piątek, 31 października 2008

puk puk kto tam - Listopad



czy mogę sobie pokultywować globalną tradycję helloween słoiczkiem dyni w occie? z niecierpliwością czekam na dziatki wykrzykujące trick or treat. na podorędziu talerzyk z omszałymi delicjami i ciasteczkami waniliowymi pamiętającymi zeszły grudzień. słodka skamielina. tego wieczora czeka mnie osobisty horror. na wokandzie ryba po grecku. oczyma wyobraźni widzę, jak śmigają po tarce pomiędzy opiłkami marchewki moje zszatkowane kciuki. idealne emplua na dzisiejszy wieczór. przedweekendowo omiotłam chałupę skrzętnie omijając pochowane w zakamarkach pająki. niedługo, chcąc stosować ściśle zasady pokojowego współżycia z onymi, będę sobie mogła co najwyżej pronto wypolerować okulary. czasem, chyba z nudów, robią mi psikusy rodem z helloween właśnie. leży sobie na środku kafelka taka zwinięta kuleczka wielkości pinezki. szturcham toto delikatnie kapciem szepcąc stanowczo: spadówa, ale toto się nie rusza. myślę sobie, acha , truchełko. trzeba sprzątnąć. biorę toto w palce a ten kłębuszek się spektakularnie rozwija, prostuje wszystkie odnóża i , mogłabym przysiąc, chichra się pod nosem z dobrego kawału gdy z wrzaskiem rzucam toto i uciekam na kanapę kątem oka obserwując jak kroczy w szparę między lodówką i szafką podczas gdy pobratymcy generują pewnie bezgłośny aplauz.


a jutro chryzantemy, znicze i pańska skórka dla osłodzenia tęsknoty za Tymi , Których Nieobecność ciągle nieudolnie oswajamy i kontestujemy.

b.

czwartek, 30 października 2008

konfucjanizm biurowy

z nowym weszliśmy nieoczekiwanie na niezwykle śliską płaszczyznę interpersonalną. wprawdzie z zachowaniem wszelkich norm społecznej kurtuazji ale jednak, rzucił mi przez lewe ramię z szelmowskim półuśmieszkiem: a bzyknie mnie pani?
w okamgnieniu spadłam mętalnie z fotela, szybciutko wstałam, otrzepałam garderobę i ... bzyknęłam. grzeczność - alter ego grzeszności. dla zaniepokojonych mą wątpliwą moralnością dodam, że z wieloznaczności bzykania wybrałam naprędce guzik do otwierania furtki. aczkolwiek nie wiem czy nowy był w pełni usatysfakcjonowany tą właśnie opcją . zwłaszcza, że o czym nowy nie wie, poza nim bardzo często bzykam listonosza ;)
b.


ps.
ale co tam bzykanko. właśnie nastawiłam w garach gołąbki łemkowskie z DROBIEM (alasko droga), kaszą gryczaną, papryką i sosem grzybowem. będą się kisić czy dni. w poniedziałek degustacja – odważni niech się czują zaproszeni.
b.

środa, 29 października 2008

w poszukiwaniu aurea mediocritas

o matko ależem się dziś w fabryce urobiła. aż mi para szła uszami. klik-klik-cyk-cyk-drukareczka siup-obrót- podskok-cel-pal. ojciec dyrektor wpadł na sześć i pół minuty, przedstawił nam nowego i wyparował. nowy fizjognomią przypomina misia i będzie nam ogarniał administracyjno-księgowe sterty. trafił tu w poszukiwaniu nowych wyzwań zawodowych. do papiórokracji? yyy wyzwań ? menszczyzna yyy? lekko nie kumam ale co mi tam. nie moja broszka z tombaku . o 12:00 miś wyszedł na lancz. NA LANCZ!!! u nas się nie wychodzi na lancz, halo! wrócił po godzinie zachwycony gastronomiczną ofertą francuskiej – tu chińczyk, tam turek, tu randez-wus , ówdzie francuskie kiszi. ja w tym czasie pokroiłam pach pach pach cebulke, zmięszałam z kukurydzą i tuńczykiem i skonsumowałam lewą ręką, prawą produkując biurokrację dla misia i sprytnie upychając tuńczyka w prawym policzku gdy lewy odpowiadał na telefon. jestli to azaliż pracoholizm już czy tylko bezmyślnie przysposobiona nadaktywność? im intensywniej wymiatam z biurka tym intensywniej spływają jakieś nowe tematy. pod stertę papierów kitram newralgiczną, niecierpiącą zwłoki, sprawę z marca a.d. 2008 co mi doraźnie podbudowuje poczucie asertywności. wychodzę z biura o 16:15 a tam NOC! aaaa. ja nie kcę. na sromotnika mi w zamian świetlisty poranek? marna to, choć stabilna pociecha, że na nowy rok przybywa dnia na barani skok. wcale nie jestem jednak pewna, czy przyrost dnia rekompensuje mi wystarczająco przyrost w metryce. z wiekiem, to raczej skórka za wyprawkę. idę upichcić potrawkę. kalafior-paluszki krabowe- cebula-jajo. odkąd wiem, że kuba hoduje kraba i się z nim przyjaźni krab mi lekko w gardle staje okoniem . czy ktoś z was hoduje krewetki?
b.

