czwartek, 16 listopada 2017

Bożalesię czyli winna wprawka ortograficzna z ch/h


Otóż wypiłam cija za was dzisiaj haust młodego beaujolais’a ad. 2017. i tak. możecie mi podziękować. że te/to (Mariann?) odium na się wzięłam a wasze podniebienia niech zostaną nim nietknięte, gdyż tknięcie nie uhołubi waszych kubków smakowych bynajmniej. Ja się na winie znam może licheńko ale to to chłoszcze jednak bezlitośnie kwasem (i żeby to był chociaż kwas hialuronowy). No ale taka tradycja. a jak powiada nadworny alchemik wiedzy tajemnej prostujący pokręcone ścieżki życia, autor duchowego tezaurusa homo sapiens Paulo Coelho: "tradycja służy zachowaniu porządku świata. Jeśli ją złamiemy, świat się skończy”. No a tego niechybnie raczej nie chcemy. Tak, tak, możecie mi nadal dziękować. Upiekłam sobie i Wam przytem dwie pieczenie na jednej flaszce, gdyż: a) zapobiegłam świata końcu (no, tak mam i bo świat i Was lubię) b) stosowną dawką etanolu, resweratrolu i procyjanid podbechtałam swój układ naczyniowy przeciw pikującemu mi ostatnimi czasy (prawienad)ciśnieniu (gdyż bo albowiem wino w dawkach higrospokijnych anihiluje przedrostek „nad”). I byłoby mi to ciśnienie po homeopatycznej ilości wina spadło z horrendalnym hukiem na panele gdyby mię nie targał za grzywkę przekaz dnia wyartykułowany w okienku rejonowej przychodni, do którego ochoczo zastukawszy poprosiłam o zapis do kardiologa (wprawdzie wykres sinusoidalny z komór wskazuje, że owszem serce bije. ale jakby odchyla się jakoś ukosem od normy). Pani w okienku na moje pytanie o termin wizyty mentalnie postukała się w ciemię. Spojrzała chyłkiem na koleżankę, która również mentalnie stukła się w płat śródczołowy kreśląc nań kółko i jednocześnie wciskając czerwony guziczek pod blatem. Natenczas pan ochroniarz, pełniący równorzędnie funkcję szatniarza chybko wysunął się zza lady szatni niezdarnie chowając za plecami kaftan bezpieczeństwa. gdy był tuż tuż pani z okienka spojrzała się na mnie znacząco a ponieważ znaczenia spojrzenia nie odgadłam (kuloodporna szyba poplamiona setkami natłuszczonych cholesterolem linii papilarnych wprowadziła szereg zakłóceń) rozłożyła ręce w geście każącym chiromancie odczytać z dłoni, że nie ma, nie było i w najbliższym stuleciu NIE BĘDZIE numerków do kardiologa. Na hasło „nie ma numerków ” szatniarz, który tylko czyhał na ten sygnał, przygotował sobie chwyt nelsona i wsunąwszy swe ramię pod moje ramie odsunął mnie był od kuloodpornej szyby szepcąc teatralnie numer infolinii NFZ, zastrzegając jednocześnie, że bynajmniej US nie zwróci mi 23% VAT za kilkudobowe oczekiwanie na połączenie. Grzecznie odebrałam okrycie wierzchnie od szatniarza w zamian za numerek do NFZ i udałam się do sieci sprzedaży detalicznej w celu nabycia środka uśmierzającego nagłą hipertensję. I tak oto trafiwszy na tegoroczne Beaujolais zrealizowałam punkt a) i mimochodem oraz poniekąd punkt b). Hipotetycznie to bożole nie jest dobre. Ale.


Alkohol ma dobre, ale też złe strony –
Do wniosku dochodzę we czwartek przy stole.

Więc proszę o wino cycate anioły,
Co wkoło fruwają fałszywie.
Alkohol ma dobre, ale też złe strony.

Pofruńmy wraz z nimi na chwilę do raju.
Pofruńcie ze mną na chwilę do raju.

Ja wam mówię: jest dobrze,
Jest dobrze, jest dobrze,
Ale nie najgorzej jest

b.

niedziela, 15 października 2017

GREminiscenCJA 3 o sztuce cumowania gdziebądź i sztukmistrzu czyli kapitanie



jednostajnie lub niejednostajnie (zależy od Boforta) posuwisty ruch po morskiej tafli przenoszący w przestrzeni jacht z załogantami względem obranego punktu odniesienia jest fajny, zwłaszcza gdy wiatr dmie w żagiel, pcha jacht podrzucając na fali i nie stoimy w korku a śmigamy czteroposamówką. Ale. jak jest flauta, a się zdarza, i szukamy wiatru w polu, to też jest fajosko. Tkwi człowiek sobie na środku wielkiej, leniwej ciemno-szmaragdowej kałuży i nic się nie dzieje. No po prostu droga na Ostrołękę. na lewo bezmiar i pustka, na prawo bezmiar i pustka, za rufą ląd od któregośmy odbili więc tam nie płyniemy a przed dziobem ląd do którego dobić zamierzamy, tyle tylko, że ten ląd widać jeno na mapie, bo w rzeczywistości gdzieś tam zakrzywia się gładki horyzont bez śladu oczekiwanego nabrzeża. No niente, żadnego wybrzuszenia, żadnej obietnicy lądu. A my się tymczasem poruszamy z prędkością wzorcowo zerową. Czyli tkwimy. W bezruchu. Ach, w końcu można naonczas spokojnie wypić kawę z porcelanowej filiżanki bez zalania śliniaka, można zagrać w bierki, można ułożyć wierzę z kart, można z nudów zbuchtować liny i cumy, które przypominają pląsawicę w szczycie szalonego tańca św. Wita. No i można się, na szczęście na sucho, nauczyć TEGO węzła ratowniczego, którego oficjalna dydaktyczna wersja brzmi: z nory królika wybiega królik, okrąża drzewo i wraca do nory. Dobryposejdonie ale to zupełnie do mnie nie przemówiło !?!. Plątałam linę niemożebnie, królik w tym czasie zdążył dostać kociokwiku od krążenia wokół baobabu, z zadyszki dostał wzdęcia i zatonął był by gdyby machając słuchami nie dopłynął do brzegu a ja i tak nie zakumałam osocho. Do czasu. aż nie sprzedano mi wersji węzła dla dorosłych. O królewnie w tarapatach i złymczyńcy. Aaa, to wtedy załapałam omalże migusiem. Ta narracja przekracza jednak publiczną dopuszczalność więc nie pisnę tu nic choćby mnie ściskali w talii talią bomu. No w każdym bądź razie w tej zakumanej przeze mnie wersji nie ma królika. A węzeł był się przydał przy cumowaniu. Bo. cały ten wstęp po to jest aby dopłynąć do celu opowieści czyli. pływanie jest fajne, nawet bez wiatru, ale kiedyś w końcu chce się do lądu dobić (bo kilka nocnych jacht pod rząd może zrobić z załogi zombi, zwłaszcza z tej części załogi co to naiwnie się zgłosiła na dyżur od 3 a.m do 6 a.m. a po skończeniu wachty wyszło tak jakoś mimochodem, że wachtowi za sterem a reszta załogi śpi i kurcze brak zmiennika. Wprawdzie mogliśmy z M. ciepnąć ten ster i też zejść pod pokład i umościć się w ciepłych, niezroszonych piernatach, ale wschód był tak kusząco ładny, że się nam wachta o kilka godzin przedłużyła. Wnjosek: bierz tylko takę wachtę, po której następuje wcześniej ustalona zmiana. Naiwni co tego nie sprawdzili potrzebują potem zapałek do podtrzymywania opadających powiek. A jak wiadomo, na jachcie nie ma zapałek. Jest tylko jedna zapalarka i trudno ją w oko wcisnąć, a ócz potrzebujących wsparcia jest cztery). Ale do brzegu, jak mówią żeglarze, do brzegu. No więc aby dobić, nie, że tego zmęczonego wachtą załoganta, a dobić do brzegu, trzeba do tego lądu jakoś zacumować. Znaczy wczepić się doń siłom, godnościom osobistom i najlepiej cumą czyli taką liną grubą co wisi na podorędziach na rufie i na dziobie. I wtedy ten węzeł ratunkowy, co o nim była mowa dwa akapity/wieki temu nazad, się przydawa. Są różne warianta cumowania, co nam podczas tego rejsu pokazał Kapitan podążając za naszemi planami/roszczeniami/kaprysami/oczekiwaniami wzgl. za wymogami aury grożącej szkwałem i sztormem. Można dopłynąwszy (aha, myśleliście, że zapomniałam już o moim ulubionym imiesłowie przysłówkowym uprzednim, ano nie zapomniałam) do porciku z nabrzeżem poszukać wolnego miejsca, najlepiej z polerem (taki grzybek lub uszko. najczęściej żelazne – moi serwisanci na określenie „żelazny” wpadają w nerwową pląsawicę ale potraktujmy to jako nośną przenośnię), na który nawiniemy naszą cumę. Teoretycznie łatwizna, gorzej gdy porcik zapchany jak parking przed galerią handlową w niedzielę (wprawdzie to się już niebawem skończy, ale póki co trzymajmy się tej niedzieli nucąc sobie „to ostatnia niedzielaaaa”) i wszystkie miejsca i polery zajęte. No to się wtedy krąży i szuka aż się wyszuka np. nabrzeże dla kutrów rybackich zupełnie puste bo kutry na noc w morzu. No to wtedy siup i wyrzucamy na brzeg jednego chętnego lub niezorientowanego załoganta i owijamy nim poler a najlepiej dwa, i jeszcze dobrze jak ten załogant ma przy sobie cumy. a gdy już jacht stabilnie stoi przy nabrzeżu, rzucamy trap i biegniemy do najbliższego prysznica (nam się raz udało znaleźć fuksem prysznic za 3 ojro od łba zakamuflowany w wąskim przesmyku nadbrzeżnych kamieniczek pośród pnączy bugenwilii, którego na noc zapomnieli na kłódkę zamknąć, więc mieliśmy prysznic za friko, jupi). Nasz zacumowany jacht rufą do nabrzeża wyglądał rankiem o tak

