maju polerowano klapki i gumniaki, kompletowano zestaw garderoby i pakowano walizki ze szczególnym uwzględnieniem niezbędników jak garnki, obieraczki do ogórka, świece, ściereczki, sól, pumeks, otwieracz do konserw, znaczki pocztowe i skarbowe, plastry na rany i na bolenie, baterie, krem na kurzajki, amol na wszystko, kilo landrynek (cukier na podtrzymanie czynności życiowych w niespodziewanych warunkach ekstremalnych, gdy do sklepiku kilosów mrowie a głód dziatkom w oczodoły zaglądnie), krzesiwo, nadmuchane rękawki do pływania i osinowe kołki na ewtl. wampiry. w czerwcu przygotowywano kanapki na drogę a w lipcu, jak to przed podróżą siadało się w aucie i czekało. na sierpień.
w tym roku cała misterna tradycja wzięła w tak zwany łeb. na skutek i z powodu dwa tygodnie przed planowanym urlopem byliśmy wszyscy jak jeden mąż w czarnej rzyci. ni drogi znaczy, ni kurhanu. wiedzieliśmy jedynie, że celem podróży musi być Liguria. o której zresztą nikt z nas nie wiedział kompletnie nic.dosłownie NIENTE. pozatym, że bardzo, ale to bardzo chcemy tam pojechać. bo tak. półtora tygodnia przed terminem urlopu namierzono Riccardo. nie zmieniam imion, bo wątpię aby ktokolwiek jeszcze kiedyś namierzył Riccardo. jest on bowiem tak nienamierzalny i enigmatyczny jak szef aniołków Charliego. niby jest, a go nie ma. Riccardo też miał swojego aniołka. okazała się nim niebawem Brunella. ale zanim i nie wyprzedzając faktów Riccardo rzekł do nas w narzeczu prawie anglikańskim, że owszem chodźta, mam hacjendę w Ligurii będzie pan zadowolony. no. tośmy poszli. jak ćmy w dym. i nawet się nam żadna lampka awaryjna nie zajarzyła, że zasadniczo jedziemy w ciemno. bez zadatku. bez adresu. znaliśmy jedynie, niewygórowaną, co istotne, ca. cenę za dom. powiedzmy szczerze - atrakcyjną. w stosownym momencie – znaczy kiedy osiągniemy placyk przed kościołem we wsi (nazwę wsi nam udostępniono)- mamy wydzwonić aniołka- czytaj Breunellę i ona nas powiedzie ku celu. dotarcie do placyku zajęło nam bite 24 h. w siedemnastej godzinie drogi, przewidując perturbacje w dotarciu, wydzwoniliśmy Brunellę aby jej zakomunikować ewtl. drobne spóźnienie. Brunella okazała się angielskojęzyczna inaczej. śledząc tok rozmowy ze słownikiem polsko-włoskim w ręku wywnioskowaliśmy, iż Brunella osiwiała czekając na nas na placu pod kościołem wraz z trzodą chlewną i dzierga dla nas ceratę na powitanie. do celu mieliśmy jeszcze jakieś 400 km, zaczynało zmierzchać (wyjechaliśmy o 20:00 dnia poprzedniego) nadejszła ulewa a drogi nabrały wyjątkowo ostrych łuków poprzecinanych kilometrowymi tunelami, w których nasze gps’y darły się na potęgę, że brak sygnału z satelity i róbta se co chceta. w międzyczasie część ekipy (jedno auto z dwóch) odkryła kuszący (o naiwności) skrót, za którym podążyła omijając autostradę, co przypłaciła półzawałem i kołataniem komór, gdyż droga wiodła wprawdzie uroczym szlakiem wzdłuż jeziora Garda, aczkolwiek w rzeczywistości wiodła karkołomnym slalomem nad krawędzią przepaści z urokliwym widokiem na wodę, przez niebotycznie zakorkowane, aczkolwiek śliczne, nadjeziorne kurorty w stylu bella italia (palmy, winnice, donice, ciasne ulice, spalone pudernice, domniemane oślice). po kolejnych czterech godzinach grozy, zgrzytania szczęk i natychmiastowej gotowości do zamordowania kogokolwiek dotarliśmy do Garlendy – teoretycznie docelowego miejsca spotkania z Brunellą. późny zmierzch malowniczo osiadał na placku przed muzeum fiata 500, gdy nagle znikąd podjechało auto, wychynął z niego aniołek Riccardo- czytaj Brunella - zakrzyknął follow me i