sobota, 18 września 2010

sobota con fungi czyli grzybobranie i grzybobabranie

6:00 start. 10:45 dwa kosze pod– i nadgrzybków. 12:15 kipisz odgliwiania by alaska. 16:35 siedemnaście słoików marynowanych. 17:00 pełna suszarka (hand made by Starszy Pan) kapeluszy i ogonków. 19:48 w domu pachnie grzybowym rajem. i jest za sprawą farelka egipski upał.
ponadto w weekendowym ferworze: pulpety indycze w sosie pomidorowym, karkówka w sosie żurawinowym, czerwona kapusta z jabłkiem, buraczki na ciepło i last bat not lest speszyl edyszyn: zupa cebulowa pod babkę u jadwigi (czy ja wspominałam, że jestem na diecie?).
nie wiem jak alaska, ale ja idę na tapczan bo mi skrzypią plecy.
dobranoc się Państwu.








b.

środa, 15 września 2010

aqua aloha

jeśli już mowa o ruchu, sprowokowana przez ju i just uprzejmie donoszę, że ostatnio w grafiku mam zajęcia rehabilitacyjne na skrzypiące stawy. pełna zapału i woli walki ze skrzypieniem udałam się do stosownej placówki. przebranie z biurowego mundurka w obcisłe zajęło mi siedem minuti tyleż na odwrót. poczem pani rehabilitantka położyła mię na materacu i zapodała wykonanie serii ćwiczeń. o tu to dopiero poczułam się jak omszały matuzalem. dziesięć podniesień nogi w górę, dziesięć machnięć biodrem w lewo i w prawo, rozciągnięcie kręgosłupa a’la jogin i fru koniec ćwiczeń. dwadzieścia pięć minut. ludzie – ja intensywniej ćwiczę wyjmując pranie z bębna! oczywiście włączyła mi się opcja "czniać". sama se w domu pomacham miednicą. a co do propozycji dziewczyn, to może poszłabym drogą środka i zapisała się na haitański taniec we wodzie ?
b.

poniedziałek, 13 września 2010

minus czyli plus czyli minus

dla porządku należałoby coś ten teges skrobnąć. ale. trochę dopadła mię jesienna melankolia i mózg mi się był ususzył jak liść nadgryziony przez szrotówka kasztanowcowiaczka. pozatym weszłam na wagę u starszej pani i zeszłam. w przenośni i dosłownie zdruzgotana. potem poszłam do szafy i wszystko co nie posiadało gumki odkładałam na lewo a z gumką na prawo. kryterium gumki spełniają dwie żorżetowe letnie spódnice, lekko de mode. resztę mogę sobie wystawić na e-bayu i poszukać w odzieży w dziale „garderoba dla waleni”. wzdech. co robi zdesperowana kobieta w tym przypadku? zdesperowana kobieta nie ryzykuje jednakowoż wizyty w sklepie z wieszakami , gdzie stosowana numeracja zaczyna oscylować w rozmiarach namiotowych tylko szuka wsparcia tam, gdzie rozmiar się nie zmienia od lat kilkunastu. więc. padło na buty. jedna wytypowana para nie uczyniła mej traumy znacząco mniej bolesną. przy drugiej parze poczułam jak mi się w środku otwiera słoik z endorfiną. przy trzeciej wyszło słońce i opromieniło blaskiem me radosne oblicze. tak. możecie rzucić we mnie cebulą ale ochoczo poddałam się najniższym instynktom stłumienia melankolii m.in. tym o:http://www.amazon.de/Caprice9-23301-441-Damen-Schn%C3%BCrer/dp/images/B001GIOTXO/ref=dp_image_z_x_0?ie=UTF8&s=shoes&img=0&color_name=x
i było to niezwykle słuszne posunięcie o podwójnej skuteczności gdyż jednocześnie z zaspokojeniem obuwniczej próżności wyczyszczenie portfela z siłą wodospadu na długo przed wypłatą per saldo korzystnie przekłada się na zmniejszenie siły nabywczej czosnkowych bagietek, baranich kebabów, torcika węgierskiego i śledzi w śmietanie. wnioski są oczywiste: więcej butów – mniej papu - mniej kilogramów – mniej gumkowej garderoby - mniej melankolii. i wzorem perfekcyjnej pani domu obów trzymam w pudełkach. a wieczorami siadam przed szafą w kwiecie lotosu i się napawam. no bo przecież nie będę się napawała światłem w lodówce, prawda.
dobra. idę pomedytować do przedpokoju.


b.