I mieliśmy taki widok na sieci rybackie tych co na morzu (znaczy te sieci chyba zepsute albo zapasowe)

Jest też wariant cumowania do nabrzeża w zatłoczonym porcie o płytkim cholernie dnie i bez muringów, czyli rzucamy kotwicę co nas potencjalnie trzymie ale to tylko potencjalnie, bo może się okazać zrana, że nas kotwica trzymie o kotwicę sąsiada, który właśnie o 4:30 a.m. zamierza opuścić port i wlecze nasz jacht za sobą i wówczas akcja odcumowania w pidżamkach może być bardzo niemiła (bo zroszony pokład jest śliski i w pośpiechu można salchofem wylądować za burtą). Myśmy tego uniknęli bo mamy Kapitana co widzi czego oko ludzkie w wodzie normalnie nie widzi. Aczkolwiek. Dobiwszy późnym wieczorem do Paxos, gdzie tawerny z gośćmi wchodzą prawie omalże na trap musieliśmy sprawdzić czy nam się ster nie omsknie o płytkie tu dno kamieni pełne. zrobiliśmy więc rekonesans położywszy naszego najdłuższego załoganta na trapie (że bo ma najdłuższe ręce do świecenia podwodną latarką i najdłuższe kończyny dolne do oplatania trapu).



Akcję przesuwania po dnie zagrażających jachtowi muren czołowych obserwowała bacznie jedna czecia miasta i tłum złaknionych wrażeń turystów licząc na wydobycie przez nas z dna morskiego kuferka z zawartością porównywalną ze złotymi dukatami i szmaragdową biżuterią z wraku hiszpańskiego galeonu Nuestra Senora de Atocha, który przeleżał na dnie morza od 1622 r. Myśmy tymczasem wyciągnęli spod steru jeno kilka szarych otoczaków ale mit zatopionego skarbu z pewnością wśród poszukiwaczy skarbów zaszczepiliśmy. I bardzo dobrze. Jak tam trochę pogrzebią to pewnie niechcący pogłębią dno, za co kolejni cumujący w Paxos żeglarze będą im wdzięczni. Choć ja też liczyłam na koronę z perłami zawadzającą o nasz ster. Kolega twierdzi, że żadnej korony nie było. No może był stary korbowód. Ale proszę ja was, taka korona z czasem to przecież może przypominać i korbowód i karburator i nawet ten no klucz francuski. Boszszsz, trzeba było wyłowić, oskrobać z glonów, spłacić kredyt za M1 i zostać królewną. No takie niedopatrzenie. Taka mię ominęła losu być może łaskawość. Następnym razem to ja się osobiście na tym trapie uwieszę. z podbierakiem.

W tym roku wariantu cumowania jachtu dziobem na szczęście nam oszczędzono. Trap z dzioba jachtu jest jak pochylnia posmarowana smalcem i towotem ku paszczy lwa, albo i gorzej. bo lew to capnie w tętnice szyjną i szast-prast z głowy a gdy lwa ni ma to między nabrzeżem a trapem nachylonym do lądu pod ostrym a wahliwym kątem czyha na was milion kolczastych szkarłupni z radośnie na człowieka otwartymi szczękami. I one swoimi kolcami robią człowiekowi takie bolesne ŁAŁ, że się potem miesiącami z tych kolców człowiek w cierpieniu uwalnia jak od monitów z urzędu skarbowego, czyli długo, boleśnie i bezskutecznie. Cumowaniu dziobem mówię moje osobiste „nienakoniecznie”. I niech sobie po tej gimnastycznej batucie po bułeczki do miasteczka dyga ten co to wymyślił.
Wariant burtą do nabrzeża też jakoś nas tym razem nie spotkał, choć to miłe w sumie doświadczenie złazić z jachtu specjalnie na ten cel w relingach przygotowaną furtką. Ale. na taki luksus potrzeba miejsca a tegoż w greckich portach nie starczało.
A jeśli miejsca w porcie nie starczało a należało migusiem czmychnąć przed nadchodzącą burzą albo gdyśmy chcieli zakosztować natury w 3D to lądowaliśmy w osłoniętych przed sztormem, zupełnie dzikich i pozbawionych cywilizowanych warunków cumowania zatoczkach. A wówczas plan był taki: z tyłu kotwica a z przodu cumy haczone o stary konar oliwnego drzewa lub o a nabrzeżną skałę. Tu dyscyplinę cumowania trzeba było absolutnie podporządkować bez jęknięcia Kapitanowi. Jak Kapitan mówi kotwicę rzuć (oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie rzuca zamaszyście do wody kotwicy ważącej ca. kilkanaście kg nie mówiąc o wadze 50 m żelaznego łańcucha) ) to się tę kotwicę przy pomocy pilota „wydaje”. I choćby się ta kotwica łajza jedna zaczepiła łańcuchem o zębatkę, to masz wsadzić dłonie w tę zębatkę, umorusać smarem, w tryby wcisnąć paluchi ale kotwica ma swobodnie pełzać po dnie aż się zakotwiczy. Dla żółtodziobów sprzedam patent: uszlamioną i uglonioną kotwicę dobrze jest „rzucać” w chirurgicznych rękawiczkach. wprawdzie przed wciągnięciem palucha w furkoczący zębatką łańcuch rękawiczka nie uchroni ale za to jakby co, to mamy na sobie środek antyseptyczny. A więc przy sprzyjających okolicznościach przyrody nie trzeba będzie użyć zastrzyków przeciwtężcowych po palcydekapitacji. Kotwica to jedno. Podczas gdy ona się po dnie wlecze to zanim rozbijemy się dziobem o skalisty zazwyczaj brzeg ktoś musi popłynąć z cumą do tegoż brzegu. Najlepiej jak by to był kuzyn po mieczu lub kądzieli Michaela Phelbsa. Mieliśmy takich kilku na podorędziu więc luzik. Gorzej, że jak już jesteś przy brzegu, już witasz się z gąską, tfu z gałązką/konarem/skałą to musisz w trymiga zrobić TEN węzeł. A tymczasem czasem ta niecenzuralna narracja teorii węzła ratunkowego nagle się ulatnia, królik myli ci się z królewną, złoczyńca lata wokół drzewa zamiast no ten, zamiast zrobić co ma do zrobienia a królewna czeka. a z jachtu dochodzi cię intensywny siarczysty doping wzgl. pogróżki ( i tu sobie ten doping wykropkujemy ....). ale jak już się uda. Bo. nam się oczywiście udało. To mamy jacht kołysany rankiem lekką bryzą kontrolowaną linami, po których łatwo do brzegu przybić pontonem.
A tu skromny tutorial cumowania w zatoce



