niedziela, 21 stycznia 2018

Zima w mieście

gdyby się zaraz miała zrobić odwilż, to ja już mam swoją zimę udokumentowaną

b.

sobota, 20 stycznia 2018

Styczeń trochę bardziej inny niż wszystkie inne stycznie


Ostatni blue monday przeszedł mi jakoś niepostrzeżenie. Robienie w pracy na dwóch biurkach od 7:15 do 18:15 niewiele zostawia czasu na samorozczulanie. A brak ulubionych bułeczek w ulubionym sklepie o 19:15 da się wytłumaczyć nie wplątując w to najbardziej depresyjnego dnia/czasu w roku. W ogóle jakoś mi się udaje lawirując zakosami uniknąć przynależnej temu czasowi depresji. Otulam się polarowym kocykiem i zapadam w lekturę lub zakładam słuchawki i ciepłe buty, puszczam playlistę z przebojami, do których kołysze się ¾ świata i wędruję po ciemnym Tarchominie od czasu do czasu podskakując w rytm. Nie bardzo sama rozumiem, czemu i skąd taka pogodność nastroju, bo jako wieloletni cierpiętnik bezsenności powinnam pełzać po chodniku gryząc przechodniów po kostkach. a przecież i innych powodów znalazłoby się bezlik. A jeden teoretycznie szczególnie by się mógł depresji przyczynić. Albowiem kalendarz na początku roku zrobił mi urodzinowe kukuryku razy pięćdziesiąt. Mogłabym tu poudawać, że mam lat dzieści, cienką talię osy, nogi do nieba, twarz Marylin Monroe, IQ ponad pińćet i żadnej zmarszczki. Otóż nie mam tego wszystkiego na stanie. Mam o wiele, wiele więcej i nie oddałabym tego za żadne skarby świata. Może za rok, lat pięć lub piętnaście powiem co inne, ale jestem tu i teraz, które to tu i teraz zwyczajnie lubię (choć los niestety smaga po duszy i sercu boleśnie, jak wtedy gdy zabiera na zawsze z mojej drogi przyjaciół).
Moje pięćdziesiąt zaczęło się oczywiście bez mojej wiedzy.
Taki całkiem początkowy początek nie jest mi znany (zanotowano w reptularzu: podpytać na tę okoliczność Jej Wysokość Matkę Danutę). Z kalendarzyka wynika, że marzec roku 1967 był całkiem udany i miły dla moich Rodziców. Aż nadszedł sylwester ad. 1968. mamunia objadła się bigosu, potańcowała na niebotycznych obcasach w rytm piosenek „ wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał” „dozwolone od lat osiemnastu”, „ suddenly you love me” lub „azzurro” a potem nagle na porodówce stwierdziła, że ojtam ojtam to pewnie fałszywy alarm, być może z powodu szampana. dochtory były bezlitosne. Rodzimy ! być może właśnie to te bąbelki szampana wypchły mnie na świat z metryczką dziewczynka, 10 pkt. Apgar. Dziewczynka! Ujujuj. A miał być Jacuś. Ja cuś jednak na Jacusia nie wyglądałam. Ale dobrzy rodzice wzięli co dano i wychowali nie szczędząc miłości. Nie szczędzili mi też niestety gdy przyszło przeziębienie mleka z miodem i z masłem (jednak brr), na szczęście w jakimś momencie przerzucili się na grzane piwo z jajkiem i miodem (dzisiaj brr, wtedy małmazja). Poczem posłali do szkół, z których czasem nawet przynosiłam świadectwo z czerwonym paskiem i nie było trzeba używać paska jako dyscypliny. Dziecięciem byłam spolegliwym, w obydwu znaczeniach definicji tej cechy. Miła, grzeczna i niekłopotliwa. Tylko z siostrą się lałam i kłóciłam, no ale proszę Was, kto się nie kłóci z rodzeństwem. prawie mi przeszło ale czasem daję radę ją wkurzyć :). A potem nagle okazało się, że jestem nie tylko duuuża ale i dorosła i trzeba ogarnąć świat wokół. Ale ryli, ja mam ogarniać ?!? I to zdziwienie zostało mi do dzisiaj. ogarniam jakoś, choć ciągle nie czuję się dorosła. Hanna Bakuła miała racje, pisząc w moim horoskopie, że jestem dzidzia piernik. Z czasem coraz bardziej piernik niż dzidzia. Z osiągnięć mojego dotychczasowego żywota nie da się upleść wzorcowej makatki. Ani wzorcowa matka rodzinie, ani przedsiębiorcza biznesłomen. Ale. jedno mi się udało z całą pewnością. Udało mi się lubić ludzi. Ba. czasem nawet wzajemnie. Cały mój dorobek pięćdziesięciolecia to moi przyjaciele, znajomi, koleżanki i koledzy (także z pracy gdzie podnoszę PKB od 25 lat w tej samej firmie – wiem, to się leczy). Dziękuję Wam za to, że jesteście. Bliżej, dalej, częściej, rzadziej (to akurat pewnie moja wina, introwertyka z zahamowaniami interpersonalnymi).Dziękuję Wam najserdeczniej jak tylko umiem. Z osiągnięć życiowych w specjalnym bonusie mam przytulne mieszkanie. na kredyt. kredyt we frankach, którego ostatnią ratę spłacę prawdopodobnie z emerytury i to mnie strasznie śmieszy – no bo z jakiej emerytury? ale i cieszy, bo jak/jeśli w ogóle już spłacę, a będę wówczas prawdopodobnie u schyłku żywota swego, to gdy nadejdzie czas dematerializacji z tego świata, moja kochana matka chrzestna zadbała zawczasu o to, żebym na starość nie musiała oszczędzać na fajkach i winie czerwonym, gdyż mam już opłacone swoje miejsce z granitu na bródnowskim cmentarzu (numer kwatery na życzenie). Przekażcie proszę swoim potomkom, że za każdą sztuczną wiązankę na Wszystkich Świętych będę ich straszyć i strasznie nękać w noce bezsenne. Ale zanim. zamierzam spokojnie, lub nie, nadal dorośleć i cieszyć się życiem. Z Wami. W Miętkich, w Radomiu, w Buenos Ajres, w Ciechocinku (o tu, tu to ja już mam upatrzoną kreację z cekinami na te osławione dansingi), w Crewe, w Pernambuco lub na Alasce. Gdziebądź. wszędzie tam, gdzie będę razem z Wami.
b.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

