środa, 23 lipca 2014

planiści kontra dysplaniści


od zarania dziejów, uświęcone tradycją i genetyczną zapobiegliwością, planowanie urlopu zawsze zaczynało się u nas w okolicy lutego. na ten czas szły w ruch globusy, mapy i wszelkie schematy kartograficzne w celu wytypowania szerokości geograficznej, pod którą mieliśmy spędzić, siłą wyrwany ciemiężycielowi pracodawcy, należny jak psu micha i tęsknie wyczekany urlop. gdzieś w okolicy połowy marca, po skrupulatnym przepenetrowaniu setek tysięcy stron internetowych pod kątem znalezienia oferty starannie przefiltrowanej i możliwie wolnej od obłudnego a lukrowanego fotoszopizmu, dokonywana była ostatecznie rezerwacja a w ślad za nią na a’konto szedł przelew znacząco uszczuplając środki przeznaczone na jaja do święconki. w kwietniu dopinano na ostateczny guzik plany wycieczek, nabywano przewodniki oraz mapy geograficzne, geologiczne i pogodowe (także te pochodzące z archiwów XIX w.), katalogowano godne uwagi obiekty i zabytki według epoki, stylu i koloru cegieł, namierzano miejscowe atrakcje pieczołowicie odnotowując je gwiazdkami od „must se” przez „amożeby” do „eeetamalehunołs”. w maju polerowano klapki i gumniaki, kompletowano zestaw garderoby i pakowano walizki ze szczególnym uwzględnieniem niezbędników jak garnki, obieraczki do ogórka, świece, ściereczki, sól, pumeks, otwieracz do konserw, znaczki pocztowe i skarbowe, plastry na rany i na bolenie, baterie, krem na kurzajki, amol na wszystko, kilo landrynek (cukier na podtrzymanie czynności życiowych w niespodziewanych warunkach ekstremalnych, gdy do sklepiku kilosów mrowie a głód dziatkom w oczodoły zaglądnie), krzesiwo, nadmuchane rękawki do pływania i osinowe kołki na ewtl. wampiry. w czerwcu przygotowywano kanapki na drogę a w lipcu, jak to przed podróżą siadało się w aucie i czekało. na sierpień.
w tym roku cała misterna tradycja wzięła w tak zwany łeb. na skutek i z powodu dwa tygodnie przed planowanym urlopem byliśmy wszyscy jak jeden mąż w czarnej rzyci. ni drogi znaczy, ni kurhanu. wiedzieliśmy jedynie, że celem podróży musi być Liguria. o której zresztą nikt z nas nie wiedział kompletnie nic.dosłownie NIENTE. pozatym, że bardzo, ale to bardzo chcemy tam pojechać. bo tak. półtora tygodnia przed terminem urlopu namierzono Riccardo. nie zmieniam imion, bo wątpię aby ktokolwiek jeszcze kiedyś namierzył Riccardo. jest on bowiem tak nienamierzalny i enigmatyczny jak szef aniołków Charliego. niby jest, a go nie ma. Riccardo też miał swojego aniołka. okazała się nim niebawem Brunella. ale zanim i nie wyprzedzając faktów Riccardo rzekł do nas w narzeczu prawie anglikańskim, że owszem chodźta, mam hacjendę w Ligurii będzie pan zadowolony. no. tośmy poszli. jak ćmy w dym. i nawet się nam żadna lampka awaryjna nie zajarzyła, że zasadniczo jedziemy w ciemno. bez zadatku. bez adresu. znaliśmy jedynie, niewygórowaną, co istotne, ca. cenę za dom. powiedzmy szczerze - atrakcyjną. w stosownym momencie – znaczy kiedy osiągniemy placyk przed kościołem we wsi (nazwę wsi nam udostępniono)- mamy wydzwonić aniołka- czytaj Breunellę i ona nas powiedzie ku celu. dotarcie do placyku zajęło nam bite 24 h. w siedemnastej godzinie drogi, przewidując perturbacje w