Pierwsi załoganci płyną na brzeg, po linie


A w tej zatoce nie byliśmy sami. Sąsiedzi na cumach



Sąsiedzi na kotwicy


Zdejmowanie cum jest o niebo łatwiejsze od ich zakładania a ponadto odcumowujący ochotnik w bonusie jest wleczony za jachtem co jest przyjemnie o ile załoga o wleczonym nie zapomni.
Ja wleczona


Jacht zacumowany w marinie „pobożemu” wygląda tak



Choć akurat to miejsce musieliśmy nieco zmodyfikować, gdyż schodząc z trapu musielibyśmy kozłem przeskoczyć najpierw hydrant a potem skrzynkę z prądem. No ale co to dla nas. nieco przesunęliśmy nabrzeże i z rozkoszą udaliśmy się na kolację na Korfu.

A co do sztukmistrza Kapitana, to mieliśmy niebywałe szczęście i przyjemność (już drugi raz a mamy zakusy na trzeci, narady w toku) pływać pod dowództwem Jacka Sparrowa, co to ni burz się nie lęka, ni zatłoczonych portów a w dzikich zatokach czuje się jak ryba w wodzie (choć do wody ani razu nie wszedł, więc nie wiem czy pływać wpław umi). wszelkie manewry z żaglami, linami, kotwicami, muringami jest w stanie nie tylko sam wykonać z zamkniętymi oczami i bez wychodzenia na pokład. ba. on te manewry konsekwentnie egzekwuje od załogi. To, że od załogi obeznanej w jachtowaniu to jest zrozumiałe (chłopaki, moje dla Was wielkie szapoba). ale on te komendy egzekwuje nawet od tej tępszej części załogi jak ja, która na hasło „trymować fok” zastanawiam się czemu i czym usunąć z tuńczyka w puszce niejadalne części. albo na komendę „podbieramy topenantę” zastanawiam się komu i dlaczego mam podebrać tapenadę? topinambur? tamburynek? i nie ma dla niego sytuacji trudnych ani stresujących. Ani brew mu się nie wzniesie gdy na ploterze fantazyjnie wiążę kokardkę (choć ją potem zamota tym ichnim jedynie słusznym żeglarskim węzłem), oko mu nie drgnie gdy na fale grota motam różowe desusy do wysuszenia blokując rozwinięcie żagli gdy dmie (spojrzy jeno wymownie na te desusy tak, że się same w kosteczkę składają i kłaniając kapitanowi w pas wędrują do kajuty). Trzymie na statku żelazną ręką dyscyplinę techniki żeglowania (bo do innych naszych fanaberii typu: „a dzisiaj hej ho pijemy herbatę z wody morskiej” albo „dzisiaj stężamy galaretkę, uprasza się o niebujanie” łagodnie toleruje) bez używania kreszendo. Ma w sobie taki bezbrzeżny, niewyczerpalny i niepojęty spokój, że choćby przyszedł był sztorm X do entej potęgi w skali Boforta to gdybym z Jackiem Sparrowem płynęła w oko cyklonu bym się nie bała. No bałabym się tak po ludzku ale po żeglarsku ani dudu. co mi nasuwa natentychmiast myśl-pytanie, czemuż ten nasz kapitan taki wyluzowany. Profesjonalny ale jednak wyluzowany jak kaczuszka w cesarskim pałacu. I otóż mam teorię. Ten nasz kapitan to on żeby mieć nerwy na krótkim postronku, on sobie na lądzie szlachtuje. Raz na kwartał idzie sobie do piwnicy i wspominając różne załóg brewerie bierze ofiarę i szlachtuje. Tępym, zardzewiałym toporem. A ponieważ jest wegetarianinem to sobie szlachtuje stary regał, zużytą otomanę, zepsutą lodówkę lub zjełczałą pryzmę zeszłorocznych kartofli. Wióry lecą wkoło, ściany obryzgane strzępkami pyrów wyglądają jak pierwowzór sufitu Casa Mila Gaudiego, w którym znawcy sztuki widzą gotujący się omlet. A nasz Kapitan wychodzi z piwnicy, niedbałym gestem strząsa z ramion opiłki, obierki, otomany resztki i rusza w kolejny rejs. I niech to będzie rejs z nami. Lubię omlet. Sama ochoczo na ten sufit Gaudiego podrzucę pomidorka i cebulę.
b.

wtorek, 3 października 2017

GREminiscenCJA 2 jacht od kuchni czyli barszcz na halsie i latająca sałatka vs. suchary


Podczas ubiegłorocznego rejsu nobliwa załoga w wieku, którego ZUS nie lub najbardziej gdyż musi uiszczać a nie lubi jak wiadomo, subtelnie narzuciła reżim karmienia o stałych raczej porach, ponadto obowiązkowo w mesie czyli pod pokładem, z całym należnym anturażem a więc srebrne widelczyki, haftowane serwetki z mereżką, porcelana od Rosenthala, krawaty, suknie do kostek (siemi przydała wówczas elastyczna tkanina kusej sukienki rozciągnięta z kolana, brakującą górę sztukowałam na popiersiu woalką z pareo upiętego fikuśnie klamerką od bielizny) oraz kamerdyner w liberii losowo wybrany. Nadmienić należy, że brak wiatru dęcia umożliwiał te codzienne celebracje gdyż mało bujało. Podczas rejsu tegorocznego mesa w nieodbytym głosowaniu została przez jednogłośną aklamację uznana za stryszek, na który wrzuca się aktualnie zbędne na pokładzie lub w kajutach przedmioty. Na mesowych kanapach i stole walała się więc na prędce przed portem przeznaczenia zdarta z relingów wyschnięta wiatrem bielizna i ręczniki (bo wstyd z gaciami na linkach miast bandery wpływać do portu) , dwa kilo kamieni wytarganych na pamiątkę z dzikiej plaży, karton soku z czarnej porzeczki tak ohydny, że nie pijalny, aparaty fotograficzne i te na zęby, zapasowe liny i baterie, skórki chleba dla wygłodniałych rybek, trochę gazet lub czasopism, płetwy, czepki, rękawice bejsbolowe, chirurgiczne i narciarskie we wszelkich rozmiarach oraz inne drobne przedmioty użyteczności publicznej. Jako ku porządku lgnący koziorożec zamiarowałam nad tym chaosem zapanować ale w końcu metoda omijania wzrokiem wzięła górę i na widok kanap w mesie ślepłam szczęśliwie, ba, dorzucałam ochoczo moje conieco ciesząc się twórczym wkładem w jachtowy postmodernizm. Tak więc. mesę na konsumpcję zamknięto na ament aby się napawać posiłkami na yyy chyba to się nazywa achterdek, no to tak za kołem sterowym w stronę dzioba bo w stronę rufy to miejsca było nie za wiele, ot tyle co na sternika i lornetkę. Gdy morze jońskie się nudziło a wiatr był właśnie w gościach u szwagierki wichury to nasze posiłki na pokładzie przypominały stabilny stolik z hiltona.


