o jakże miło było rozczarować się w ten weekend co do prognoz prognostyków wieszczących obszerny szturm deszczu w temperaturze oscylującej w okolicach 10. było dobrze ponad 10 i w dodatku bezdeszcznie. no, może troszkę nas skropiło w skansenie w Olsztynku (Muzeum Budownictwa Ludowego - Park Etnograficzny) ale za to wrażenia zbilansowały deszcz na in duży plus. skansen polecam, bo pięknie położony na ogromnym terenie imitującym prawdziwą wieś. z kościołem, wiatrakiem, stawem i drewnianymi chatami wokół których dziobią, beczą, wierzgają i gdaczą żywe kury, indory, koniki, owce i barany. wiosna w stu odcieniach zieleni okraszonych mgławicą kwitnących drzewek owocowych i żółcienią mleczy dodała temu skansenu wielkiego uroku. a w chatach zaaranżowane piękne, stare wnętrza ze starymi meblami, sprzętami, czarnymi kuchniami, piecami kaflowymi, malowanymi meblami , garncami oraz manekinami udatnie udającymi a to tkanie a to butów zelowanie a to dzieska w kołysce u powały zawieszonej kołysanie. oraz była tam zabytkowa wygódka zewnętrzna z jakiej, ekskuzemła, dziecięciem będąc, samam korzystałam podjadając wiśnie szklanki z drzewa, co na gumnie rodziło jak gupie. a w dodatku odbywał się na głównem placu wioski jarmark sztuk ludowych wszelakich i pisząc ludowych obejmuję tu baaardzo szerokie spektrum ludowości sięgające po drewniane kuferku dekupażowane hello kitty. śliczne. ludowość była niezwykle aromatyczna i smaczna. pęta wędzonych kiełbas, schabów i szynek, spirale kaszanek w jadalnym flaku, kobiałki serów korycińskich z kozieradką i czybrycą, miody od szczęśliwych pszczół, chały prosto z pieca, wata cukrowa i sprężynowe ziemniaki – wszystko to chciało się natychmiast nabyć, zjeść i mlaskać. obok sztuki ludowej kulinarnej rękodzieło artystyczne szydełkowane, strugane, lepione z gliny i solnej masy, plecione z wikliny i mechacone z filcu, gałgankowe laleczki, sóweczki, poduszeczki także ze współczesnemi motywami, które za lat 50 dzieci naszych dzieci będą oglądać w muzeach etnograficznych jako prastarą sztukę ludową. jako wielka admiratorka folkloru zachłystywałam się do wypęku. uwielbiam prawdziwy folklor wiejski i jeśli nie zbyt mocno zahacza o pseudo-cepeliowski kicz biorę garściami i w nim nurkuję. a niechby trwał nawet tylko ślad, namiastka, nawiązanie. niech trwa. niech żyje swoim życiem w drobnych rzeczach i sprzętach, w obrazkach, krzyżykach, koszyczkach i garncach. żadna teflonowa patelnia ani kombiwar z elektronicznym czasomierzem nie zadadzą takiego szyku i nie dostarczą tylu estetycznych wrażeń co gliniane dwojaki, dzban na zakwas i ptaszki – gwizdaszki do świergolenia. wytaszczyłyśmy stamtąd prę kilo wikliny, kiełbas, kaszanek, glinianych ptaszków, koników i świeczkę z pszczelego wosku o aromacie propolisu na katar i zen. a potem nastąpiła właściwa część weekendu, podczas której posadzono tryliard sadzonek i wysiano bilion nasionek. domniemywam, że jeśli. jeśli te sadzonki i nasionka wykiełkują w postać powszechnie znaną z almanachu roślin ozdobnych tam, gdzieśmy je wetkli w suchą jak pieprz syczuański ziemię, to i na marsie będzie można