dotarciu, wydzwoniliśmy Brunellę aby jej zakomunikować ewtl. drobne spóźnienie. Brunella okazała się angielskojęzyczna inaczej. śledząc tok rozmowy ze słownikiem polsko-włoskim w ręku wywnioskowaliśmy, iż Brunella osiwiała czekając na nas na placu pod kościołem wraz z trzodą chlewną i dzierga dla nas ceratę na powitanie. do celu mieliśmy jeszcze jakieś 400 km, zaczynało zmierzchać (wyjechaliśmy o 20:00 dnia poprzedniego) nadejszła ulewa a drogi nabrały wyjątkowo ostrych łuków poprzecinanych kilometrowymi tunelami, w których nasze gps’y darły się na potęgę, że brak sygnału z satelity i róbta se co chceta. w międzyczasie część ekipy (jedno auto z dwóch) odkryła kuszący (o naiwności) skrót, za którym podążyła omijając autostradę, co przypłaciła półzawałem i kołataniem komór, gdyż droga wiodła wprawdzie uroczym szlakiem wzdłuż jeziora Garda, aczkolwiek w rzeczywistości wiodła karkołomnym slalomem nad krawędzią przepaści z urokliwym widokiem na wodę, przez niebotycznie zakorkowane, aczkolwiek śliczne, nadjeziorne kurorty w stylu bella italia (palmy, winnice, donice, ciasne ulice, spalone pudernice, domniemane oślice). po kolejnych czterech godzinach grozy, zgrzytania szczęk i natychmiastowej gotowości do zamordowania kogokolwiek dotarliśmy do Garlendy – teoretycznie docelowego miejsca spotkania z Brunellą. późny zmierzch malowniczo osiadał na placku przed muzeum fiata 500, gdy nagle znikąd podjechało auto, wychynął z niego aniołek Riccardo- czytaj Brunella - zakrzyknął follow me i ruszył stromą serpentyną w górę i w siną dal. już nigdy potem nie przejechałam tej 3 km trasy w takim tempie. wyobraźcie sobie trasę rolecastera nad przepaścią, wąską na pół samochodu, wzdłuż gajów oliwkowych i figowych, wspinającą się na strome zbocze otulone odgłosem świecących odwłokami cykad. Brunella wysiadłszy z auta zamachała rzęsami i pokazała nam miejsca parkowania. dopiero rano stwierdziliśmy, iż wyjazd z tego miejsca grozi co najmniej urwaniem miski olejowej a wyjechać stamtąd bez pomocy dźwigu i/lub wierzy kontroli lotów może być nieco trudne. tymczasem Brunella pełna ufności w swój angielski nakazała nam ponownie follow me i pokazała nam dom opowiadając o nim w szczegółach. w pięknym języku Petrarki i Sofii Loren. nasz początkowy brak entuzjazmu dla starej (dziwny zapach, który okazał się później właściwy leciwemu, prawdziwemu wiejskiemu domostwu liguryjskiemu), zabytkowej wytwórni oliwy/wina/kuźni (do dziś nie wiemy gdzieśmy właściwie spali) zrzucamy na karb przemęczenia drogą. przy prezentacji, oczywiście w czystej włoszczyźnie, tajemnic domu, czyli pieca i telewizji, Brunella zażądała obecności mężczyzn. widać my kobiety wyglądałyśmy jej na ostatnie idiotki. po stosownym instruktażu ciepła woda i tak leciała nam wedle niewyjaśnionych reguł i najczęściej nie wtedy, kiedy nam była potrzebna, zaś telewizor jak nam pokazał jęzor dnia pierwszego, tak był konsekwentny do dnia ostatniego. jakoś nikt się tym nie przejął szczególnie. Brunella zaś odjechała w ciemną noc najprawdopodobniej z wrażeniem, że goście nie do końca są kontenci z domu. może i tak było. do czasu. gdyśmy rankiem otwarwszy powieki i okiennice stwierdzili, że najprawdopodobniej jednak jesteśmy poniekąd w raju.
b.