piątek, 3 września 2010

przeprowadzka

no dobra. po dwóch dniach przeprowadzki wpadłam do domu rozpędem tachanych zakupów. rozpędem niewiadomego pochodzenia złapałam za szczotę i oszlifowałam bruk poczem wsadziłam do bębna maszyny piorącej co nieco i zawiesiłam się w zamyśleniu „i co dalej maturzysto”. znaczy kilka chwil mi zajęło skonstatowanie, że prąd. do bębna potrzebny jest prąd. acha.
potem wstawiłam kluski i zastanawiałam się czy jak zadzwonię pod 112 to mi przyślą kogoś do ich odlania. bo jak kocham Dehnela, nie dam rady. przenoszenie alaskańskich ruchomości jest jak ręczne przesypywanie deserową łyżeczką gobi z azji do pacyfiku via himalaje. alaska twierdzi, że jest od dźwigania krótsza o 7 cm. za to ręce ma o tyleż dłuższe, więc w sumie się bilansuje. dzidek udowodnił ortopedom, że posiadanie sprawnych kolan nie jest warunkiem skinekwanon ich użyteczności. i że prawdopodobnie ich niesprawność dodatnio koreluje z funkcją wzrostu zdolności udźwigu (notatka w kalendarzu: sprawdzić kolana pudzianowi). powszechnie uznawany za pożądany intelekt poparty praktykowaniem czytelnictwa uważam za przereklamowany w kontekście noszenia kontenerów z książkami. zgłaszam zażalenie do pana Darwina, że istnieje w procesie ewolucji jakaś luka, jakieś zaburzenie linearne. i żeby je naprawić wnoszę postulat, iż każdy inteligentny człowiek może przeczytać/zgromadzić tyle książek ile jest w stanie zmieścić w dłoni. wszelkie bowiem nadwyżki prowadzą do tego, iż osobników charakteryzujących się nadwyżką literatury ponad wskazaną miarą dłoni ilość powinno się relegować ze społeczeństwa długo i boleśnie. marzeniem moim jest więc posiadanie szwagrostwa w dalece posuniętym stadium analfabetyzmu. niezwykle bym się również cieszyła, gdyby byli oni neandertalczykami, którzy w celach przesiedleńczych biorą skórę mamuta na kark, grot z płetwala na ramię, doniczkę z asparagusem i tak podążają na nowe siedlisko. oraz nie omieszkam nie ukrywać, że przy ęsetnym kartonie znoszonym po schodach z drugiego piętra miałam ochotę pierdyknąć to wszystko zgrabnym machnięciem lewej nogi i poczekać aż siła grawitacji spełni funkcję niestniejącej windy. tymczasem windzie w nowym siedlisku obiecałam z wdzięczności za jej istnienie cotygodniowo: kryształowy wazon świeżych konwalii, polerowanie irchą i briz o zapachu szkockiej whisky. odrębnym, pasjonującym rozdziałem w tej sadze o przeprowadzce jest marian. nie chciałabym , aby na podstawie badania zawartości jej pokoju jakieś obce nam cywilizacje za kilka milionów lat miały sobie wyrobić zdanie o ziemianach. najprawdopodobniej musieliby stwierdzić, że rasa ludzka wyginęła z powodu chorobliwego opętania manią zbieraczą. choć jest duża szansa, że wpierwej ich mikroprocesory uległyby samospaleniu próbując zanalizować i odkryć klucz oraz i intencje jakimi kierował się ten homo (ykhm!) sapiens. z pewnością dla infiltrujących nas kosmitów uzyskalibyśmy, na bazie badania pokoju mariana, miano „homo skrzętnie gromadzący WSZYSTKO”. a teraz idę na szezlong, bo pralka mi świadkiem, nie mam siły naciskać klawiszy.


b.


apdejt 5.09.2010 godz. 09:09
na tarasie u alaskanów tak fajnie jest. całą sobotę leżeliśmy sobie na fajniusich leżaczkach, popijaliśmy drinki z parasolką i podziwialiśmy chmurki na błękitnym niebie. w ogóle nie wiem czemu się dziś nie mogę ruszać. pewnie od tarasowej terakoty za mocno ciągło. dziś tez sobie poleżymy, ale już pod kocykami.

b.


Apdejt 5.09.2010 godz. 19:51
szast-prast w przerwie między leżakowaniami na tarasie smyrgnęłyśmy trzydrzwiową szafę : pińcet śrubek, gwoździ, deseczek, półeczek, zameczek i pyk szafa jak malowanie. na sofie mariana składającej się z pięciu – słownie pięciu kawałków i czterech śrubek poległyśmy z kretesem. frustracyjny wzdech. no nicto. jutro ciąg dalszy leżakowania. acha. mechaniczny wkrętak do śrubek pilnie poszukiwany. ktokolwiek widział ktokolwiek ma - upraszany jest o pilny kontakt. nasze nadgarstki będą wdzięczne do końca stulecia.
b.