hodować jabłonie, grusze i łubin o właściwościach nasennych i liściach podobnych choć nie tak euforyzujących jak ta no, no wiecie ... . o pozytywnych wynikach eksperymentu niewątpliwie powiadomię nasa, spółdzielców z ogródków działkowych piaszczystych wydm Sahary oraz , redakcję „Motyką i szpadlem”. generalnie spodziewamy się cudu na miarę działkowca tysiąclecia. ponadto zupełnie przypadkiem zostałam kierowcą off-roadowym przejechawszy po terenie silnie zmuldowanym odcinek 273, 50 metrów z gazikiem na holu i czuję, że drzemie we mnie potencjał w tej dziedzinie. i pfff, proszę japaństwa, co to za pikuś jest jechać starym jak świat amerykańckim jeepem o automatycznej skrzyni biegów (o której kiedyś, ho ho ho, gdym miała stosowny odbiornik fal elektromagnetycznych wizyjnych, usłyszałam w pewnej audycji tego pana co go wygrzmocili za mordobicie). pouczona, na zaś, na okoliczność brońciepanbóg używania lewej stopy, przed wyruszeniem w trasę właściwą nogę zanihilowałam uwiązawszy do biodra luźnym dresu rękawem . zmiany biegów subtelną wajchą przy kierownicy przypominającą rurkę bimbrownicy jednak jakoś nie udało się mi opanować w potrzebny wnet, więc w stosownych momentach wkraczał z rozwianym prędkością ćwierci węzła na minutę włosem właściciel jeepa i dokonywał skomplikowanej zmiany biegów przez uchylone okienko. najs and godblesju Jack. idę. poszukam, gdzie się odbywa najbliższy off-road w okolicy. nowoodkrytego talentu bowiem nie należy w tlącym popiele zasypywać.
b.
poniedziałek, 4 maja 2015
środa, 29 kwietnia 2015
między wężymordem a wakame
w ferworze zafascynowania kuchnią vegańską nabyłam wszystkie istniejące na ziemi gatunki roślin strączkowych oraz kasz, występujące luzem, w torebkach i puszkach oraz ziaren i orzechów w łupinach i bez (bez ma już o taaakie pąki, wybuchnie moment lada). kompulsywnie uwarzono: burgery z marchewki, smalec z fasoli, zupę mleczną bez mleka, boeuf burginone na buraku, pasztet z jaglanki i rybę z selera. nie żebym padła ofiarą galopującej mięsno-nabiałowej repulsji i abominacji ale jakoś tak bliższy się mi wydał natenczas kult roszponki nad pragnieniem podgardla i wątrobianki. nasyciwszy się roślinnością aż do granic hiperwitaminozy zanurkowałam w świat kuchni tao natchnięta książką Jacka Wana. ponieważ ku mej rozpaczy nie da się jednocześnie zrobić i zjeść pho z kurczakiem, shiitake w tempurze i makaronu smażonego z wołowiną, to drogą selekcji dostępnych składników (mam-nie mam, nie wiem czy ktokolwiek poza Jackiem Wanem to ma) wybrałam na początek jiaozi oraz liang ban huaqng gua. Po nasemu to bendom miensne pirogi i mizerja. trzeba się urodzić w państwie środka, żeby dokonać tak karkołomnego zestawienia ale niech was nie zmyli potencjalna mizeria tego duetu. ten duet jest doskonały jak harmonia yin i yang, jak flip i flap, jak bułka z masłem. urzeczona biegnę więc falując fartuszkiem w japońsko-chińsko-wietnamsko-tajskie ramiona pachnące sezamem i nie wiem kiedy wrócę. albo nie . wiem przecież. wrócę jak się pojawią nasze słowiańskie truskawki. dla nich rzuciłabym nawet samego cesarza (tego, co ma klawe życie).
b.
b.