i w końcu kiedyś musiał nadejść rok dwatysiąceosiemnasty

byłabym niezmiernie nadmiernie optymistyczna, gdybym orzekła, że w roku 2018 upłynie połowa mojego życia. no nie. nie upłynie. ona już upłynęła. kiedyś tam... nie pamiętam kiedy. tymczasem nie będzie podsumowania roku, ani półwiecza. nie będzie specjalnie pozłacanej półeczki na trofea. nie będzie ciemnego kąta na rozterki.
biorę głęboki oddech (na tyle, na ile pozwalają płuca palacza) i robię krok. w kolejny rok.
niech wszyscy fajni ludzie mają fajny rok. i niech na nas wszystkich czyha szczęście. a jeśli czyha co inne, to niech będzie na sił naszych miarę.
b.


poniedziałek, 25 grudnia 2017

Szły, szły i doszły



niech pachną piernikiem,
śledzikiem, karpikiem
niech na senne manowce
prowadzą nas makowce
niech nas utuli igliwia szum,
co z drzewka chyłkiem robi bum
niech życzeń moc rozwinie skrzydła,
by rzeczywistość nam nie zbrzydła
niech nas obsypie brokat złoty,
przyprószy troski i kłopoty
niech ktoś zabierze tę poetkę,
co piątą już straciła klepkę

b.

wtorek, 19 grudnia 2017

Idą Święta czyli - jak z mgły i smogu niczym z piany morskiej koloru zetlałego łososia wynurza się nowy pryncypał, listonosz i mła jako gwiazda, w zarodku niestety klęsnąca