Bywały jednak momenty, ach momenty były a jakże, że powiało. i gdybyż powiało z zada, to standard by hilton by day and by night byśmy zachowali. Ale nie. z reguły wiało mordewindem czyli wpychało nas na kurs przeciwpołożny obranemu celowi. Wytrawni żeglarze, a więc nasz kapitan (o nim słów kilka potem) wią jak wiatr wykorzystać, nawet jeśli nam rozwiewa brwi a powinien rozwiewać potylice. Szast prast dzielna załoga za pierwszym silnym podmuchem rozwijała foka, grota oraz nadzieję na przybycie do celu przed zmrokiem i zamknięciem toalet/tfu barów i knajp. I zaczynało się płynięcie zakosami zwane potocznie w żargonie żeglarskim halsowaniem . a więc zygzakiem łapiącym wiatr w żagle pomimo niekompatybilności kierunku wiania z kierunkiem dążenia. Halsowanie jest fantastyczne, zjawiskowe, adrenalinopędne, jest zgubieniem środka ciężkości w przaśnej naziemnej grawitacji i powoduje nagłe przesuwanie się żołądka od czubka głowy po pięty.


początkującym załogantom hals każe wątpić w stabilność jednostki pływającej więc za każdym zwrotem żeglarska abderycka załoga rzuca się na tę lub temtę burtę w celu kompensacji nielichych jachtu przechyłów. A temczasem kapitan, urodzony stoik, stoi za sterem a uśmiech kontentacji mu się powiększa.
I w takim halsie, kładącym jacht którejś z burt tak dalece, że morskie fale zmywały nam pokład i napełniały szklanki wodą morską padło hasło: pora karmienia, gotujemy więc barszczyk z kołdunami. Osobiście natenczas drzemałam sobie pod pokładem kołysana gigantyczną huśtawką fal i halsu ale żem się na czas obudziła by zobaczyć w miesie o to


Ten garnek, to jest nasz normalny, ziemski horyzont. Reszta to jest nieco ponadnormatywne wychylenie jachtu. Dzielna załoga postanowiła właśnie w takim stanie wychylenia kuchenki na ruchomych zawiasach ugotować barszcz czerwony z kołdunami. A, taka ułańska, tfu żeglarska fantazja. Zwlokłam siłą ponadgrawitacyjną swe zwłoki z leża, bo wyzwanie gotowania w tym stanie przechyłu było tyleż abstrakcyjne i pardonemła gupie, że za żadne skarby świata bym tego poniechać nie chciała. Pozatem, było to wyzwanie wielce zacne, gdyż załoga najprawdopodobniej umiera z głodu gdyż azaliż już całe 4h od śniadania na tra”t”wie minęły były, a na śniadanie podano jeno liche trzysta kanapek z fetą, pomidorem i salami oraz wiadro kawy i kakało. Ja wam mówię, upijta się kiedyś w sztok i ugotujcie na kacu siedmiotlitrowy gar barszczu stojąc na moonhoperze lub twisterze, z prawą ręką związaną za plecami (imitujemy trzymanie się przed upadkiem) a lewą uzbrojoną w drewniana kopyść wyławiającą z barszczu kołduny . To mniej więcej wam odda tę sytuację gotowania na jachcie w halsie. Kapitan był lekko zszokowany naszym kuchennym przedsięwzięciem aczkolwiek zupełnie nie zmieszany, poprosił tylko szurniętych kucharzy o zejście z linii potencjalnego wylewu wrzątku z gara i oddalił się ku sterowi zapowiadając, że vegańskie kołduny z barszczykiem i owszem wciągnie. Na drugie danie była sałatka z rukkoli z pomidorami, oliwkami, fetą i ogórkiem ale gro załogi nie dała rady skosztować, gdyż wyniesioną na pokład sałatkę hals porwał i nakarmił nią jońską faunę czasem oblepiając na swej lotnej drodze twarz bądź korpus załoganta . zanotować w pamiętniczku: sałatę na jachcie przypinamy do talerzyka wykałaczkami ze stosownym obciążeniem( dajmynato wersja na bogato: oliwką z pestką, lub wersja żeglarska: szekla z takielunkiem bądź kotwicą mało używaną ale za to z miejscowym glonem) a za barszcz z kołdunami na pełnym wiatru morzu liczymy jak w ekskluzywnym hotelu: fefanście Euro za ćwierćlitra. A ponieważ nie ma chętnych uiścić, dlategoż suchary na jachcie bywają nieodzowne. Są jak tratwa ratunkowa. zanim przyjdzie bunt zgłodniałej załogi, rzucasz w nią sucharem i płyniesz dalej. Co nam się jeszcze nie zdarzyło ale kto wie co nas za rok czeka
b.

środa, 27 września 2017

GREminiscenCJA odc. 1 o rozmarynie, poniekąd urynie i sośnie alpejskiej też

Ponieważ trasa rejsu zapisana została w bardzo wysoko technologicznie zaawansowanym pliku, którego otwarcie wymaga współpracy z kryptologami z archiwum X (a oni tam są zawaleni robotą, sami wicie jaką), musze się we wspomnieniach oprzeć nie na linearności zdarzeń a jedynie na impresjach, które odcisnęły swój mgnieniowy ślad zarówno w mej pamięci sensorycznej jak i osiadły na trwałe w płacie skroniowym wypełniając do wypęku wolne przestrzenie hipokampu.
W kwestii sensoryczności organoleptycznej należy odnotować, iż greckie wybrzeża morza jońskiego, do którechśmy jachtem dobijali (czytaj w dzikich zatoczkach cumowali na stareńkich konarach drzew oliwnych bądź na skale wystającej z morza obleczonej na bogato kolczastymi szkarłupniami /uj, kolczastemi, więc po temuż są właśnie rękawice nurkowe/gumowe/narciarskie co kto woli i buty do pływania, lepiej nie mieć kąpielówek, niż nie mieć tych rękawic i butów), z reguły pachną lasem piniowym, trochę rozmarynem, trochę białymi kamyczkami plaż moczonymi w szmaragdzie słonej wody. W portach, gdzie na cumujących czekają muringi lub kotwica, w portach oblepionych barami i kafejkami dominuje zapachowy miks świeżego gofra ze skorpeną, sofrito i bourdato (to na Korfu), kawy i grillowanego steka z ośmiorniczek