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Kwiecień stoi magnoliami a kosiarze ostrza ostrzą
na Saskiej Kępie wiosna objawia się niekontrolowanym i czasowo nieprzewidywalnym wybuchem magnolii. najpierwsze są w tym roku te białe, drobne gwiazdeczki na wysokim drzewie u sąsiada. kolejne kwiaty, w ciepłym, bo nasłonecznionym zakątku szumią dużymi płatkami bladą różową chmurą nad parkanem. inne, jeszcze nieco zamknięte, ciemnoróżowe wielkie kielichy przyklejone naturą do bezlistnych gałęzi (widok, jakby zakwitły nogi od stołka) czekają na sygnał „open the door”. i to jest ta miła , wizualna strona wiosny na SK. bowiem mamy też tę nie bardzo miłą stronę. audio. w ruch poszły już pierwsze kosiarki oraz żywopłotostrzygaczki. i nawet jeśli trafi się jakiś subtelny cichobieżny edward nożycoręki (mamy tu forsycjowe bańki i bukszpanowe piramidki) to i tak dla fasonu musi poprawić spalinową laubzegą. więc wyje mi i warczy omalże bezustannie dzień cały to z prawej to z lewej. etap permanentnego ujarzmiania natury w obszarach miejskiej zieleni niniejszym uważam za otwarty. instytut meteorologii i gospodarki wodnej powinien skrzętnie obserwować aktywność koszących. bo. niezależnie od wskazań kalendarza solarnego, gdy ucichną ostatnie ręczne i mechaniczne sekatory, przyjdzie słotna jesień a nawet zima, czy tego meteorolog chce czy nie. oni, kosiarze wiedzą lepiej.
b.
środa, 15 kwietnia 2015
wmiędzyczas aktualizacyjny
nie pisze bo czytam. łażę to tu to tam to siam to do księgarni i spijam cudze słowa tak intensywnie, że mi chadko samej pisać. że wiosna wybuchła, chwilowo w minioną sobotę i przeszła intensywny kurs latowacenia oraz nagle na odwyrtkę wypięła swe zmarznięte nocą bladozielone poliki i kazała skrobać szyby romana, wiadomo. w końcu kwiecień plecień trala la la. wraz z wiosną przyfrunęły ku nam klucze dzikich gęsi oraz wysoka komisja z naszej zewnętrznej księgowości w składzie na czele klucza prezesowa i robiąca za klucz księgowa. obie w minorowych granatach i usposobieniach. nalot był w celu rygorystycznego pomachania palcem wskazującym nio nio nio oj nio, tego nie można tolerować oraz imiennego napomnienia, abyśmy więcej nie grzeszyli przeciwko ustawie VAT. albowiem w konsekwencji przyjdzie smutny pan i nam wlepi (domiar w dorozumieniu) . a wtedy prezesowa umywa ręce i stopy a księgowa takoż a nawt w dwójnasób. i róbta se co chceta. ponieważ obwiniający, szkarłatem pomalowany, palec wskazujący wycelowany był bezpośrednio poniekąd wprosto w mą/mę pierś poczułam, będąc niewinna jak lelija w nowiu i pełni jednocześnie, że nabrzmiewam kipiącą wścieklicą i zaraz puszczę żrący jad z ukrytego worka czernidłowego (owszem, czasem poczuwam współistotność z mątwami, gdyż czuję się drapieżnym głowonogiem dziesięcioramiennym/zwłaszcza w natłoku spraw to do/posiadającym krótkie, krępe i owalne ciało). ojciec-dyrektor towarzyszący spotkaniu widząc me gwałtowne, sine na obliczu wezbranie, trzykrotnie boleśnie kopnął mnie był znacząco w kostkę jednocześnie wysyłając w przestrzeń sali konferencyjnej uśmiech kota z Cheshire. prezesowa nagle omalże omdlała, księgowa spurpurowiała kręcąc młynka z kamelii na srebrnym łańcuszku wiszącym na wzniesionej kocim uśmiechem piersi a ja z trudem przerabiałam ekspresowo wezbrany jad na konfitury (z łyżką wysokiej jakości dziegciu). o-d jak rasowy polityk miewa czasem charyzmę kładącą mu pod stopy pokotem przeciwnika. ja nie. ja bym prała aż by spuchło. może dlatego nadal nie jestem i najprawdopodobniej nigdy nie będę szefem żadnej firmy. chyba, że zostanę prezesem własnej hodowli kury nioski/tchórzofretki/jedwabnika. tylko czy aby z tego się da jakby wyżyć? Państwo się orientują ?