Czekanie na białe święta w naszym klimacie ziściło się wczorajszym grudniowym rankiem białym, wszechogarniającym smogiem wplątanym we w mgłę, któren to smog mi już w środku nocy śmierdział kwaśnym dymem palonych futer z dorodnych poliestrów. Aplikacja telefoniczna „kawka” „koliber” „kuranioska” czy jakoś tak, pokazuje, że na naszym wiecznie zielonym saskokępskim przysiółku przekroczono średnie zatrutego powietrza o czy razy bardziej niż w Pekinie opalanym ratyfikowanym bambusem moczonym w mazucie. W związku z czym, gdy wychodzę po kawie na porannego papierosa sąsiedzi z sąsiedztwa przyjaźnie machają do mnie z balkonów, ufając, że cała ta nieprzeźroczystość co im zakryła PEKiN pochodzi ode mnie, a nie że z ich kominków, w których palą azbestowe stare gacie gajowego Maruchy. W biurze tymczasem przedświąteczna stagnacja i wyczekiwanie na pierwszą premię, tfu, wróć, oczywiście, pierwszą gwiazdkę. Tfu wróć. na pierwszego w naszej ćwierćwiecznej historii de facto in spe dyrektora. gdyż ojciec-dyrektor zrobił nam znienacka niespodziankę i w świątecznym prezencie podarował nam nowego poganiacza wołów, nowego akcelatora obrotów, nowego członka na wysokim niebotycznie stanowisku, o jakim nie mieliśmy do tej pory pojęcia. Bo u nas szklany sufit jest dość nisko zawieszony i awans odbywa się generalnie w poziomie, czyli jak ktoś zasłuży, dostaje w nagrodę więcej zdań czyli musi se pomnożyć macki śmigające lub się zmultiplikować, co nie jest łatwe ale próby nadal trwają. Groza nowego dyrechtora mię osobiście nieco mniej przeraża albowiem tylko ja z całej załogi znam go od firmowej piaskownicy. I jak mi podskoczy, to go walnę grabkami w przedziałek, wsadzę na głowę wiaderko z mokrym piaskiem i pójdę sobie na wcześniejszą emeryturę (sprawdzić czy i co mówi w tem temacie Ustawa). Przy firmie zostając, tegoroczne kartki dla milusińskich wyszły fantastycznie w wersji elektronicznej (mówię Wam wszystkim, którzy mimo wszelkich wysiłków makijażystki, wizażystki, kosmetyczki, kostiumologa i fotografa z grubą rajstopą na obiektywie wychodzicie na zdjęciach raczej marniuchno, czyli jak normalnie ja. warto odczekać kilkadziesiąt lat żywota dla tej właśnie jednej dobrej foty, na której jesteście nieprawdopodobnie piękną boginią w łososiowych cekinach i nikt Wam tego nijak odebrać nie może. Poniekąd). bo zaś w wersji wydrukowanej (tu SPECJALNE wyrazy dla drukarza, który musiał nas znienawidzić od pierwszego wejrzenia) wyglądają nasze kartki jak zdjęcia z gazety po ciężkich przejściach (i z dużym nadmiarem żółci siarkowej) tj. jak z czasów gdy ludzkość jeszcze nie znała worków na śmieci i gazetami temi mościła plastikowe wiadra. Imho, dawna „Trybuna Ludu” drukowana na wysokiej klasy papierze z odzysku i mając do dyspozycji na pół ślepego korektora zdjęć dałaby nam za te foty 9 na 10 pkt. Na ten przykład moja niebiańsko piękna sukienka na tle koloru zjełczałego zbuka wygląda jakby nią zmyli zakurzoną rzeźnię a granatowy garnitur kolegi nie odróżnia się od tła w tonacji onegdaj zgniłych liści. I tak o. miało być pięknie i wspaniale a wyszło jakby naopak. No nicto. i to brzemię blamażu udźwigniem, zwłaszcza, że mimochodem wzrastamy budżet pocztypolskiej. bo kto dzisiej wysyła papierowe kartki w kraj w świat nie wyłączając Azji i obu Ameryk. W ilościach hurtowych. A ponadto poniekąd jakby nadajemy sens istnienia listonoszy na całym świecie. Oby jak najdłużej. Ja naprawdę uwielbiam naszego saskokępskiego listonosza. Zawsze sobie niebywale miło pogawędzimy fejs tu fejs przy wręczaniu poleconych ze skarbówki albo mandatów od strażymiejskiej. Nasz Pan Listonosz ma własną firmę informatyczną ale ponieważ uwierzył niegdyś Starszym Panom, że na świecie
Złotówki jak liście na wietrze czeredą unoszą się całą
Garściami pakujesz je w kieszeń a resztę taczkami w P.K.O.