a o poranku rządzi zapach kawy i ciepłego chleba z oliwkami wydobywający się z zarożnej piekarenki, gdzie tambylcy oraz przybylcy stoją w kolejce po drobiazg na śniadaniowy ząb a wychodzą z kontenerami wyrobów greckich mistrzów piekaranictwa, gdyż ach jak trudno zrezygnować z tego, tamtego i tego też a już tego bochna o średnicy młyńskiego koła obsypanego miejscowym zielem to no mus mus brać. Ale. są takie chwile, li i wyłącznie w portach, gdy bladym brzaskiem miły nosu aromat nie może się przedrzeć, gdyż prym wiodą nosu aromaty niemiłe, w składzie posiadające głównie produkty przemiany materii bezużyteczne lub szkodliwe dla ustroju, i nie, bynajmniej nie dla ustroju państwa, choć czy ja wiem, aromat moczu w dużej koncentracji może i może pogrążyć kraj. Takimiżże woniami przywitał nas na ten przykład przednówek (5:30 am) w Wati, głównym porcie Itaki. No nie wiem, może po dziś dzień Odyseusz mści się w ten sposób na potencjalnych pretendentach do ręki swej rozpustnej ponoć Penelopy i tym aromatem odstręcza ich pobyt na Itace. Starożytna kanalizacja nie wytrzymuje chyba naporu generowanego przez licznych żeglarzy, którzy jak powszechnie wiadomo, nie używają jachtowych wucetów w portach ale przecież wypitego wieczorem wina nie wypłaczą cichcem rankiem w chusteczkę haftowaną w greckie wzory sztuki ludowej. Zapobieżeniu dalszej dewastacji systemu kanalizacyjnego służy prawdopodobnie proste a’logicznie rozwiązanie czyli zaniechanie instytucji toalet publicznych. Szkoda, że nie pytali o zdanie setek vesica urinaria oraz intestinum crassum. Dniało już – czytaj dochodziła 6:45 - gdy po długiej a pięknej wędrówce także po itakańskim cmentarzu, skąd nas poszczuły całe dwa itakańskie psy i jeden kogut, w zeschniętym rozmarynowym gaju po drugiej stronie portu/zatoki z widokiem na nasz jacht miziany bladym złotem wschodzącego słońca znalazłam w końcu ukojenie dla pęcherza mego. Reszta niech zostanie milczeniem. Ale potencjalnym biznesmenom podpowiadam: kupcie dwa toy-toye i postawcie je w jakimkolwiek porcie na Itace/Lefkadzie/ Paxos/Meganisi. Po 3 ojro za wizytę. Bilety lotnicze linią Quatar Airways z podawanym na pokładzie schłodzonym szampanem Gout de Diamants (limitowana edycja w cenie 1,2 mln funta brytyjskiego za flaszkie) do Grecji i z powrotem oraz dwutygodniowy pobyt all inclusive zwróci Wam się w trymiga. Zdjęć z Itaki nie mam, bo siemi tradycyjnie rozładowała w aparacie bateria. Kolega ma ale zanim przerobi i dośle to nam tu nad Bałtykiem zakwitną krokusy :). zarobiony jest.
Jeśli chodzi zaś o organoleptyczność smakową, to nadal niosę w sobie wielki zachwyt dla i kuczci greckich brzoskwiń, arbuzów, nektarynek i winogron – ołjeee. grecki jogurt, greckie oliwki i grecka feta potrafią wynieść ku nieboskłonowi a może i ciut dalej. Odstępstwem od zachwytów będzie ichnie wino Retsina / zwana przez nas rycyną, aromatyzowane żywicą sosny alpejskiej. No to ja Wam tu mówię to jest OOO TAAKIE WIELKIE FUUUU. No chyba, że ktoś lubi sobie od czasu do czasu possać szyszki, to włala i proszszbardzo.
b.
cdnastąpichybaniebawem

niedziela, 17 września 2017

i tak się trudno rozstać ... z morzem jońskim

jeszcze przedwczoraj na jachcie kołysało mordewindem i do tych co na morzu docierał o poranku do nozdrzy zapach piniowego gaju i zielonych niedojrzałych oliwek oraz smyrganych słonym morzem plażyczeniek mizianych rozmarynem obrastającym brzegi dzikich zatoczek

jeszcze wczoraj w marinie był chłodny basen w podcieniu rozłożystych palm, w skwarze kojonym mrożoną kawą i greckim kefirkiem



jeszcze przedwczoraj morska bryza szarpała niesforną grzywkę gdy fok i grot wydymały się w szalonym halsie ustawiając jacht w pozycji przeczącej prawom grawitacji


jeszcze wczoraj wschód słońca wyglądał tak


a dzisiaj, zaledwie kilkaset mil morskich na północ od G. zapanowała pomroczna dżdżystość i człowieku witki opadajom. no bo jakytotak? wczoraj tak


a dzisiaj moczona w deszczu bryndza polana słotą.

czemuż ach czemuż dziadku mój nie byłeś Grekiem? Łaj????!!!

b.

wtorek, 20 czerwca 2017

Ostatnia paróweczka hrabiego Barykenta, czyli najdłuższy wpis o najkrótszych targach.

