czy mogę sobie pokultywować globalną tradycję helloween słoiczkiem dyni w occie? z niecierpliwością czekam na dziatki wykrzykujące trick or treat. na podorędziu talerzyk z omszałymi delicjami i ciasteczkami waniliowymi pamiętającymi zeszły grudzień. słodka skamielina. tego wieczora czeka mnie osobisty horror. na wokandzie ryba po grecku. oczyma wyobraźni widzę, jak śmigają po tarce pomiędzy opiłkami marchewki moje zszatkowane kciuki. idealne emplua na dzisiejszy wieczór. przedweekendowo omiotłam chałupę skrzętnie omijając pochowane w zakamarkach pająki. niedługo, chcąc stosować ściśle zasady pokojowego współżycia z onymi, będę sobie mogła co najwyżej pronto wypolerować okulary. czasem, chyba z nudów, robią mi psikusy rodem z helloween właśnie. leży sobie na środku kafelka taka zwinięta kuleczka wielkości pinezki. szturcham toto delikatnie kapciem szepcąc stanowczo: spadówa, ale toto się nie rusza. myślę sobie, acha , truchełko. trzeba sprzątnąć. biorę toto w palce a ten kłębuszek się spektakularnie rozwija, prostuje wszystkie odnóża i , mogłabym przysiąc, chichra się pod nosem z dobrego kawału gdy z wrzaskiem rzucam toto i uciekam na kanapę kątem oka obserwując jak kroczy w szparę między lodówką i szafką podczas gdy pobratymcy generują pewnie bezgłośny aplauz.
a jutro chryzantemy, znicze i pańska skórka dla osłodzenia tęsknoty za Tymi , Których Nieobecność ciągle nieudolnie oswajamy i kontestujemy.
b.