to wziął był i otworzył sobie firmę mając nadzieję na to zgarnianie, ale nie skonstatował w porę, że była i zwrotka całkiem maluczkimi literkami na ostatniej stronie i w kolorze zemdlałej sepii o proszeniu rządu, by rząd ulżył Tobie i w portfel zapuścił Ci dren
I On teraz chodzi po ludziach i szuka oddrenienia. Trully i wish him luck.
A tymczasem powolutku nadchodzi CPK. Czas Przygotowania Karpia. na hasło Karp, cała społeczność bliższa i dalsza nagle wyjeżdża w pilnych sprawach biznesowych i lub/bądź rodzinnych do Bangladeszu, Męcikał lub Jęczydołów. A co ja robię natenczas? Ja spokojnie (no bo przecież nie miałam czasu odebrać wyników holtera) poleruję srebrną łyżeczkę, delikatnie muskam papierem ściernym tasaczek, hebluję deskę. Ponieważ KTOŚ TE DZWONKA wyrzeźbić ku ukontentowaniu stołowników jednak MUSI.
Święta w cieniu pachnącego świerka co się obsypie znagłym znienackiem tuż po Wigilii czy pod podle drogą jodłą kaukaską z Pernambuco ? nadal mam dylematem.
No bo, że grzybowa a nie barszczyk to wiadomo.
b.

czwartek, 16 listopada 2017

Bożalesię czyli winna wprawka ortograficzna z ch/h


Otóż wypiłam cija za was dzisiaj haust młodego beaujolais’a ad. 2017. i tak. możecie mi podziękować. że te/to (Mariann?) odium na się wzięłam a wasze podniebienia niech zostaną nim nietknięte, gdyż tknięcie nie uhołubi waszych kubków smakowych bynajmniej. Ja się na winie znam może licheńko ale to to chłoszcze jednak bezlitośnie kwasem (i żeby to był chociaż kwas hialuronowy). No ale taka tradycja. a jak powiada nadworny alchemik wiedzy tajemnej prostujący pokręcone ścieżki życia, autor duchowego tezaurusa homo sapiens Paulo Coelho: "tradycja służy zachowaniu porządku świata. Jeśli ją złamiemy, świat się skończy”. No a tego niechybnie raczej nie chcemy. Tak, tak, możecie mi nadal dziękować. Upiekłam sobie i Wam przytem dwie pieczenie na jednej flaszce, gdyż: a) zapobiegłam świata końcu (no, tak mam i bo świat i Was lubię) b) stosowną dawką etanolu, resweratrolu i procyjanid podbechtałam swój układ naczyniowy przeciw pikującemu mi ostatnimi czasy (prawienad)ciśnieniu (gdyż bo albowiem wino w dawkach higrospokijnych anihiluje przedrostek „nad”). I byłoby mi to ciśnienie po homeopatycznej ilości wina spadło z horrendalnym hukiem na panele gdyby mię nie targał za grzywkę przekaz dnia wyartykułowany w okienku rejonowej przychodni, do którego ochoczo zastukawszy poprosiłam o zapis do kardiologa (wprawdzie wykres sinusoidalny z komór wskazuje, że owszem serce bije. ale jakby odchyla się jakoś ukosem od normy). Pani w okienku na moje pytanie o termin wizyty mentalnie postukała się w ciemię. Spojrzała chyłkiem na koleżankę, która również mentalnie stukła się w płat śródczołowy kreśląc nań kółko i jednocześnie wciskając czerwony guziczek pod blatem. Natenczas pan ochroniarz, pełniący równorzędnie funkcję szatniarza chybko wysunął się zza lady szatni niezdarnie chowając za plecami kaftan bezpieczeństwa. gdy był tuż tuż pani z okienka spojrzała się na mnie znacząco a ponieważ znaczenia spojrzenia nie odgadłam (kuloodporna szyba poplamiona setkami natłuszczonych cholesterolem linii papilarnych wprowadziła szereg zakłóceń) rozłożyła ręce w geście każącym chiromancie odczytać z dłoni, że nie ma, nie było i w najbliższym stuleciu NIE BĘDZIE numerków do kardiologa. Na hasło „nie ma numerków ” szatniarz, który tylko czyhał na ten sygnał, przygotował sobie chwyt nelsona i wsunąwszy swe ramię pod moje ramie odsunął mnie był od kuloodpornej szyby szepcąc teatralnie numer infolinii NFZ, zastrzegając jednocześnie, że bynajmniej US nie zwróci mi 23% VAT za kilkudobowe oczekiwanie na połączenie. Grzecznie odebrałam okrycie wierzchnie od szatniarza w zamian za numerek do NFZ i udałam się do sieci sprzedaży detalicznej w celu nabycia środka uśmierzającego nagłą hipertensję. I tak oto trafiwszy na tegoroczne Beaujolais zrealizowałam punkt a) i mimochodem oraz poniekąd punkt b). Hipotetycznie to bożole nie jest dobre. Ale.


