piątek, 18 kwietnia 2014

O wyższości Świąt Wielkiejnocy nad Świętami Bożego Narodzenia


Trzask prask i zleciało.
chwilę temu było biało
i nagle pojawiło się w krzach ćwierkając zielone.
Przydomowe ogródki kipią subtelnie żonkilami
i mkną ku niebu strzeliste tulipany.
W dzieży sernik leży a w saganie żur mój panie.
Zawodowym obowiązkom mówimy stanowcze i zdecydowane NIE.
Jajo ma priorytet.
Kiedyś w końcu trzeba się zatrzymać, zadumać i posmakować życia.
Z sosem musztardowym i lukrem na mazurku.
Zanurzyć się w rzeżusze
Wypłukać w żurze duszę.
Miejcież Wy Wszyscy Dobre Święta
Pełne miłości, (s)pokoju i nadziei !

b.

czwartek, 30 stycznia 2014

Od szwajcara do tatara


z powodu nagłego ataku bolesnej kolki* należało do mojego pacjenta** zawezwać specjalistę. tak się złożyło, że najbardziej kompetentny musiał przyjechać aż ze Szwajcarii. pacjent zaś, o dziwna elipso zbiegów okoliczności, przebywał w okolicy, w której na świat przyszedł Antoś Patek – przyszły genewski twórca ekskluzywnych czasomierzy, które zdobywały serca i wypatroszały portfele establiszmentu królów, papieżów a nawet gruzina soso. jak się okazało, od czasu gdy Antoś wyruszył na podbój Szwajcarii świat się strasznie przebiegunował. otóż mój specjalista bowiem, przybywając z jednego z najbogatszych krajów Europy nie posiadał karty kredytowej, co go jako płatnika dość istotnie dyskryminowało w oczach agencji wynajmującej samochody oraz hotelu, gdzie nie chcieli za nocleg ekwiwalentu w gomułce sera a antosiowego zegarka pod zastaw specjalista nie posiadał . cóż było robić. na hasło rzucone z helweckim akcentem pomożecie ?odkrzykłam z należnym, gdyż uświęconym tradycją entuzjazmem – pomożemy ! i w bonusie dla specjalisty dorzuciłam bal karnawałowy w zarezerwowanym hotelu i powitalny kociołek foundi z morskiego sera (co jak mniemam, dla narodu pozbawionego morza może być atrakcją ekstraordynaryjną). w tym samym czasie inny specjalista pojechał rehabilitować kolejnego pacjenta, któremu zatarły się jakieś pinole i cewki. z wyników obdukcji wnoszę, że pacjent nie rokuje i powinien zostać odesłany do szpitala, choć aktualny właściciel upiera się, że na szrot. nie wygląda na to, żeby się miało obejść bez zbrojnego konfliktu. my tu na wysuniętej placówce serwisowej zawsze jesteśmy w krzyżowym ogniu płonących dzid. i dlatego czasem oko mi lata.
a zaczyna mi latać bardziej, gdy konstatuję, że raczej z detalami rozumiem na co choruje pacjent i jakie narządy mu trzeba wnet wymienić zaś gdy czytam nadesłaną propozycję cateringu na nasze noworoczne (tak, obchodzimy chiński nowy rok. bo europejski nam się opsnął. i co nam pan zrobi) firmowe spotkanie to nie rozumiem kluczowych pozycji oferty: mini crapes, vol-au-vent, triplo di parma, bigos wegetariański.(BIGOS WEGETARIAŃSKI!?!? halo?)

b.