Odpełzał maj ze swoją anomalią pogodową zamrażającą wpół rozkwitłe tulipany i skracającą boleśnie czas kwitnienia bzu (jak wychodziłam do sklepu bzową aleją kwiatostany zamknięte na ostatni guziczek nawet nie zdradzały swego koloru, gdym wracała tąże aleją ze sklepiku było już po ptakach, w rdzawych strzępkach kwiatostanu wiatr grał pozgonne). Nadpełzał czerwiec i gdzieś tam w samym środku środka zapaliła siemi jedna taka czerwona dioda i jak wzułam okulary to dostrzegłam neon: to my, targi. nadchodzimy i nic nas nie powstrzyma. Posiłkując się z dawna nabytym odruchem pawłowa otwarłam najpierwej szafę, by wydobyć z jej przepastnych czeluści stosowną garderobę. Konsekwentnie do bólu, jak co roku, nie byłam zaskoczona musząc stwierdzić, że niemiecka chemia strasznie skórcza tkaniny a płyny do płukania wypłukują z nich wszelką przyzwoitą elastyczność pozwalającą udawać, że z trudem (nasmarowana olejem kokosowym) ale się w te tekstylia wrzysam. No nie wrzysłam się. na szczęście tu, niedaleko Tarchomina, na centralnej ulicy Szczytna jest taki miły sklepik z garderobą, której rozmiar ukontentowuje, choć jego odczytanie powoduje długotrwałe migotanie przedsionków. Ponadto naszapanikochana, która nas tam obsługuje (niezwykła kobieta o anielskiej cierpliwości i w makijażu rodem z lat osiemdziesiątych – tak – błękit z różem na powiekach przechodzą płynnie w butelkową zieleń i z powrotem) potrafi wlot ocenić stan rozpaczy klientki i zastosować odpowiednie remedium znosząc setki wieszaków z kreacjami, podczas gdy petentka zalewa się łzami na zydelku utkanym z marzeń o talii Giny Lolobrigidy. Naszapanikochana lekko kolanem popycha nas w stronę przymierzalni, gdzie miejsca za mało na sukienki i bezdenną rozpacz. Więc. sukienki mają pierwszeństwo. Subiekta z wprawą godną Anny Wintour natychmiast stawia do pionu krótkim ta tak, ta nie, ta nie, ta nie, ta tak, ta tak, a to to mój płaszcz, proszę oddać. I takim sposobem nabyłam różowo popielate koktajlowe cudo w poziome pasy zapominając, że przy mojej sylwetce najlepiej będę w niej wyglądać leżąc, bo wówczas pasy będą pionowe, czyli wyszczuplające, prawda. Nie zastanawiając się jednak, czy będzie okazja poleżeć na stoisku targowym poczułam, że owszem, jestem gotowa po raz dwudziesty któryśtam wyruszyć na front prestiżowego miziania klienta dobrym słowem i uczynkiem a raczej wyszynkiem (w tym celu przećwiczyłam w domowych pieleszach „wściekłe psy”, „krwawą mery” a dla młodych menedżerów nawet flambirowany „shotB53”). I gdy tak wyposażona w profesjonalną oręż jęłam w myślach pakować kufry, na moje stanowisko pracy zaczęło spływać coś, co powoli przypominać mogło przygotowania do bitwy pod Verdun. Z pełną ofiar konsekwencją. Lufy armat niebezpiecznie zbliżały się bowiem do krawędzi mojego biurka a segregatory same układały się w okopy. Będąc generałem na mojej wysuniętej placówce serwisowej nie miałam serca zostawić tego pola bitwy samemu sobie na czas targów, choć w głębi jestestwa pobrzmiewało „rzuć to wszystko, wszystko co złe”. No nie miałam, nie miałam serca rzucić, zwłaszcza, że jestem na tej placówce generałem, ale również całą armią, koniuszym, kwatermistrzem i aprowizatorem. Tonąc we łzach tak wielkich, że zraszania nie potrzebowała naonczas cała Saska Kępa zakomunikowałam Ojcu-dyrektoru, że chlip, chlip w tymże roku pamiętnym nikutaniedarady żebym była na całych targach i wyłuszczyłam w szczegółach listę bieżących spraw grożących pożarem, wybuchem termojądrowym i upadkiem cesarstwa rzymskiego oraz umotywowałam swą odmowę udziału cytatem z klasyka „und alles nur, weil ich dich liebe”. zmilczałam oszywiście fragment, że „komm, ich zeig dir, wie gross meine Liebe ist, ich bringe uns beide um“. Państwo niegermaństwo sobie znajdą zapewne odpowiednik u niejakiego Michała W. Ojciec-dyrektor rzuciwszy przez prawe ramię lewym okiem na listę spraw „natychmiast-todo” zapytał czy to plan pięcioletni. Moje prawe oko zmroziło mu najpierw kawę w rosentalu a zaraz potem zahibernowało mu osocze krystalizując je na kształt ślicznych maciupcich kółek zębatych. po krótkich negocjacjach, których temperatura ułatwiła rozmrożenie (och okrutna nieprawda, nieprawda, o-d powiedział od razu a no dobra. no ale przecież muszę jakoś podkreślić mą na targach niezbędność, prawda) ustaliliśmy, że jadę owszem ale tylko na dzień montażowy i na pierwszy dzień targów a następnego dnia bladym świtem (Państwo sobie zapamięta BLADYM ŚWITEM, to ważne) wracam do stolicy pendolino, zanim na trasie Poznań-Warszawa rozpoczną się remonty wydłużające jazdę koleją do stopnia niesłychanego. Tym samym spadł mi z głowy kłopot, jak ubrać jedną sukienkę w paski poziome przez pięć dni, żeby za każdym razem wyglądać oryginalnie (na dzień piąty przewidziałam już jedynie wykonanie z niej turbanu, szczęśliwie nie doszło do ziszczenia). I jeden mnie jeno skrupuł trawił boleśnie pod żebro, bo albowiem natenczas targowy przybywał do Poznania połowiczny skład serwisu, czyli moje chłopaki, z którymi od miesięcy planowaliśmy pięciodniową integrację. Ale nie ma cwaniaka nad warsiawiaka. Ugadalim zawczasu, że wprawdzie ujadę przed czasem ale ostanę się na targową imprezę wieńczącą pierwszy dzień targów. i żadnych jeńców nie bierzemy (gdybym, ach gdybym, temperament moich serwisantów do pracy umiała przełożyć prostą łopatą na temperament imprezowy dwa razy bym się wokół własnej osi obróciła w nowiu i miast zostawać na wieczór targowy poszła na piechotę do stolicy zaraz po pierwszym dniu targów, no ale nie czas żałować róż gdy płoną lasy wspomnieńJ). Jak ustalilim tak zrobilim. W dniu montażowym spędziłam tradycyjnie trzy godziny w supermarkecie na aprowizacji stoiska. Za pazuchą miałam notatki: pięć osób stałej obsady, piętnastu do siedemnastu teutońskich gości w trudno rozpoznawalnej roszadzie kto kiedy przyjedzie i jak długo zostanie, plus odwiedzający stoisko goście. Te liczby zrobiły mi nietęgi mętlik w rachunku różniczkowym i funkcji do entej potęgi: jeśli każdy codziennie wypije jedną kawę/mało prawdopodobne, że jedną, to ile kaw półkilogramowych i ile śmietanek odtłuszczonych nabyć; jeśli każdy zje jedną paróweczkę hrabiego Barykenta a niektórzy dwie ale się nie liczy bo są też wegetarianie to ile paróweczek nabyć; jeśli każdy umoczy paróweczkę w musztardzie i słoiku korniszonów, to ile słoików musztardy i korniszonów dostarczyć na stoisko by wypaść komilfo a nie wypaść poza nawias cywilizacyjny jako banda skąpca. I tak przy każdym wiktuale: landrynki, śledzie, ser smażony, wasabi, pumpernikiel w kształcie okręgu o promieniu fi 5, kałbasa dobrze podsuszona kontra wędzonka krotoszyńska. Ludzie - tego by nawet Einstein swym bystrym umysłem nie objął. A ja i owszem. objęłam. Napełniony do imentu po trzech godzinach zakupów wóz(ek) nurzał się w zieloność i jak łódka brodził a ja szłabym tak pchając go aż do stepów akermańskich, gdyby nie kolega, co mię był wytrącił z poetycznego transu i z drogi na Krym ku Wielkopolsce nie nawrócił. Potem to już tylko nastąpiła akcja rozlokowania wiktuałów na stoisku czyli logistyczna szarada według specjalnego kodu (macie 150 lat na jego złamanie), przy udatnym i wydatnym udziale naszej ulubionej od lat hostessy (nietuzinkowa osóbka, wspaniałe i kochane blond cudo, które swoimi zasadami powala mnie zawsze na dywan mentalnie wysublimowanym rzutem dżudżitsu: ale beniu no co ty, nie możesz wycierać naczyń i owoców TĄ samą ściereczką. I nie, nie możemy NIE wytrzeć każdej truskawki, a słoiki z keczupem nie mogą stać obok majonezu. bo NIE).Pierwszy wieczór montażowy upłynął nam na rynku starego poznańskiego miasta w oczekiwaniu na strawę w pewnej wykwintnej restauracji. W tym czasie oczekiwania zapewne wykluły się z jaj i dorosły indyki, których fragmenty znalazły się w zamówionej sałatce, łososie zdołały pokonać najtrudniejsze wodospady i złożyć ikrę, z której wyrosły dorodne osobniki a ich mikry fragment zawitał na talerzu w otoczeniu brukwi wodnej (z wielkości łososia na talerzu domniemywam, że pozbawiony tej cząstki nadal pływa w wodach oceanicznych niezwykle szczęśliwy gdyż ubytku w korpusie nie zauważył) a rodzynki dodawane kompulsywnie do każdego dania zdążyły wyschnąć na słońcu skwarnej Afryki i jeszcze tego wieczora zostały dostarczone na stół przez marokańskich kajakarzy. Na szczęście na przystawkę podano sześć bochnów chleba i dwa kilo masła. Dzięki czemu nie umarlim z głodu czekając. A teutońskim gościom sączącym ente piwo wyjaśniliśmy, że to taka tradycja. Świecka. I obiecaliśmy, że jutro, ach jutro, to dopiero będzie fun. No aleśmy nie przewidzieli rozmiarów tego funu. Dla