Alkohol ma dobre, ale też złe strony –
Do wniosku dochodzę we czwartek przy stole.

Więc proszę o wino cycate anioły,
Co wkoło fruwają fałszywie.
Alkohol ma dobre, ale też złe strony.

Pofruńmy wraz z nimi na chwilę do raju.
Pofruńcie ze mną na chwilę do raju.

Ja wam mówię: jest dobrze,
Jest dobrze, jest dobrze,
Ale nie najgorzej jest

b.

niedziela, 15 października 2017

GREminiscenCJA 3 o sztuce cumowania gdziebądź i sztukmistrzu czyli kapitanie



jednostajnie lub niejednostajnie (zależy od Boforta) posuwisty ruch po morskiej tafli przenoszący w przestrzeni jacht z załogantami względem obranego punktu odniesienia jest fajny, zwłaszcza gdy wiatr dmie w żagiel, pcha jacht podrzucając na fali i nie stoimy w korku a śmigamy czteroposamówką. Ale. jak jest flauta, a się zdarza, i szukamy wiatru w polu, to też jest fajosko. Tkwi człowiek sobie na środku wielkiej, leniwej ciemno-szmaragdowej kałuży i nic się nie dzieje. No po prostu droga na Ostrołękę. na lewo bezmiar i pustka, na prawo bezmiar i pustka, za rufą ląd od któregośmy odbili więc tam nie płyniemy a przed dziobem ląd do którego dobić zamierzamy, tyle tylko, że ten ląd widać jeno na mapie, bo w rzeczywistości gdzieś tam zakrzywia się gładki horyzont bez śladu oczekiwanego nabrzeża. No niente, żadnego wybrzuszenia, żadnej obietnicy lądu. A my się tymczasem poruszamy z prędkością wzorcowo zerową. Czyli tkwimy. W bezruchu. Ach, w końcu można naonczas spokojnie wypić kawę z porcelanowej filiżanki bez zalania śliniaka, można zagrać w bierki, można ułożyć wierzę z kart, można z nudów zbuchtować liny i cumy, które przypominają pląsawicę w szczycie szalonego tańca św. Wita. No i można się, na szczęście na sucho, nauczyć TEGO węzła ratowniczego, którego oficjalna dydaktyczna wersja brzmi: z nory królika wybiega królik, okrąża drzewo i wraca do nory. Dobryposejdonie ale to zupełnie do mnie nie przemówiło !?!. Plątałam linę niemożebnie, królik w tym czasie zdążył dostać kociokwiku od krążenia wokół baobabu, z zadyszki dostał wzdęcia i zatonął był by gdyby machając słuchami nie dopłynął do brzegu a ja i tak nie zakumałam osocho. Do czasu. aż nie sprzedano mi wersji węzła dla dorosłych. O królewnie w tarapatach i złymczyńcy. Aaa, to wtedy załapałam omalże migusiem. Ta narracja przekracza jednak publiczną dopuszczalność więc nie pisnę tu nic choćby mnie ściskali w talii talią bomu. No w każdym bądź razie w tej zakumanej przeze mnie wersji nie ma królika. A węzeł był się przydał przy cumowaniu. Bo. cały ten wstęp po to jest aby dopłynąć do celu opowieści czyli. pływanie jest fajne, nawet bez wiatru, ale kiedyś w końcu chce się do lądu dobić (bo kilka nocnych jacht pod rząd może zrobić z załogi zombi, zwłaszcza z tej części załogi co to naiwnie się zgłosiła na dyżur od 3 a.m do 6 a.m. a po skończeniu wachty wyszło tak jakoś mimochodem, że wachtowi za sterem a reszta załogi śpi i kurcze brak zmiennika. Wprawdzie mogliśmy z M. ciepnąć ten ster i też zejść pod pokład i umościć się w ciepłych, niezroszonych piernatach, ale wschód był tak kusząco ładny, że się nam wachta o kilka godzin przedłużyła. Wnjosek: bierz tylko takę wachtę, po której następuje wcześniej ustalona zmiana. Naiwni co tego nie sprawdzili potrzebują potem zapałek do podtrzymywania opadających powiek. A jak wiadomo, na jachcie nie ma zapałek. Jest tylko jedna zapalarka i trudno ją w oko wcisnąć, a ócz potrzebujących wsparcia jest cztery). Ale do brzegu, jak mówią żeglarze, do brzegu. No więc aby dobić, nie, że tego zmęczonego wachtą załoganta, a dobić do brzegu, trzeba do tego lądu jakoś zacumować. Znaczy wczepić się doń siłom, godnościom osobistom i najlepiej cumą czyli taką liną grubą co wisi na podorędziach na rufie i na dziobie. I wtedy ten węzeł ratunkowy, co o nim była mowa dwa akapity/wieki temu nazad, się przydawa. Są różne warianta cumowania, co nam podczas tego rejsu pokazał Kapitan podążając za naszemi planami/roszczeniami/kaprysami/oczekiwaniami wzgl. za wymogami aury grożącej szkwałem i sztormem. Można dopłynąwszy (aha, myśleliście, że zapomniałam już o moim ulubionym imiesłowie przysłówkowym uprzednim, ano nie zapomniałam) do porciku z nabrzeżem poszukać wolnego miejsca, najlepiej z polerem (taki grzybek lub uszko. najczęściej żelazne – moi serwisanci na określenie „żelazny” wpadają w nerwową pląsawicę ale potraktujmy to jako nośną przenośnię), na który nawiniemy naszą cumę. Teoretycznie łatwizna, gorzej gdy porcik zapchany jak parking przed galerią handlową w niedzielę (wprawdzie to się już niebawem skończy, ale póki co trzymajmy się tej niedzieli nucąc sobie „to ostatnia niedzielaaaa”) i wszystkie miejsca i polery zajęte. No to się wtedy krąży i szuka aż się wyszuka np. nabrzeże dla kutrów rybackich zupełnie puste bo kutry na noc w morzu. No to wtedy siup i wyrzucamy na brzeg jednego chętnego lub niezorientowanego załoganta i owijamy nim poler a najlepiej dwa, i jeszcze dobrze jak ten załogant ma przy sobie cumy. a gdy już jacht stabilnie stoi przy nabrzeżu, rzucamy trap i biegniemy do najbliższego prysznica (nam się raz udało znaleźć fuksem prysznic za 3 ojro od łba zakamuflowany w wąskim przesmyku nadbrzeżnych kamieniczek pośród pnączy bugenwilii, którego na noc zapomnieli na kłódkę zamknąć, więc mieliśmy prysznic za friko, jupi). Nasz zacumowany jacht rufą do nabrzeża wyglądał rankiem o tak