ruszył stromą serpentyną w górę i w siną dal. już nigdy potem nie przejechałam tej 3 km trasy w takim tempie. wyobraźcie sobie trasę rolecastera nad przepaścią, wąską na pół samochodu, wzdłuż gajów oliwkowych i figowych, wspinającą się na strome zbocze otulone odgłosem świecących odwłokami cykad. Brunella wysiadłszy z auta zamachała rzęsami i pokazała nam miejsca parkowania. dopiero rano stwierdziliśmy, iż wyjazd z tego miejsca grozi co najmniej urwaniem miski olejowej a wyjechać stamtąd bez pomocy dźwigu i/lub wierzy kontroli lotów może być nieco trudne. tymczasem Brunella pełna ufności w swój angielski nakazała nam ponownie follow me i pokazała nam dom opowiadając o nim w szczegółach. w pięknym języku Petrarki i Sofii Loren. nasz początkowy brak entuzjazmu dla starej (dziwny zapach, który okazał się później właściwy leciwemu, prawdziwemu wiejskiemu domostwu liguryjskiemu), zabytkowej wytwórni oliwy/wina/kuźni (do dziś nie wiemy gdzieśmy właściwie spali) zrzucamy na karb przemęczenia drogą. przy prezentacji, oczywiście w czystej włoszczyźnie, tajemnic domu, czyli pieca i telewizji, Brunella zażądała obecności mężczyzn. widać my kobiety wyglądałyśmy jej na ostatnie idiotki. po stosownym instruktażu ciepła woda i tak leciała nam wedle niewyjaśnionych reguł i najczęściej nie wtedy, kiedy nam była potrzebna, zaś telewizor jak nam pokazał jęzor dnia pierwszego, tak był konsekwentny do dnia ostatniego. jakoś nikt się tym nie przejął szczególnie. Brunella zaś odjechała w ciemną noc najprawdopodobniej z wrażeniem, że goście nie do końca są kontenci z domu. może i tak było. do czasu. gdyśmy rankiem otwarwszy powieki i okiennice stwierdzili, że najprawdopodobniej jednak jesteśmy poniekąd w raju.
b.
czwartek, 12 czerwca 2014
o redundancji
dom wariatów w aktualnych okolicznościach przyrody wydaje się być krainą łagodności, zen i melisy w porównaniu z potargowym krajobrazem w biurze. w niewyjaśnionych okolicznościach znikła nam z pola uwagi oraz ze stoiska pięciotonowa maszyna o gabarytach stada mamutów. trwają poszukiwania. ktokolwiek słyszał, ktokolwiek wie. maszyna proszona jest o pilny kontakt z nami w ważnej sprawie rodzinnej. od kilkudziesięciu godzin próbuję poselekcjonować zgromadzone przez tydzień nieobecności na biurku sprawy na hiper ważne, super ważne, ważne oraz easy peasy lemon squeezy. tych ostatnich jak na razie nie odnotowano. Ale. jak się odpowiednio długo prokrastynuje te hiper ważne to z czasem zmieniają one statut na pisofkejki. generalnie roboty jest tyle, że na moim miejscu i ośmiornica odczułaby wakat kończyn, o mózgu nie mówiąc. zwłaszcza, że w upały mózg mi się oddziela od korpusu i gubi się w wakacyjnych fantasmagoriach a jak go już zdołam przywołać nazad – to mi się rozsypuje w proch pod wpływem i na skutek corocznego ataku kosiarek w dublecie z młotem udarowym u sąsiada, z którym to młotem lata jakiś szaleniec od parteru po dach i zmienia w gruz wszystko co się mu nawinie w ramach remontu posesji. za to wieczory w biurze są upojnie ciche, przerywane jedynie szuraniem ogonka wiewiórki taszczącej mi pod oknem gigantyczne szyszunie. docieram do domu w porze dziennika i jedyne co odczuwam to silne powinowactwo z zombi. a przecież jak przyjmowaliśmy do pracy jakieś dwa lata temu nową koleżankę, to żem się jej na kolanach omalże zarzekała, że tu praca jest stabilna i spokojna a godziny pracy są nieprzekraczalne 8-16 i pozostawanie po godzinach jest zjawiskiem nam nieznanym zupełnie (podejrzewam, że wtedy pierwszy raz los zachichotał złośliwie i splunął żółtym jadem na moje biurko).