środa, 1 września 2010

niespodziewany koniec klapek

normalnie przełom sierpień/wrzesień to jest taki wieczór po pięknym dniu. ciepły, ale już z przyjemnością otulasz się lekkim szalem. kwitną astry, puchną bulwy kartofli, słoneczniki rozsypują pestki, pachnie rżyskiem, wrzosem i grzybami. jeśli blezer to z duużym dekoltem, jeśli szal to ażurowy, jeśli spodnie to lniane i zwiewne, jeśli napój to schłodzony kompot z antonówek, jeśli tło muzyczne to Szczepanik, , jeśli buty to klapki.
a co mamy proszjepaństwa?! rozpierduchę mamy otóż w rzeczy samej. z wysokości słupka rtęci nagły skok w deszczową breję i okołolistopadowy chłód mamy. stan wyjątkowo bardzo tużprzeddepresyjny mamy. mokre i sine nogi w klapkach mamy. a w perspektywie OSIEM takich miesięcy do maja mamy. osiem miesięcy wojny szarugi ze słotą. w obliczu przygnębiających trendów pogodowych gwarantujących ataczki epizodycznej depresji chyba pójdę do stosownego urzędu i każę sobie zmienić nazwisko na frustracja apatia fadiejewna. albo agresja fiksacja sumasziedszaja.
b.

niedziela, 29 sierpnia 2010

w okowach roman(s)u

zaczyna się trywialnie i trywialnie kończy. ona pisze maila, który omyłkowo trafia do niego. on odpisuje. ona odpisuje. i tak przez dwa lata.
mówię wam, germańcy muszą czymś specjalnym nasączać swoje książki. przeczytałam już w swoim życiu parę lektur, wśród nich kilka arcypięknych i kilka szmirusów. ale jeszcze nigdy w życiu nie zdarzyło mi się, żeby książkę przeczytać jednym tchem od 18:00 w sobotę do 4:45 w niedzielny poranek. bez przerwy. 426 stron. wessało mnie niczym grząska topiel porośnięta słodkim łubinem. z licznych biznatyjskich metafor rozumiałam wprawdzie jeno spójniki czasem a czasem zaimki ale fabuła nieubłaganie kazała się śledzić i nawet mrugnięcia zmaltretowanym małym drukiem okiem wydawały się być wiecznością oddzielającą mnie boleśnie długo od losów emmi i leo. zdarzyło mi się wychwycić nonszalancki sarkazm i zawoalowany komizm i subtelną grę słów. o, to lubię najbardziej. słowa, które się stwarzają dla tej jednej jedynej okazji. słowa nieodgadnione poza kontekstem fabuły. słowa utkane z niuansów, niedopowiedzeń, słowa nasycone wieloznacznością , bezkresem wolności i swobody jaką daje anonimowość w internecie. zwierzenia oczekiwane i zaskakujące , ważone serca biciem. obawiam się, że gdybym przeczytała teraz przekład polski okazałoby się to wszystko płaskodenne jak talerz na pizzę. że może cały ten emocjonalny przekaz dopowiedziałam sobie sama dysponując ubożuchnym jednak zasobem słów germańskich. musze to na Was moje drogie niestety przetestować. no nie ma rady. musicie to przeczytać. i powiedzieć mi prosto w oczy, że zwariowałam, że to jest erstkalssige szmira ever. zastanawiałam się trochę czemu tak mnie to wciągnęło. czemu zapatrzona w strony książki odstawiając kubek herbaty nie trafiłam na stolik i dopiero rano po przebudzeniu wdepnąwszy w herbacianą kałużę poszukałam pod tapczanem szczęśliwie nie rozbitego kubka. i wiem już. mam w sobie mianowicie galopujący głód romansu ze słowem pisanym. niechybnie dałabym się uwieść jakiemuś bystremu, żonglującemu słowem jak tuzinem talerzy z zupą pomidorową pisarczykowi z florencji. albo i z wołomina . egal.