I mieliśmy taki widok na sieci rybackie tych co na morzu (znaczy te sieci chyba zepsute albo zapasowe)

Jest też wariant cumowania do nabrzeża w zatłoczonym porcie o płytkim cholernie dnie i bez muringów, czyli rzucamy kotwicę co nas potencjalnie trzymie ale to tylko potencjalnie, bo może się okazać zrana, że nas kotwica trzymie o kotwicę sąsiada, który właśnie o 4:30 a.m. zamierza opuścić port i wlecze nasz jacht za sobą i wówczas akcja odcumowania w pidżamkach może być bardzo niemiła (bo zroszony pokład jest śliski i w pośpiechu można salchofem wylądować za burtą). Myśmy tego uniknęli bo mamy Kapitana co widzi czego oko ludzkie w wodzie normalnie nie widzi. Aczkolwiek. Dobiwszy późnym wieczorem do Paxos, gdzie tawerny z gośćmi wchodzą prawie omalże na trap musieliśmy sprawdzić czy nam się ster nie omsknie o płytkie tu dno kamieni pełne. zrobiliśmy więc rekonesans położywszy naszego najdłuższego załoganta na trapie (że bo ma najdłuższe ręce do świecenia podwodną latarką i najdłuższe kończyny dolne do oplatania trapu).



Akcję przesuwania po dnie zagrażających jachtowi muren czołowych obserwowała bacznie jedna czecia miasta i tłum złaknionych wrażeń turystów licząc na wydobycie przez nas z dna morskiego kuferka z zawartością porównywalną ze złotymi dukatami i szmaragdową biżuterią z wraku hiszpańskiego galeonu Nuestra Senora de Atocha, który przeleżał na dnie morza od 1622 r. Myśmy tymczasem wyciągnęli spod steru jeno kilka szarych otoczaków ale mit zatopionego skarbu z pewnością wśród poszukiwaczy skarbów zaszczepiliśmy. I bardzo dobrze. Jak tam trochę pogrzebią to pewnie niechcący pogłębią dno, za co kolejni cumujący w Paxos żeglarze będą im wdzięczni. Choć ja też liczyłam na koronę z perłami zawadzającą o nasz ster. Kolega twierdzi, że żadnej korony nie było. No może był stary korbowód. Ale proszę ja was, taka korona z czasem to przecież może przypominać i korbowód i karburator i nawet ten no klucz francuski. Boszszsz, trzeba było wyłowić, oskrobać z glonów, spłacić kredyt za M1 i zostać królewną. No takie niedopatrzenie. Taka mię ominęła losu być może łaskawość. Następnym razem to ja się osobiście na tym trapie uwieszę. z podbierakiem.