b.
b.
piątek, 3 kwietnia 2015
ojeju ojaju
jako-tako posprzątane. palemka z baziami w wazonie, bez wody oczywiście, coby baźki nie zakwitły. a nie powinny bo wedle starej tradycji po śniadaniu wielkanocnym jemy po jednej bazi na dobre zdrowie (nie wiem co na to lekarze i epidemiolodzy. obawiam się też, że praktykujemy od lat jakiś staropogański zwyczaj). bukszpan czeka na wejście do święconki. jaja czekają na barwienie(ale to dopiero w sobotę). mięsa upieczone. chrzan starty (szlochałam jakbym oglądała trędowatą). w piekarniku jeszcze tegoroczny eksperyment: rolada szpinakowo-łososiowa. ale. to wszystko furda. nic takiego. dodatki umilające życie. klu naszego śniadania i tak od zarania stanowią gorąca grzanka na spirytusie z czekoladą oraz sos do jajec. przez całe moje i alaski dziecięco-młodzieńcze życie grzankę robiła Starsza Pani, i tak też będzie w tym roku. posiadaczom wrażliwej wątroby grzanka umili przejście do lepszego ze światów w sposób błogi. już sam aromat upija i nie bierze jeńców. świetnie wchodzi z żurem (tadam tadam, w tym roku premiera- żur na osobistym zakwasie). sos natomiast zawsze przygotowywał Tato. nawet nie można się było tknąć. ON WIEDIZAŁ jak. a teraz ja też wiem. i robię. bo bez tego sosu to Wielkanoc byłaby jak jajo bez żółtka. a ponieważ sos jest prosty oraz polecenia godzien. to, idąc z duchem czasu czyli wzorem blogów kulinarnych puszczę go w świat. na grzankę mili moi receptury nie puszczę. na grzankę bowiem wymagana jest specjalna licencja i stanowi sekret rodzinny, za zdradę którego grozi wydziedziczenie, ostracjonizm i chłosta posolonym rzemieniem na gołą rzyć.
sos śmietanowo-musztardowy do jajec:
bierzesz 3/4 szklanki dobrej śmietany (min. 22%, najlepiej gęstej) i 3 łyżki dobrej musztardy (byle nie tej ziarnistej, może być sarepska). mięszasz łyżeczką lub widelcem, dodajesz cukier (ca. 1 łyżka od zupy), pieprz świeżo mielony i soli ociupinkę. znowu mięszasz, próbujesz, cmokasz i odstawiasz do lodówki. podajesz do wielkanocnych jaj. prostota godna geniusza.
Życzę Wam Jaj nadziewanych nadzieją!
b.
sos śmietanowo-musztardowy do jajec:
bierzesz 3/4 szklanki dobrej śmietany (min. 22%, najlepiej gęstej) i 3 łyżki dobrej musztardy (byle nie tej ziarnistej, może być sarepska). mięszasz łyżeczką lub widelcem, dodajesz cukier (ca. 1 łyżka od zupy), pieprz świeżo mielony i soli ociupinkę. znowu mięszasz, próbujesz, cmokasz i odstawiasz do lodówki. podajesz do wielkanocnych jaj. prostota godna geniusza.
Życzę Wam Jaj nadziewanych nadzieją!
b.
czwartek, 26 marca 2015
Z cyklu: lektury lokomocyjne
na króciutko lo(t)s doleciał mię w dolinę lotniczą na spotkanie z czeskim panem a. w celu ugaszenia pożaru na takiej jednej maszynce. maszynka miała problem od jesieni a.d. 2013 bo pan a., którego psim obowiązkiem było naprawić od ręki wizgał się od tego jak obślizły piskorz plując jadem wprost na moje biurko argumentami zupełnie pozbawionymi logiki za to przepełnionymi czystej wody wredną złośliwością. pożar ostatecznie został dziś ugaszony ale pan a. z czeskiej strany okazał się być jak przypuszczałam nazad parszywym, obmierzłym i aroganckim typem o wybujałym ego i pozbawionym skrupułów manipulantem. bardzo żałuję, że z powodu dobrego wychowania musiałam mu na dowidzenia uścisnąć rękę. i mam nadzieję, że był to ostatni raz w moim życiu. bo następnym nie ręczę a splunę z odrazą wprost na wypolerowane buty znanej czeskiej marki. a teraz skazuję tego pana a. na wieczne zapomnienie i nie będę się martwić zupełnie, gdy się mu w interesach powinie noga w bacie lub boso.