Daniel Glattauer
w wersji polskiej tom pierwszy „napisz do mnie” , tom drugi „wróć do mnie”
b.

piątek, 27 sierpnia 2010

es regnet szac, czyli memuraów cd.

przyjść do domu z mocnym postanowieniem uprania, uprasowania, odkurzenia i zastać bezprądzie prowadzi prostą drogą na kanapę z nowo nabytą książeczką. coś na podobieństwo harlekina vel łezwyciskacza janusza.l.wiśniewskiego. jeno w germańskim narzeczu. musiałam. musiałam to mieć. uprzejmy kolega z pracy zinfiltrowawszy przy okazji delegacji niemiecką księgarnię dostarczył mi lekturę. i w dodatku dwa tomy. nie omieszkał oczywiście wyrzucić mi, iż zdecydowanie atrakcyjniejszy wydawał się mu być album „historia silnika diesla z modelem do samodzielnego sklejenia”. oraz, że pan księgarz mrungął do niego znacząco sex mal. ale ojtam. jak świnia na pyrowy parnik cieszę się już na dialogi w stylu
- ach, helga du bist die schoenste in der Welt
- ach hriestfried, du muss mich unbedingt kuessen, aber sofort
ale zanim zaległam, kilka razy alaska podjęła straceńczą krucjatę zawleczenia mnie do lasu na kurki. byłam jak tytanowa skała, jak pik asertywizmu , jak urzednik skarbówki rozpatrujący podanie o umorzenie. trochę jestem podła. choć bardziej leniwa.
i w dodatku włączyli mi prąd. więc szur szur szur szybko odkreślam z listy pralkę i odkurzacz oraz udaję, że nie wiem gdzie schowałam żelazko. co mi nasuwa myśl, że gdyby nam w Kleszczówkuw stosownej porze urwali prąd nie mielibyśmy w memuarach odcinka o startującym w kosmos naszym drewnianym domu . a było tak, że wczesnym wieczorem koło 23:55 siedzieliśmy sobie na tarasie onegoż domu rżnąc w karty w ramach zajęć grupowych. nagle, gdzieś z otchłani domu doszedł nas jakby warkot i dudnienie. konkluzja, że to wracają japońskie bombowce po misji w kaliningradzie, w które dał się nam wkręcić jak po maśle marian, pasowała jak ulał. to musiała być cała dywizja japońskich bombowców z rozpadającymi się silnikami i lecąca wprost na nas i nader nisko, powiedzmy tuż nad płotem. omalże tratując odrzwia jadwiga wpadła do domu i zakolebawszy się na falującej podłodze pomknęła na górę do pokoju ratować przed bombardowaniem dobytek, syna, męża i psa (ewtl. kolejność znana jadwidze). biegnąc artykułowała komunikat o piecu szykującym się do wybuchu. dom faktycznie dosłownie drżał w posadach niczym czelendżer szykujący się do misji na marsa. każda jedna klepka dygotała swoim własnym dygotem a w ścianach bulgotało jakby włączono kilka tysięcy bezprzewodowych czajników. z domostwa wybiegł drąc się muskularny osobnik w skąpych slipach i gwałtem trawersował okno gospodarza, który już był raczej w dalekiej fazie rem. stałam zafascynowana na podwórku i zapatrzona trochę w muskularnego osobnika czekałam, kiedy dom oderwawszy się w końcu z posad świata uniesie się unosząc w przestrzeń kosmiczną nas, nasze desusy, karty kredytowe, wędzonego punskiego kindziuka i odleci robiąc spektakularne bum z fajerwerkami. półnagi gospodarz pół biegnąc pół mnac półgębkiem inwektywy pod adresem św. piotra apostoła, patrona zdunów zanurkował w piwnicy, gdzie termostat pieca wskazywał godzinę sądu ostatecznego. podczas gdy w piwnicy, źródle zła, panował względny spokój i harmonia, ukryty pod dachem zbiornik wrzącej wody wpadł w szał i wstrząsał piętrem telepiąc domem niczym urwana winda w 160-cio piętrowym arabskim drapaczu chmur Burj Dubai. po kilkudziesięciu minutach interwencji dom postanowił jednak zostać na miejscu, choć podobną próbę ekstrapolacji w przestworza za pomocą wrzącego pieca ponowił jeszcze raz ale jenośmy się mocniej wczepili w ławy na tarasie podczas gdy gospodarz pół mnąc pół klnąc wybijał mu to z ... yyy z rozdygotanych trzewi.
powróciwszy na staropańszczyźnianej łono tkliwie i czule pomiziałam żeberka kaloryfera wdzięczna, że ich peregrynacja w galaktykę raczej nie kusi.
tymczasem dom w Kleszczówku jeszcze raz podjął próbę bytu samoistnego i w noc poprzedzającą wyjazd ponownie szykował się do startu w przestworza nakłaniany doń dość intensywnie przez oko cyklonu, w którymśmy się znaleźli. i zaiste gdybym rano, po burzy, za oknem zobaczyła zgromadzenie aborygenów nad pieczenią z kangura lub kolonię eskimosów haftującyh krzyżykami skórę krowy morskiej nie byłabym zbyt zaskoczona.
a teraz, dawszy świadectwo memuarom udaję się na szezlong i zamierzam śledzić wunderbare losy helgi i hriestfrieda. o czym potym albo i nie.
aufwiedersehen

b.