nielicznie/licznie mnie odwiedzających przypomnę, iż w roku uprzednim dla ubawu teutończyków spaliliśmy sobie/im hotel po imprezie integracyjnej. Z głęboko choć skrycie pokładaną nadzieją, że ich do targów zniechęcimy. Stało się zupełnie naprzeciwpołożnie. W tym roku nasi dostawcy walili do nas tłumnie jakby zaczadzeni dymem z pogorzeliska. A ponieważ spaliliśmy dotychczasową w Poznaniu najfajniejszą metę na imprezę targową, to targi wymyśliły: o, teraz zrobimy imprezę nad Maltą. To nawet rozsądne, gdyż bezpośrednia bliskość akwenu wodnego będzie właściwym zabezpieczeniem przed ponownym pożarem. Nie uwzględnili jednak tego, że w czasie imprezy targowej spadnie na centymetr kwadratowy Poznania tyle wody ile normalny strażak zużywa na gaszenie fabryki jarmarcznych koni trojańskich struganych z drzewa eukaliptusowego. Czyli dużo. Zgodnie niestety tym razem z przewidywaniami meteorologa, na wieczór targowy aura zaplanowała nieodwołalnie deszcz, deszcz w silnym natężeniu, ulewy, oberwanie chmur, burze, gradobicie i intensywne wyładowania atmosferyczne. Ole. No i stało się. ale. zanim się stało. staliśmy przed hotelem deliberując. Idziemy czy bierzemy taksówki. Nasza ulubiona hostessa zawyrokowała: to tylko kwadrans stąd, idziemy. Państwo sobie zanotują skrupulatnie w kajecikach, kwadrans wielkopolski zupełnie nie przypomina kwadransa z Mazowsza. Państwo sobie to przemnożą razy czy (3). Teutończycy spojrzeli w internet, skonstatowali, że za 20 min. będzie huragan z oberwaniem chmury i obliczyli, damy radę. i jeszcze nam pięć minut zostanie. I tak ubrani w stroje wieczorowe adekwatne do sytuacji ruszyliśmy świńskim truchtem na piknik w oparach upału i dymu z grilli gnani przemożną ochotą wychylenia zimnego piwa w sosnowym zagajniku. W połowie drogi , a było to jakieś dwa mazowieckie kwadranse od startu, horyzont wyraźnie pociemniał a my wyraźnie przyspieszyliśmy. Tuż przed domniemywaną metą, pędząc za naszą hostessą jak kurczaki za kwoką padliśmy ofiarą pierwszych wiader deszczówki a szum ulewy zagłuszał grzmoty, dzięki czemu zamiast zemdleć ze strachu (tak, należę do wąskiego grona panikujących brontofobów) zaczęłam przypominać mokrą włoszkę biegnącą w maratonie z Sycylii do Kalabrii środkiem cieśniny Mesyńskiej. Na oczekiwanej a domniemywanej mecie, którą potwierdziły wszystkie dwadzieścia cztery GPS nie było NIC. Dwukrotnie okrążywszy Maltę dotarliśmy do jedynie słusznych współrzędnych potwierdzonych przez satelitę chińskiego, rosyjskiego i peruwiańskiego oraz dostaliśmy telegram z międzynarodowej stacji kosmicznej: „TO TU”. A tu była jedynie knajpa, cała wynajęta dla cesarza Chin i jego dworu. I gdyśmy weszli na chwilę do środka aby zrobić dwadzieścia cztery kałuże przy barze, to poczuliśmy się, słusznie zresztą, zupełnie nie na miejscu. Dla kurażu wychyliliśmy mrożonej okowity, złożyliśmy ukłon cesarzowi i wyszliśmy dyskretnie, choć za sprawą okowity krok nasz mógł się kojarzyć z formą żurawia taichi.
Wieczór już zapadł głęboki, chmurna i lejna noc podsuwała samozsię wizję ciepłego i suchego łóżka. Ale determinacja wśród ludzkości by ostatecznie dotrzeć choćby na tratwie na imprezę targową była tak silna, że nie było odwrotu. Podany w korporacji taksówkarskiej adres, skąd chcemy być odebrani odbierał wszystkim mowę. Takiego miejsca nie ma, tam gdzie jesteście nie ma nic. I tu się co do joty zgadzaliśmy. Znaleźli się jednak jeźdźcy apokalipsy i rycerze burzy, którzy nas odnaleźli (szaleńcze machanie 48 rąk powodowało wir, w który wpadło kilka taksówek). Z braku miejsc kilkoro z nas jechało zgiętych jak scyzoryk w bagażnikach. Teutończycy, o których się obawialiśmy, iż rzucą w końcu germańskim mięsem o asfalt i zażądają zwrotu za bilet lotniczy do stolicy Wielkopolski i z powrotem mieli tymczasem miny coraz bardziej zachwycone a nasze ostrzeżenia, że taka nasza gościnność: mamy dla was cztery żywioły: w zeszłym roku ogień, w tym roku woda, w przyszłym tornado a potem trzęsienie ziemi przyjęli jak obietnicę stu hurys na łebka. Nasza wytrwałość w dążeniu na imprez została ostatecznie sowicie wynagrodzona, gdyż gdyśmy koniec końców dotarli na miejsce imprezy ślizgając się w błocie po kolana, oczom naszym ukazała się zalana ulewą polana na której trwał eksodus odwrotu. Wszyscy ci, co byli tu cztery godziny przed nami ( znaczy mieli dokładniejsze dane destynacji, pewnie szara strefa) zjedli kiełbasę, wypili browara z deszczówką i zarządzili gremialny odwrót. Dzięki temu nie było żadnych kolejek do grilla ani do barów, w których organizator rekompensując niedostatki pogodowe (nadal grzmiało i błyskało a deszcz siekł poziomo) rozlewał wszelkie trunki bez ograniczeń ( choć pierwotne założenie było piwo gratis, za wódke płać). Tak to więc na miejsce pikniku dotarłwszy zwartą grupą, poruszaliśmy się po polanie ruchem kulawego konika szachowego czyli od jednego zadaszonego baru do drugiego zadaszonego baru osuszając zasoby. aż. dotarliśmy do serca całej imprezy czyli do dyskoteki umca umca, gdzie stroboskopowe światło sprawiało, że pozostali acz zmoknięci i podrygujący goście wyglądali jak naładowana prądem grupa burzolubnych hatifnatów. Z tego co pamiętam, a pamiętam na pewno, że pamiętam fragmentarycznie, pewnie z powodu stroboskopu strasznie szatkującego rzeczywistość, muzyka była do bani co wcale ale to zupełnie wcale nie przeszkodziło nam rzucić się w tan pląsawiczny i rozepchnąwszy innych użytkowników parkietu wykonać kilka zjawiskowych figur, których mógłby nam pozazdrościć sam John T. A jednej zwłaszcza, podczas której zdarliśmy (no topsz, zdarłyśmy) z naszego niemieckiego kolegi wszelkie desusy od pasa w górę aby szczegółowo przeanalizować mieniącego się na jego plecach kolorami zroszonej tęczy wytatuowanego smoka. Ja nie wiem, jak ten młody człowiek tłumaczył się potem swojej narzeczonej z dodatkowych wpisów na tylnym korpusie okraszonych sercami przebitymi widelcem: tu byłam I. B. M. być może mówił, że go zaatakowały ptaki ciernistych krzewów, gdy na nie upadał smagany wichurom.
Nagle, ogłupiały burzą kurant zakukał dwa razy i didżej w mokrych słuchawkach zbyt intensywnie przewodzących prąd zapodał tadam tadam tadam Zenka. Tak. tak. tego Zenka Optyka od oczu zielonych. Państwo sobie nawet nie mogą wyimaginować jak nagła fala entuzjazmu uniosła polanę ponad zmokłe świerkowe czubki gięte do ziemi siklawicą, ponad Ratusz poznański, ponad wszelkie ludzkie pojęcie. I ja tu zrobię przed Wami szczery coming out – ja naonczas poszłam w tan z moim ulubionym serwisantem. Zenek intonował, ale to myśmy byliśmy liderami. zafurkotały w powietrzu nasze marynary, spod stóp leciały drzazgi świeżo rżniętego sosnowego parkietu, świat wokół spazmatycznie oszalał a my na chwile odlecieliśmy na odległą planetę by na niej zostawić dla potomności nutację muzyczną tego utworu żłobiąc ją stopami w czerwonym, gwiezdnym pyle. I tyle.
Ranek był ponoć dla wielu bolesny (co wiem z relacji. np. nasza ulubiona hostessa obudziła się w tapczanie pełnym traw i błota a jako nieprzeciętna pedantka i perfekcyjna pani domu poczuła, że tym samym jej dotychczasowy poukładany i sterylny świat osuwa się w bezdenną otchłań. ale. już na stoisku będąc, starannie polerowała porcelanę, w której roznosiła rano stosowne antidotum dla potrzebujących). Ale przedranek, kiedy prawie wszyscy jeszcze odsypiali nocne brewerie a ja gnałam na dworzec w ramiona pendolino ku stolicy, był jeszcze bardziej bolesny. Pamiętajcież, jeśli możecie, unikajcie stroboskopu. To on wszystkiemu winien. Zanim wsiadłam do taksówki, przed hotelem zza rogu wychynął mój ulubiony serwisant ( od razu mój zmaltretowany mózg wygenerował przekaz: przez te oczy zielone...żem się musiała przed pląsem siłom i godnościom osobistom powstrzymać) z filiżanką kawy i zaproszeniem na papieroska. I to było naprawdę kilimandżaro empatii. Padliśmy sobie w imprezą zemdlałe ramiona (ale żona, zahuczało być może echo, ale żona!? Ale jego żona nie ucierpiała a ja owszem a ja tak). gdy mnie z moich najkrótszych targów w siną dal ku dworcu PKP odwoził elokwentny i szczęśliwy taksówkarz (naprawdę, są tacy mówię wam), na moście minęliśmy pewnego osobnika z teczką. po zabłoconych nogawkach spodni poznałam, iż niechybnie to kolejna ofiara imprezy. Od tego Pana, w minikonkursie, po wielu trudach wygrałam osobiste, Imienne (sic!) zaproszenie na święto wina w Zielonej Górze. Tak więc Zielona Góro- ahoj, we wrześniu przybywam. A tymczasem usadowiwszy się w wagonie machałam mentalnie Poznaniowi na pożegnanie a w zasadzie machałam z sentymentalną łzą w podpuchłym oku ostatniej paróweczce hrabiego Barykenta. Idzie nowe.