* stillstand czyli awaria
** maszyna, która robi ping

wtorek, 21 stycznia 2014

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Disasteryczny poniedziałek



już w pierwszym kwadransie w pracy zadeklarowałam chęć rzucenia z grzmotem roboty w biurze i natychmiastowego przeniesienia się na hale w celu hodowli drobnej rogacizny na ser, mleko i skarpetki. apogeum nastąpiło w południe. wystarczyło dotkliwe pod żebro szturchnięcie ojca-dyrektora i eksplodowałam w słuchawkę takiemu jednemu. uznajmy, że zasadniczo się mu należało. moje wrzaski najpierw podniosły dach biura a zaraz potem przyniosły natychmiastowy skutek ale żyłka mi pulsuje do teraz. koniec. koniec z dobrotliwym podejściem. będę od teraz obrzydliwą, opryskliwą heterą. będę pluła jadem kiełbasianym. będę oschłym babiszonem. zrobię sobie trwałą i tapir i będę załatwiała petentów głównie odmownie gwarą z Pragi i głosem Himilsbacha. oczywiście, że mogłabym przeprowadzić głęboką samoanalizę, dotrzeć do sedna trzewi, zidentyfikować słabe strony sytuacji , wypunktować błędy behawioralne i wysnuć wyważoną sentencję, że spokój, rozwaga i ściśnięte samodyscypliną pośladki i półkule byłyby mnie , kiedyśtam, z pewnością, zaprowadziły na łagodne wody zrozumienia i obopólnego porozumienia. ale dziś się mi ulało wzburzone może idiosynkrazji. i wybrałam wpadnięcie w szał. no, może na razie w szalik. jak jednak przypuszczam, mogę się w tym kierunku rozwinąć niebywale szybko, mam predyspozycje (nadto zgubiłam worek melisy) i nie wykluczam, że na te hale pasać kozy wywiozą mnie kiedyś w nieortodoksyjnie góralskim kaftanie bezpieczeństwa. byłoby miło gdyby był różowy.
b.

wtorek, 7 stycznia 2014

O igliwiu, dzwonkach i pocałunkach noworocznych

Trzej Królowie przyszli wzgl. przyszedli i przepędzili mi z domu świerka. onieśmielony majestatem i okadzony kadzidłem (lichusieńkim, powiedzmy sobie szczerze, drzewiej, o drzewiej to bywały kadzidła!) zrzucił z siebie wszelkie igliwie i stanął golusieńki jakby go żaden pamgób nigdy nie stworzył gdyżby się wcześniej zasromał i z wypiekiem na licu zawstydził. usuwanie rozrzuconych po kwaterze igieł opadłych z dwumetrowego drzewka przypomina sprzątanie worka mąki stojącego pod wentylatorem. w przyszłym roku stanie tu jodła i zostanie ze mną aż do Wielkanocy. tymczasem z lodówki niespiesznie ubywają śledzie w śmietanie oraz oleju i powoli acz trudno ukrywalnie oblekają mi znikającą talię. gigantyczną salaterę z pierniczkami i cukierkami wyniosłam dziś do pracy. w południe, salatera była prawie pusta. dorosła ludzkość jakimś mi niepojętym, dziwnym pragnieniem pochłania łakocie bez ograniczenia za to z błogim, dziecinnym rozmarzeniem na twarzy. topsz. może jestem trochę inna. możliwe, że jestem kosmitką. jeśli ktokolwiek chciałby założyć muzeum cukierków wzgl. ciasteczek, nawet tych mało używanych – służę moim apartamentem. będą tu bezpieczniejsze niż w fort knox. jeśli gdzieś we wszechświecie krąży po pustynnych bezdrożach, łysych galaktykach i bagnach ziejących odorem zgniłego jaja mój rycerz to niechże zbliżając się ku mnie z sakw swych podróżnych natychmiast wyrzuci w otchłań wulkanu wszelkie słodycze i napełni je surową rybą, krewetkami, śledziami w ziołowej omaście i stekami (ach!) rodem z kobe oraz lodami o smaku jajecznicy z boczkiem. takiemu ja oddam, wśród łez (radości, oczywiście) i duszę i seks. rzekłam. dwa tygodnie absencji w pracy zgotowały mi dziś spektakularny kipisz. głam się w życzliwych interlokutorskich kontredansach z klientami usilnie pod koniec dnia unikając wrzaśnięcia, że NIE MA I NIE BĘDZIE. BO TAK. I CO MI ZROBICIE!!! a w międzyczasie pewien zakład dostawcy w Indiach w barwnej oprawie z dzwonków (niestety nie śledzia)i jemioły zapytywał o fitbek czyli jak bardzo go kochamy i za co. no otóż, szanowny, drogi i azjatycki przyjacielu dziś możesz mnie cmoknąć. dokładnie tam.
b.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