czwartek, 12 czerwca 2014

o redundancji


dom wariatów w aktualnych okolicznościach przyrody wydaje się być krainą łagodności, zen i melisy w porównaniu z potargowym krajobrazem w biurze. w niewyjaśnionych okolicznościach znikła nam z pola uwagi oraz ze stoiska pięciotonowa maszyna o gabarytach stada mamutów. trwają poszukiwania. ktokolwiek słyszał, ktokolwiek wie. maszyna proszona jest o pilny kontakt z nami w ważnej sprawie rodzinnej. od kilkudziesięciu godzin próbuję poselekcjonować zgromadzone przez tydzień nieobecności na biurku sprawy na hiper ważne, super ważne, ważne oraz easy peasy lemon squeezy. tych ostatnich jak na razie nie odnotowano. Ale. jak się odpowiednio długo prokrastynuje te hiper ważne to z czasem zmieniają one statut na pisofkejki. generalnie roboty jest tyle, że na moim miejscu i ośmiornica odczułaby wakat kończyn, o mózgu nie mówiąc. zwłaszcza, że w upały mózg mi się oddziela od korpusu i gubi się w wakacyjnych fantasmagoriach a jak go już zdołam przywołać nazad – to mi się rozsypuje w proch pod wpływem i na skutek corocznego ataku kosiarek w dublecie z młotem udarowym u sąsiada, z którym to młotem lata jakiś szaleniec od parteru po dach i zmienia w gruz wszystko co się mu nawinie w ramach remontu posesji. za to wieczory w biurze są upojnie ciche, przerywane jedynie szuraniem ogonka wiewiórki taszczącej mi pod oknem gigantyczne szyszunie. docieram do domu w porze dziennika i jedyne co odczuwam to silne powinowactwo z zombi. a przecież jak przyjmowaliśmy do pracy jakieś dwa lata temu nową koleżankę, to żem się jej na kolanach omalże zarzekała, że tu praca jest stabilna i spokojna a godziny pracy są nieprzekraczalne 8-16 i pozostawanie po godzinach jest zjawiskiem nam nieznanym zupełnie (podejrzewam, że wtedy pierwszy raz los zachichotał złośliwie i splunął żółtym jadem na moje biurko).
szybko wspomnę, że były i owszem targi. grono karmionych wystawców zgodnie z trendami światowymi znacząco dywersyfikuje swoje zwyczaje żywieniowe i o ile kiedyś wystarczyło na stół podać garniec smalcu i ogórka to dziś gusta diametralnie się wysublimowały (mniemam, to pokłosie zalania telewizji wszelkiej maści programami kulinarnymi -już ja im kiedyś urządzę prawdziwą hells kiczen) a oczekiwania poszybowały wysoko ponad standardową parówkę z musztardą. jeśli parówka to sojowa, jeśli musztarda to ekologiczna. ten pan nie je tuńczyka bo ma oczy, ten pan tuńczyka owszem ale kiełbaska won. nie zwariowałam bo nie zdążyłam. pieczołowicie ukrywane w niszach maleńkiej stoiskowej kuchni kanapki wegetariańskie oraz wegańskie zżerali kompulsywnie tradycyjni mięsożercy, smutni wego-wegetrianie skubali gałązki kopru i drylowali małosolne z mięsnych kanapek. a w dniu, kiedy stanowczo z powodu zmasowanego nalotu klientów na stoisko odmówiłyśmy zapodania parówek - przyszli do kuchni, stanęli w stuporze jak niepocieszone spaniele, zaślinili wykładzinę, wychłeptali keczup z miseczek i trzeba ich było ścierkami przepędzać. ale generalnie byli bardzo