tymczasem aby sobie umilić lot do Rzeszowa zabrałam ze sobą nabytą jakiś moment temu książkę *. mówili o niej przychylnie więc nabyłam, choć się zacukałam ujrzawszy jej okładkę. nabywszy sprawdziłam. autor wszystkie okładki ma jakieś takie, no powiedzmy, nie bardzo przystające do mnie. ale akurat ta niesie w sobie trochę nastrój grozy tej opowieści. nabywszy a nie czytawszy ostatecznie się przemogłam bo po co mi się ma nieczytana książka kurzyć i marnować. się okazało, że nie sądźcie drodzy czytelnicy po okładkach. zawartość godna polecenia (nie tylko do Rzeszowa). czyta się to jednym tchem. bo i język autora sprawny i fabuła intrygująca i trochę straszna a i nie pozbawiona humorystycznych refleksów. jeszcze nie skończyłam ale autor musiałby zgłupieć ze szczętem, żeby zepsuć dobry początek. ale wracając do okładki. mną wprawdzie przy zakupie wzdrygła ale przywykłam. co innego współpasażer w samolocie. sądząc po zacukanym wytrzeszczu jakim mnie obdarzył gdy wyjęłam książkę z torby byłby wte pędy zamienił się na miejsce ale, że samolot pękał w szwach i wolna była tylko łazienka, w której przy starcie i lądowaniu nie można się dekować (a wszak do miasta Rz. to głownie start i lądowanie z przerwą na wafelka), został obok ale znacząco wisiał korpusem na korytarz podczas gdy ja napawałam się nadprogramowo nabytą przestrzenią. to samo zdarzyło mi się podczas drogi powrotnej. tym razem na skutek różnych powikłań wracałam pociągiem. konduktor zoczywszy okładkę pobrał ode mnie bilet przez chusteczkę i gdyby nie ranga pociągu niechybnie splunąłby z obrzydzeniem. no ale nie mógł. bo ja proszę Państwa wracałam do domu pien-do-li-no! a tam. ojej. luksus zwala z nóg zwykłego użytkownika pkp. podnóżek, stoliczek na kawę, zasięg wifi, kontakty na suszarkę lub blender, dywaniki, drzwi na fotokomórki, ekrany wideo, łazienka jak z żurnala i wars, który aż się prosi, żeby zapaść w miętki fotel i nie wysiąść w stolicy a dojechać do Gdyni konsumując esencjonalny consomme przegryzając schabowym z raszponką. no i indywidualna lampa do czytania(jasno podświetlająca okładkę).
b.
* gdybyście kiedykolwiek niewielkim kosztem chcieli uzyskać dodatkową przestrzeń do życia w środkach lokomocji publicznej, polecam wyjęcie do czytania książki pt. „Sanato” Marcina Szczygielskiego.
a tu ta okładka do wglądu: https://www.inbook.pl/p/s/710681/ksiazki-elektroniczne/sensacja-i-thriller/sanato?rdir=gs&lkst=41777&gclid=COGF8b2YyMQCFabHtAodE1UA0g
b.