Co tak dudni, co tak grzmi?
Niebo huczy, ziemia drży.
Czy wichura groźna dmie?
Czy to burza idzie? Nie!
To idzie młodość, młodość, młodość
I śpiewa chórem piosenką jak wiatr
I spadnie jak burza,
Jak w maju ulewa
Po której odradza się świat.

b.

wtorek, 23 maja 2017

Zacznij od Bacha


Jak byłam malutka to dostałam w prezencie, nawet nie wiem od kogo (Mamo?) takiego misia. Tomka. Wyświechtany stał się był strasznie przez lata. pamiętam, że miał żółte spodenki na szelki. Spaliśmy razem do osiemnastego roku życia mojego i chyba jego. Nie był moim powiernikiem. Był raczej moją łącznością z dzieciństwem. Aż kiedyś z okazji osiemnastych urodzin moja koleżanka przyniosła mi w prezencie pieseczka. I nastał w domu czas panowania szurniętego do imentu dalmatyńczyka. Nastał ten czas z moim niezamierzonym błogosławieństwem idiotki nie umiejącej się z psem porozumieć (choć bardzo chciałam go wytresować/wychować alem była za gupia). psa nazwaliśmy Paco. I ten Paco, pozostawiony sam w domu/mieszkaniu , robił nam cyklicznie jesień średniowiecza. zjadał lamperię, boazerię , kafelki , trelki, dywany, ściany, demontował kaloryfery i rozprowadzał równomiernie po całej podłodze zapasy cukru, soli, mąki i proszku do prania (lata dziewięćdziesiąte przypominam, po wszystko się w kolejkach stało). a na spacerze uwolniony ze smyczy uciekał w poprzek nowo otwartej Trasy Toruńskiej gdzie bądź byle w promieniu 4 km i sam wracał na siódme piętro złachany i wytarzany w koszmarnie rzadkim i cuchnącym gównie po pół doby zmartwień całej rodziny. Kochaliśmy go wszyscy, choć wiem, że to brzmi jak abberacja. Aż, któregoś razu zjadł był mojego misia Tomka. Rozpatroszył go na drobne trocinki. Nie było co zszywać, choć Starsza Pani ma w rękach dar, moc i talent nadwornego krawca. Załkałam, poklęłam w poduszkę. Załkałam jeszcze sto razy. Nie przestałam jednak piesa kochać jeszcze lat kilka ale fakt. odgryzł był mnie od mojej dziecięcej pępowiny.
A wczoraj 22.05.2017 los odgryzł był mi tę pępowinę ponownie. Boleśnie odgryzł. I dzisiaj bardziej boleśnie rozumiem tę stratę. Bo moim wspomnieniom lat dziecinnych i młodzieńczych (tak, bez bicia przyznaję, nie byłam ani anarchistyczną rockemenką, ani żadnym fascynatem punck-kultury, niech tu ktoś mi rzuci w jestestwo cebulą. Lubiłam i lubię Alibabki, Kunicką, Jantar, Połomskiego, Fogga, SBB, Osjan, ... ) muzycznie zawsze towarzyszył zawsze On. I zawsze wracał mnie wstecz swoimi przepięknymi przebojami na tenczas gdy,Mama na niedzielny obiad smażyła kotlety schabowe na smalcu („omożebójalejaktonasmalcu”) i pichciła młodą kapustę z koperkiem (O zgrozo dla dzisiejszych dietetyków, z masłem). A tymczasem przez lata on niewzruszony, albo wzruszony, grał, śpiewał i cieszył nas sobą jakby nigdy i nigdy nic się zmienić nie mogło. Jego głos obiecywał mi, że zawsze będzie tak pięknie i wspaniale. I było. A potem jeszcze Jego płytę z 1976 roku odkryli Mitch’e iiii poszłooo. Cudowna nowa płyta „1976 a space odyssey” . nasza (moja i Alaski) płyta ulubiona, ukochana, zgrana do granic zgrania. Uśmiechnięta i radosna. Panie Zbyszku. Z mojej strony nagłe "alejaktotak?". Zostawia nas Pan ? a kto nam dośpiewa nasze dalsze lata, kto nas wzruszy, kto ukoi, kto rozśmieszy, kto zachwyci i kto nauczy jak zacząć od Bacha?
b.