wtorek, 28 października 2008

a dziś - wizyta u hydraulika

Przez holl w szpitalu biegnie facet, który właśnie miał mieć operację.- Co się stało?! - pytają go inni pacjenci.- Słyszałem, jak pielęgniarka mówi: to bardzo prosty zabieg, niech pan się nie martwi, jestem pewna, że wszystko będzie dobrze!- Próbowała tylko pana uspokoić, co w tym złego?!- Ona nie mówiła do mnie. Mówiła do lekarza!!!

ykhm
3majcie kciuki
:)
b.

ps.

no i po wszystkim. pani docent hydraulik zadziałała z prędkością trzech machów – peryskop-ekstrakcja-alokalizacja aliena do słoika. dali mi przed zastsycek po którym o małom nie spadła z fotela – taki ekwiwalent karuzeli w strzykawce normalnie. a potem kazali poleżeć we flizelinowej pościeli. no to sobie poleżałam. a potem przyszła siostra wielokrotnie przełożona i mnie wygnała w te słowy: kobita jak rzepa, na pewno się jej nie kręci w głowie. wynocha. no to sobie poszłam. aktualnie uprawiam więc rekonwalescencję rozkoszując się postfaktum na otomanie z murakamim.
kciukom mówimy dzien-ku-je-my ! :)
b.

niedziela, 26 października 2008

lejzi sundaj

spacer, obiad, kawa po irlandzku, fotel, koc, książka. maksimum zadowolenia minimum kosztów. niedzielny zen. czego i wam życzę:)

b.

sobota, 25 października 2008

Ymieniny Starszego Pana



cytrynówka, smorodinówka, aroniówka, wiśniówka. wątrobę pakuje w kopertę i wysyłam dhl-em do sanatorium.
b.

piątek, 24 października 2008

rozmowy na wiek XXII

W wolnej chwili (acha ha ha ha) w pracy poświęcam się lekturze. kusi nowe zwierciadło ale nad to przedkładam tłumiąc niebranżowe zachcianki lekturę branżową. periodyk „tworzywa” ach jakiż intrygujący i inspirujący znienacka się okazuje degradując z piedestału silnym kopem torebki biodegradowlane , które ponoć stanowią dla świata kłopot większej rangi od poniżanych i od czci odsądzanych ordinary torebek plastikowych. w kolejnym naukowym wykładzie łagodnie choć stanowczo przekonuje, że w przyszłości tworzywa sztuczne będą się z nami komunikować. wizualizuję sobie afektację ukierunkowaną ku polimerowej miednicy dyskutującej ze mną o złożoności bohaterów „wojny i pokój”. albo wytykającej mi brak należytej staranności w pielęgnacji naszych wzajemnych kontaktów i zarzucającej mi dyskryminację w stosunku do porcelanowego zlewu. trochę się nieswojo czując z tą perspektywą przeprowadzam szybki dowód wprost podejmując dialog z domową miską, podstępnie zatajając przed nią jednocześnie rewelacje z periodyku. brak komunikacji yyy ... „interpersnalnej?” cieszy mnie niezmiernie. wmawiam sobie, że jeszcze nie prędko w moim życiu polimer spowoduje atak deprywacji i pozbawi mnie emocjonalnego kontaktu z homo sapiens na korzyść współczulności z plastikiem. już już mam odetchnąć głęboką piersią zostawiając problem komunikacji z tworzywem sztucznym następnym generacjom gdy mi nagle świta, że ten proces w zasadzie już trwa, generowany, pielęgnowany i promowany przez massmedia. bo staje mi przed oczami jak żywe zjawisko pt. „jola rutowicz vel tipsowy babon”. i myślę sobie, skrobiąc się środkowym palcem w siwiejącą skroń, że to kuriozum jest jaskółką przepowiedni „tworzywa”. łagodnie wartościując, wydaje się, że IQ „joli r.” idealnie koniuguje z IQ mojej miednicy a jednak podejmuje oważ jr próby niewybrednej komunikacji i zjednuje sobie rzesze zafascynowanych wielbicieli wpędzając mnie w niełatwe dywagacje nad różnicą między ewolucją a degeneracją. na zaś przecieram czule irchową szmatką moją miednicę z polimeru. i bynajmniej może to wcale nie jest świr a raczej zapobiegliwość. nie zapomnijcie na dobranoc pogłaskać waszych plastików.
b.