W tym roku wariantu cumowania jachtu dziobem na szczęście nam oszczędzono. Trap z dzioba jachtu jest jak pochylnia posmarowana smalcem i towotem ku paszczy lwa, albo i gorzej. bo lew to capnie w tętnice szyjną i szast-prast z głowy a gdy lwa ni ma to między nabrzeżem a trapem nachylonym do lądu pod ostrym a wahliwym kątem czyha na was milion kolczastych szkarłupni z radośnie na człowieka otwartymi szczękami. I one swoimi kolcami robią człowiekowi takie bolesne ŁAŁ, że się potem miesiącami z tych kolców człowiek w cierpieniu uwalnia jak od monitów z urzędu skarbowego, czyli długo, boleśnie i bezskutecznie. Cumowaniu dziobem mówię moje osobiste „nienakoniecznie”. I niech sobie po tej gimnastycznej batucie po bułeczki do miasteczka dyga ten co to wymyślił.
Wariant burtą do nabrzeża też jakoś nas tym razem nie spotkał, choć to miłe w sumie doświadczenie złazić z jachtu specjalnie na ten cel w relingach przygotowaną furtką. Ale. na taki luksus potrzeba miejsca a tegoż w greckich portach nie starczało.
A jeśli miejsca w porcie nie starczało a należało migusiem czmychnąć przed nadchodzącą burzą albo gdyśmy chcieli zakosztować natury w 3D to lądowaliśmy w osłoniętych przed sztormem, zupełnie dzikich i pozbawionych cywilizowanych warunków cumowania zatoczkach. A wówczas plan był taki: z tyłu kotwica a z przodu cumy haczone o stary konar oliwnego drzewa lub o a nabrzeżną skałę. Tu dyscyplinę cumowania trzeba było absolutnie podporządkować bez jęknięcia Kapitanowi. Jak Kapitan mówi kotwicę rzuć (oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie rzuca zamaszyście do wody kotwicy ważącej ca. kilkanaście kg nie mówiąc o wadze 50 m żelaznego łańcucha) ) to się tę kotwicę przy pomocy pilota „wydaje”. I choćby się ta kotwica łajza jedna zaczepiła łańcuchem o zębatkę, to masz wsadzić dłonie w tę zębatkę, umorusać smarem, w tryby wcisnąć paluchi ale kotwica ma swobodnie pełzać po dnie aż się zakotwiczy. Dla żółtodziobów sprzedam patent: uszlamioną i uglonioną kotwicę dobrze jest „rzucać” w chirurgicznych rękawiczkach. wprawdzie przed wciągnięciem palucha w furkoczący zębatką łańcuch rękawiczka nie uchroni ale za to jakby co, to mamy na sobie środek antyseptyczny. A więc przy sprzyjających okolicznościach przyrody nie trzeba będzie użyć zastrzyków przeciwtężcowych po palcydekapitacji. Kotwica to jedno. Podczas gdy ona się po dnie wlecze to zanim rozbijemy się dziobem o skalisty zazwyczaj brzeg ktoś musi popłynąć z cumą do tegoż brzegu. Najlepiej jak by to był kuzyn po mieczu lub kądzieli Michaela Phelbsa. Mieliśmy takich kilku na podorędziu więc luzik. Gorzej, że jak już jesteś przy brzegu, już witasz się z gąską, tfu z gałązką/konarem/skałą to musisz w trymiga zrobić TEN węzeł. A tymczasem czasem ta niecenzuralna narracja teorii węzła ratunkowego nagle się ulatnia, królik myli ci się z królewną, złoczyńca lata wokół drzewa zamiast no ten, zamiast zrobić co ma do zrobienia a królewna czeka. a z jachtu dochodzi cię intensywny siarczysty doping wzgl. pogróżki ( i tu sobie ten doping wykropkujemy ....). ale jak już się uda. Bo. nam się oczywiście udało. To mamy jacht kołysany rankiem lekką bryzą kontrolowaną linami, po których łatwo do brzegu przybić pontonem.
A tu skromny tutorial cumowania w zatoce