mili. i mówili wieloma językami. z przewagą angielskiego (mój bedly bedly angielski brylował karkołomnie, wzbudzając to popłoch to niezamierzony entuzjazm). a niektórzy nawet używali retoromańskiego, jak na rodowitych Białorusinów przystało. z uwagi na fakt dokooptowania do naszej firmy kilku nowych dostawców, na targach pojawiły się zupełnie nowe twarze z resztą korpusu i nijak nie mogłam ich skojarzyć w ogóle. zwłaszcza, że większą część zażyłości poczyniłam na parkiecie targowego wieczorka zapoznawczego i od ciągłego wirowania mięszały mi się języki komunikacji i osobnicy jak w bębnie maszyny losującej. co ciekawe wszyscy jak jeden mąż złożyli najsampierw deklaracje klnąc się na klucz francuski, że nie tańczą, nie tańczyli i tańczyć nie będą. never. w skutek odchyleń od orbity dobrze nasączanej pewnymi płynami panowie jednak ruszyli w tan i tak to pierwszy raz w historii rozpoczęliśmy jako firma międzynarodową imprezę w dansach i lansadach i skończyliśmy ją przed świtaniem wygnani z parkietu przez ekipę demontującą gitarzystę i zmitrężony długotrwałą wokalizą chórek w piórach i cekinach. moje śliczne, młodsze koleżanki miały jeszcze zamiar o brzasku dnia ruszyć w miasto, gdyż zapałał w nich zapał do zabawy w dwójnasób pod wpływem szampana rozlanego o północy z okazji 65 urodzin naszego wystawcy, któremu odśpiewaliśmy sto lat w kilku narzeczach, a który rozczulił się tak wielce, że baliśmy się o jego sterane parkietem serce. ostatecznie zamiar afterparty sęłzł był szczęśliwie na panewce bo i tak poranek okazał się być niezwykle trudny z powodu głośnego tupotu białych mew o cichy pokład i braku tabletek z krzyżykiem. za to na stoisku raczyliśmy się wyśmienitym urodzinowym tortem malinowym wielkości młyńskiego koła a mlaskali równo i mięsożercy i weganie , wegetarianie i frutarianie a jubilat unosił się rozanielony kilka centymetrów nad ziemią. chwała i hołd poznańskim cukiernikom. udało mi się przez cztery dni targów popełniać karygodne fopa, kiedym się do jednego z wystawców zwracała bezceremonialnie ty - powiedzmy - (dla ochrony danych osobowych) „krzywonos” podczas, gdy jak mi wyjaśnił w ostatnim dniu targów „krzywonos” to nazwisko, a na imię ma „wyrwigrosz” – dla usprawiedliwienia dodam, że był rodowitym Węgrem a ja w tym języku jedynie, tradycyjnie gulasz i halaszle.
czy ja już pisałam, że nie znoszę targów? no więc nie znoszę. z wyjątkiem. gdy poznaję nowych ludzi, wielu fascynująco interesujących (czego nijak nie da się poznać w korespondencji handlowej) i z którymi się potem żegnam jak z dobrodusznym wujkiem, na niedźwiadka i koniecznie z trzema całusami (Anglicy to wyjątek – zapamiętać – tylko jeden cmok).
no dobra. to by było na tyle. lecę. muszę jeszcze namierzyć i odprawić na cle jedną przesyłkę z Chin co mi lata od doby nad Europą a mnie lata oko z nerw powodu, że bez tej przesyłki nie można na czas obrobić bardzo ważnego kółka (i nie, nie chodzi o kółko gospodyń wiejskich, bez urazy).
absolutna redundancyjna kołomyja.
b.