szybko wspomnę, że były i owszem targi. grono karmionych wystawców zgodnie z trendami światowymi znacząco dywersyfikuje swoje zwyczaje żywieniowe i o ile kiedyś wystarczyło na stół podać garniec smalcu i ogórka to dziś gusta diametralnie się wysublimowały (mniemam, to pokłosie zalania telewizji wszelkiej maści programami kulinarnymi -już ja im kiedyś urządzę prawdziwą hells kiczen) a oczekiwania poszybowały wysoko ponad standardową parówkę z musztardą. jeśli parówka to sojowa, jeśli musztarda to ekologiczna. ten pan nie je tuńczyka bo ma oczy, ten pan tuńczyka owszem ale kiełbaska won. nie zwariowałam bo nie zdążyłam. pieczołowicie ukrywane w niszach maleńkiej stoiskowej kuchni kanapki wegetariańskie oraz wegańskie zżerali kompulsywnie tradycyjni mięsożercy, smutni wego-wegetrianie skubali gałązki kopru i drylowali małosolne z mięsnych kanapek. a w dniu, kiedy stanowczo z powodu zmasowanego nalotu klientów na stoisko odmówiłyśmy zapodania parówek - przyszli do kuchni, stanęli w stuporze jak niepocieszone spaniele, zaślinili wykładzinę, wychłeptali keczup z miseczek i trzeba ich było ścierkami przepędzać. ale generalnie byli bardzo mili. i mówili wieloma językami. z przewagą angielskiego (mój bedly bedly angielski brylował karkołomnie, wzbudzając to popłoch to niezamierzony entuzjazm). a niektórzy nawet używali retoromańskiego, jak na rodowitych Białorusinów przystało. z uwagi na fakt dokooptowania do naszej firmy kilku nowych dostawców, na targach pojawiły się zupełnie nowe twarze z resztą korpusu i nijak nie mogłam ich skojarzyć w ogóle. zwłaszcza, że większą część zażyłości poczyniłam na parkiecie targowego wieczorka zapoznawczego i od ciągłego wirowania mięszały mi się języki komunikacji i osobnicy jak w bębnie maszyny losującej. co ciekawe wszyscy jak jeden mąż złożyli najsampierw deklaracje klnąc się na klucz francuski, że nie tańczą, nie tańczyli i tańczyć nie będą. never. w skutek odchyleń od orbity dobrze nasączanej pewnymi płynami panowie jednak ruszyli w tan i tak to pierwszy raz w historii rozpoczęliśmy jako firma międzynarodową imprezę w dansach i lansadach i skończyliśmy ją przed świtaniem wygnani z parkietu przez ekipę demontującą gitarzystę i zmitrężony długotrwałą wokalizą chórek w piórach i cekinach. moje śliczne, młodsze koleżanki miały jeszcze zamiar o brzasku dnia ruszyć w miasto, gdyż zapałał w nich zapał do zabawy w dwójnasób pod wpływem szampana rozlanego o północy z okazji 65 urodzin naszego wystawcy, któremu odśpiewaliśmy sto lat w kilku narzeczach, a który rozczulił się tak wielce, że baliśmy się o jego sterane parkietem serce. ostatecznie zamiar afterparty sęłzł był szczęśliwie na panewce bo i tak poranek okazał się być niezwykle trudny z powodu głośnego tupotu białych mew o cichy pokład i braku tabletek z krzyżykiem. za to na stoisku raczyliśmy się wyśmienitym urodzinowym tortem malinowym wielkości młyńskiego koła a mlaskali równo i mięsożercy i weganie , wegetarianie i frutarianie a jubilat unosił się rozanielony kilka centymetrów nad ziemią. chwała i hołd poznańskim cukiernikom. udało mi się przez cztery dni targów popełniać karygodne fopa, kiedym się do jednego z wystawców zwracała bezceremonialnie ty - powiedzmy - (dla ochrony danych osobowych) „krzywonos” podczas, gdy jak mi wyjaśnił w ostatnim dniu targów „krzywonos” to nazwisko, a na imię ma „wyrwigrosz” – dla usprawiedliwienia dodam, że był rodowitym Węgrem a ja w tym języku jedynie, tradycyjnie gulasz i halaszle.
czy ja już pisałam, że nie znoszę targów? no więc nie znoszę. z wyjątkiem. gdy poznaję nowych ludzi, wielu fascynująco interesujących (czego nijak nie da się poznać w korespondencji handlowej) i z którymi się potem żegnam jak z dobrodusznym wujkiem, na niedźwiadka i koniecznie z trzema całusami (Anglicy to wyjątek – zapamiętać – tylko jeden cmok).
no dobra. to by było na tyle. lecę. muszę jeszcze namierzyć i odprawić na cle jedną przesyłkę z Chin co mi lata od doby nad Europą a mnie lata oko z nerw powodu, że bez tej przesyłki nie można na czas obrobić bardzo ważnego kółka (i nie, nie chodzi o kółko gospodyń wiejskich, bez urazy).
absolutna redundancyjna kołomyja.
b.
piątek, 18 kwietnia 2014
O wyższości Świąt Wielkiejnocy nad Świętami Bożego Narodzenia
Trzask prask i zleciało.
chwilę temu było biało
i nagle pojawiło się w krzach ćwierkając zielone.
Przydomowe ogródki kipią subtelnie żonkilami
i mkną ku niebu strzeliste tulipany.
W dzieży sernik leży a w saganie żur mój panie.
Zawodowym obowiązkom mówimy stanowcze i zdecydowane NIE.
Jajo ma priorytet.
Kiedyś w końcu trzeba się zatrzymać, zadumać i posmakować życia.
Z sosem musztardowym i lukrem na mazurku.
Zanurzyć się w rzeżusze
Wypłukać w żurze duszę.
Miejcież Wy Wszyscy Dobre Święta
Pełne miłości, (s)pokoju i nadziei !
b.
Subskrybuj:
Posty (Atom)