tymczasem aby sobie umilić lot do Rzeszowa zabrałam ze sobą nabytą jakiś moment temu książkę *. mówili o niej przychylnie więc nabyłam, choć się zacukałam ujrzawszy jej okładkę. nabywszy sprawdziłam. autor wszystkie okładki ma jakieś takie, no powiedzmy, nie bardzo przystające do mnie. ale akurat ta niesie w sobie trochę nastrój grozy tej opowieści. nabywszy a nie czytawszy ostatecznie się przemogłam bo po co mi się ma nieczytana książka kurzyć i marnować. się okazało, że nie sądźcie drodzy czytelnicy po okładkach. zawartość godna polecenia (nie tylko do Rzeszowa). czyta się to jednym tchem. bo i język autora sprawny i fabuła intrygująca i trochę straszna a i nie pozbawiona humorystycznych refleksów. jeszcze nie skończyłam ale autor musiałby zgłupieć ze szczętem, żeby zepsuć dobry początek. ale wracając do okładki. mną wprawdzie przy zakupie wzdrygła ale przywykłam. co innego współpasażer w samolocie. sądząc po zacukanym wytrzeszczu jakim mnie obdarzył gdy wyjęłam książkę z torby byłby wte pędy zamienił się na miejsce ale, że samolot pękał w szwach i wolna była tylko łazienka, w której przy starcie i lądowaniu nie można się dekować (a wszak do miasta Rz. to głownie start i lądowanie z przerwą na wafelka), został obok ale znacząco wisiał korpusem na korytarz podczas gdy ja napawałam się nadprogramowo nabytą przestrzenią. to samo zdarzyło mi się podczas drogi powrotnej. tym razem na skutek różnych powikłań wracałam pociągiem. konduktor zoczywszy okładkę pobrał ode mnie bilet przez chusteczkę i gdyby nie ranga pociągu niechybnie splunąłby z obrzydzeniem. no ale nie mógł. bo ja proszę Państwa wracałam do domu pien-do-li-no! a tam. ojej. luksus zwala z nóg zwykłego użytkownika pkp. podnóżek, stoliczek na kawę, zasięg wifi, kontakty na suszarkę lub blender, dywaniki, drzwi na fotokomórki, ekrany wideo, łazienka jak z żurnala i wars, który aż się prosi, żeby zapaść w miętki fotel i nie wysiąść w stolicy a dojechać do Gdyni konsumując esencjonalny consomme przegryzając schabowym z raszponką. no i indywidualna lampa do czytania(jasno podświetlająca okładkę).
b.
* gdybyście kiedykolwiek niewielkim kosztem chcieli uzyskać dodatkową przestrzeń do życia w środkach lokomocji publicznej, polecam wyjęcie do czytania książki pt. „Sanato” Marcina Szczygielskiego.
a tu ta okładka do wglądu: https://www.inbook.pl/p/s/710681/ksiazki-elektroniczne/sensacja-i-thriller/sanato?rdir=gs&lkst=41777&gclid=COGF8b2YyMQCFabHtAodE1UA0g
b.
wtorek, 10 marca 2015
natenczas czyli o wyczekiwanym następstwie ruchu obiegowego ziemi wokół słońca i nachyleniu osi ziemskiej do płaszczyzny orbity tego ruchu
Nagle rankiem i wieczorem ptaki świergolą w zaroślach na wale.
Klucze kaczek, gęsi i im podobnych skrzecząc lecą dokądś nad leniwą Wisłą.
Pachnie ziemią rozgarnianą puchnącymi korzeniami traw i perzów.
W grunt jesienią wsadzone cebule tulipanów wystawiają nad ziemię
neśmiało brunatno-zielone czujki z zapytaniem
Czy to już, azaliż ?
a ja, śmiesznie gnąc się w podokienny trawnik wołam
JUŻ !!!
b.
Klucze kaczek, gęsi i im podobnych skrzecząc lecą dokądś nad leniwą Wisłą.
Pachnie ziemią rozgarnianą puchnącymi korzeniami traw i perzów.
W grunt jesienią wsadzone cebule tulipanów wystawiają nad ziemię
neśmiało brunatno-zielone czujki z zapytaniem
Czy to już, azaliż ?
a ja, śmiesznie gnąc się w podokienny trawnik wołam
JUŻ !!!
b.
Subskrybuj:
Posty (Atom)