piątek, 18 kwietnia 2014

O wyższości Świąt Wielkiejnocy nad Świętami Bożego Narodzenia


Trzask prask i zleciało.
chwilę temu było biało
i nagle pojawiło się w krzach ćwierkając zielone.
Przydomowe ogródki kipią subtelnie żonkilami
i mkną ku niebu strzeliste tulipany.
W dzieży sernik leży a w saganie żur mój panie.
Zawodowym obowiązkom mówimy stanowcze i zdecydowane NIE.
Jajo ma priorytet.
Kiedyś w końcu trzeba się zatrzymać, zadumać i posmakować życia.
Z sosem musztardowym i lukrem na mazurku.
Zanurzyć się w rzeżusze
Wypłukać w żurze duszę.
Miejcież Wy Wszyscy Dobre Święta
Pełne miłości, (s)pokoju i nadziei !

b.

czwartek, 30 stycznia 2014

Od szwajcara do tatara


z powodu nagłego ataku bolesnej kolki* należało do mojego pacjenta** zawezwać specjalistę. tak się złożyło, że najbardziej kompetentny musiał przyjechać aż ze Szwajcarii. pacjent zaś, o dziwna elipso zbiegów okoliczności, przebywał w okolicy, w której na świat przyszedł Antoś Patek – przyszły genewski twórca ekskluzywnych czasomierzy, które zdobywały serca i wypatroszały portfele establiszmentu królów, papieżów a nawet gruzina soso. jak się okazało, od czasu gdy Antoś wyruszył na podbój Szwajcarii świat się strasznie przebiegunował. otóż mój specjalista bowiem, przybywając z jednego z najbogatszych krajów Europy nie posiadał karty kredytowej, co go jako płatnika dość istotnie dyskryminowało w oczach agencji wynajmującej samochody oraz hotelu, gdzie nie chcieli za nocleg ekwiwalentu w gomułce sera a antosiowego zegarka pod zastaw specjalista nie posiadał . cóż było robić. na hasło rzucone z helweckim akcentem pomożecie ?odkrzykłam z należnym, gdyż uświęconym tradycją entuzjazmem – pomożemy ! i w bonusie dla specjalisty dorzuciłam bal karnawałowy w zarezerwowanym hotelu i powitalny kociołek foundi z morskiego sera (co jak mniemam, dla narodu pozbawionego morza może być atrakcją ekstraordynaryjną). w tym samym czasie inny specjalista pojechał rehabilitować kolejnego pacjenta, któremu zatarły się jakieś pinole i cewki. z wyników obdukcji wnoszę, że pacjent nie rokuje i powinien zostać odesłany do szpitala, choć aktualny właściciel upiera się, że na szrot. nie wygląda na to, żeby się miało obejść bez zbrojnego konfliktu. my tu na wysuniętej placówce serwisowej zawsze jesteśmy w krzyżowym ogniu płonących dzid. i dlatego czasem oko mi lata.
a zaczyna mi latać bardziej, gdy konstatuję, że raczej z detalami rozumiem na co choruje pacjent i jakie narządy mu trzeba wnet wymienić zaś gdy czytam nadesłaną propozycję cateringu na nasze noworoczne (tak, obchodzimy chiński nowy rok. bo europejski nam się opsnął. i co nam pan zrobi) firmowe spotkanie to nie rozumiem kluczowych pozycji oferty: mini crapes, vol-au-vent, triplo di parma, bigos wegetariański.(BIGOS WEGETARIAŃSKI!?!? halo?)

b.