Pierwsi załoganci płyną na brzeg, po linie


A w tej zatoce nie byliśmy sami. Sąsiedzi na cumach



Sąsiedzi na kotwicy


Zdejmowanie cum jest o niebo łatwiejsze od ich zakładania a ponadto odcumowujący ochotnik w bonusie jest wleczony za jachtem co jest przyjemnie o ile załoga o wleczonym nie zapomni.
Ja wleczona


Jacht zacumowany w marinie „pobożemu” wygląda tak



Choć akurat to miejsce musieliśmy nieco zmodyfikować, gdyż schodząc z trapu musielibyśmy kozłem przeskoczyć najpierw hydrant a potem skrzynkę z prądem. No ale co to dla nas. nieco przesunęliśmy nabrzeże i z rozkoszą udaliśmy się na kolację na Korfu.

A co do sztukmistrza Kapitana, to mieliśmy niebywałe szczęście i przyjemność (już drugi raz a mamy zakusy na trzeci, narady w toku) pływać pod dowództwem Jacka Sparrowa, co to ni burz się nie lęka, ni zatłoczonych portów a w dzikich zatokach czuje się jak ryba w wodzie (choć do wody ani razu nie wszedł, więc nie wiem czy pływać wpław umi). wszelkie manewry z żaglami, linami, kotwicami, muringami jest w stanie nie tylko sam wykonać z zamkniętymi oczami i bez wychodzenia na pokład. ba. on te manewry konsekwentnie egzekwuje od załogi. To, że od załogi obeznanej w jachtowaniu to jest zrozumiałe (chłopaki, moje dla Was wielkie szapoba). ale on te komendy egzekwuje nawet od tej tępszej części załogi jak ja, która na hasło „trymować fok” zastanawiam się czemu i czym usunąć z tuńczyka w puszce niejadalne części. albo na komendę „podbieramy topenantę” zastanawiam się komu i dlaczego mam podebrać tapenadę? topinambur? tamburynek? i nie ma dla niego sytuacji trudnych ani stresujących. Ani brew mu się nie wzniesie gdy na ploterze fantazyjnie wiążę kokardkę (choć ją potem zamota tym ichnim jedynie słusznym żeglarskim węzłem), oko mu nie drgnie gdy na fale grota motam różowe desusy do wysuszenia blokując rozwinięcie żagli gdy dmie (spojrzy jeno wymownie na te desusy tak, że się same w kosteczkę składają i kłaniając kapitanowi w pas wędrują do kajuty). Trzymie na statku żelazną ręką dyscyplinę techniki żeglowania (bo do innych naszych fanaberii typu: „a dzisiaj hej ho pijemy herbatę z wody morskiej” albo „dzisiaj stężamy galaretkę, uprasza się o niebujanie” łagodnie toleruje) bez używania kreszendo. Ma w sobie taki bezbrzeżny, niewyczerpalny i niepojęty spokój, że choćby przyszedł był sztorm X do entej potęgi w skali Boforta to gdybym z Jackiem Sparrowem płynęła w oko cyklonu bym się nie bała. No bałabym się tak po ludzku ale po żeglarsku ani dudu. co mi nasuwa natentychmiast myśl-pytanie, czemuż ten nasz kapitan taki wyluzowany. Profesjonalny ale jednak wyluzowany jak kaczuszka w cesarskim pałacu. I otóż mam teorię. Ten nasz kapitan to on żeby mieć nerwy na krótkim postronku, on sobie na lądzie szlachtuje. Raz na kwartał idzie sobie do piwnicy i wspominając różne załóg brewerie bierze ofiarę i szlachtuje. Tępym, zardzewiałym toporem. A ponieważ jest wegetarianinem to sobie szlachtuje stary regał, zużytą otomanę, zepsutą lodówkę lub zjełczałą pryzmę zeszłorocznych kartofli. Wióry lecą wkoło, ściany obryzgane strzępkami pyrów wyglądają jak pierwowzór sufitu Casa Mila Gaudiego, w którym znawcy sztuki widzą gotujący się omlet. A nasz Kapitan wychodzi z piwnicy, niedbałym gestem strząsa z ramion opiłki, obierki, otomany resztki i rusza w kolejny rejs. I niech to będzie rejs z nami. Lubię omlet. Sama ochoczo na ten sufit Gaudiego podrzucę pomidorka i cebulę.
b.