* stillstand czyli awaria
** maszyna, która robi ping

wtorek, 21 stycznia 2014

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Disasteryczny poniedziałek



już w pierwszym kwadransie w pracy zadeklarowałam chęć rzucenia z grzmotem roboty w biurze i natychmiastowego przeniesienia się na hale w celu hodowli drobnej rogacizny na ser, mleko i skarpetki. apogeum nastąpiło w południe. wystarczyło dotkliwe pod żebro szturchnięcie ojca-dyrektora i eksplodowałam w słuchawkę takiemu jednemu. uznajmy, że zasadniczo się mu należało. moje wrzaski najpierw podniosły dach biura a zaraz potem przyniosły natychmiastowy skutek ale żyłka mi pulsuje do teraz. koniec. koniec z dobrotliwym podejściem. będę od teraz obrzydliwą, opryskliwą heterą. będę pluła jadem kiełbasianym. będę oschłym babiszonem. zrobię sobie trwałą i tapir i będę załatwiała petentów głównie odmownie gwarą z Pragi i głosem Himilsbacha. oczywiście, że mogłabym przeprowadzić głęboką samoanalizę, dotrzeć do sedna trzewi, zidentyfikować słabe strony sytuacji , wypunktować błędy behawioralne i wysnuć wyważoną sentencję, że spokój, rozwaga i ściśnięte samodyscypliną pośladki i półkule byłyby mnie , kiedyśtam, z pewnością, zaprowadziły na łagodne wody zrozumienia i obopólnego porozumienia. ale dziś się mi ulało wzburzone może idiosynkrazji. i wybrałam wpadnięcie w szał. no, może na razie w szalik. jak jednak przypuszczam, mogę się w tym kierunku rozwinąć niebywale szybko, mam predyspozycje (nadto zgubiłam worek melisy) i nie wykluczam, że na te hale pasać kozy wywiozą mnie kiedyś w nieortodoksyjnie góralskim kaftanie bezpieczeństwa. byłoby miło gdyby był różowy.
b.

wtorek, 7 stycznia 2014

O igliwiu, dzwonkach i pocałunkach noworocznych

Trzej Królowie przyszli wzgl. przyszedli i przepędzili mi z domu świerka. onieśmielony majestatem i okadzony kadzidłem (lichusieńkim, powiedzmy sobie szczerze, drzewiej, o drzewiej to bywały kadzidła!) zrzucił z siebie wszelkie igliwie i stanął golusieńki jakby go żaden pamgób nigdy nie stworzył gdyżby się wcześniej zasromał i z wypiekiem na licu zawstydził. usuwanie rozrzuconych po kwaterze igieł opadłych z dwumetrowego drzewka przypomina sprzątanie worka mąki stojącego pod wentylatorem. w przyszłym roku stanie tu jodła i zostanie ze mną aż do Wielkanocy. tymczasem z lodówki niespiesznie ubywają śledzie w śmietanie oraz oleju i powoli acz trudno ukrywalnie oblekają mi znikającą talię. gigantyczną salaterę z pierniczkami i cukierkami wyniosłam dziś do pracy. w południe, salatera była prawie pusta. dorosła ludzkość jakimś mi niepojętym, dziwnym pragnieniem pochłania łakocie bez ograniczenia za to z błogim, dziecinnym rozmarzeniem na twarzy. topsz. może jestem trochę inna. możliwe, że jestem kosmitką. jeśli ktokolwiek chciałby założyć muzeum cukierków wzgl. ciasteczek, nawet tych mało używanych – służę moim apartamentem. będą tu bezpieczniejsze niż w fort knox. jeśli gdzieś we wszechświecie krąży po pustynnych bezdrożach, łysych galaktykach i bagnach ziejących odorem zgniłego jaja mój rycerz to niechże zbliżając się ku mnie z sakw swych podróżnych natychmiast wyrzuci w otchłań wulkanu wszelkie słodycze i napełni je surową rybą, krewetkami, śledziami w ziołowej omaście i stekami (ach!) rodem z kobe oraz lodami o smaku jajecznicy z boczkiem. takiemu ja oddam, wśród łez (radości, oczywiście) i duszę i seks. rzekłam. dwa tygodnie absencji w pracy zgotowały mi dziś spektakularny kipisz. głam się w życzliwych interlokutorskich kontredansach z klientami usilnie pod koniec dnia unikając wrzaśnięcia, że NIE MA I NIE BĘDZIE. BO TAK. I CO MI ZROBICIE!!! a w międzyczasie pewien zakład dostawcy w Indiach w barwnej oprawie z dzwonków (niestety nie śledzia)i jemioły zapytywał o fitbek czyli jak bardzo go kochamy i za co. no otóż, szanowny, drogi i azjatycki przyjacielu dziś możesz mnie cmoknąć. dokładnie tam.
b.