O kaczych peregrynacjach i o karpich polikach

już jakiś czas temu wszystkie kucharki w rodzinie stwierdziły jednogłośnie, że kaczka to kiepski pomysł. mało mięsa na korpusie , rachityczne skrzydełka i tłusty kuper za zbyt wysoką cenę. więc no no no nie idźmy w tym kierunku. jakoś tak w ostatnią środę wyszłam ze sklepu z porem, selerem, chrzanem i. i kaczuszką. oczywiście natychmiast zadzwoniłam do Starszej Pani oraz do Alaski o wsparcie w zrozumieniu tej absurdalnej decyzji lecz w odpowiedzi usłyszałam, że si si si natentychmiast mam im też nabyć zwłoki kaczki, po jednej na dom. swoją upchnęłam w zamrażalniku w przekonaniu, że prawdopodobnie sczeźnie tam do Wielkanocy. i wyruszyłam na polowanie dnia następnego. wpadłam do sklepu z klarownym azymutem lodówka-kaczka-nabyć-zapłacić- szybko opuścić przybytek. przy kasie rzuciłam swoimi sześcioma dioptrii na dwa ptaszęta i coś mi zgrzytnęło. szalikiem przetarłszy okular skonstatowałam, że oto dzierżę w koszyku dwa kuraki genetycznie nieco od kaczuszki odmienne. dokonałam szybkiego zwrotu i obarczona zobowiązaniem rozpoczęłam terenową peregrynację poszukiwawczą. tu były ale wyszły/wyfrunęły być może , tam będą ale jutro. postanowiłam zapolować na kaczuszki z samego rana. mrok jeszcze przesłaniał niebo gdy Starsza Pani doniosła mi prosto w piernaty, że oto są kaczuszki, są tu i teraz i ona nabywa. topsz. jedną należy więc dowieźć na tarchomin. tymczasem z oddali doszło wołanie o kolejną kaczuszkę tym razem z jabłkami od Ju. kaczki z jabłkami występują w przyrodzie bardzo rzadko a jeśli już, to tylko w mojej okolicy. ponieważ w tym międzyczasie nabywałam choinki sztuk dwie, jedna jodła urody niezwykłej dla Starszej Pani druga drapak świerkowy dla mnie, to kaczka musiała poczekać.jodła okazała się spolegliwa, świerk, krnąbrny choć pachnący cudnie lasem, zapakowany do auta przebił się nieco przez drzwi i zmasakrował do szczętu plastikowy głośnik. oops. kaczka tymczasem szczęśliwie dla Ju poczekała. więc. następnego dnia zgodnie z planem jedna kaczuszka z Bródna i jedna kaczuszka z tarchomina pojechały romanem na cmentarze a potem po stosownej selekcji osiadły we właściwych miejscach przeznaczenia. peregrynacje kaczek przypominały nieco wędrówki ludów w poszukiwaniu krainy szczęśliwości. i oto chodzi wszak w Święta. znaleźć swoje ciepłe i serdeczne miejsce. ostatecznie rozdystrybuowawszy ptactwo skupiliśmy się na rybach. śledzie pokornie osiadły w słojach z olejem bez żadnych specjalnych ceregieli, za to z pieprzem i listkiem laurowym. lubię śledzie za ich łagodną spolegliwość. tymczasem karp wymagał szczególnej oprawy. tego roku szczęśliwie nabyłam karpie moooocno melisą ścięte (czytaj dobrze śnięte), co oznacza, że młotek i tasak użyłam jedynie do rozczłonkowania dzwonków ( w użyciu była też mała srebrna łyżeczka- niektórzy wią po co). być może się mylę, ale po rozdzwonkowaniu pięciu karpi mogłabym być wyśmienitym drwalem. i szacunek dla dawnych producentów toporów, które w pocie czoła ale jednak w trymiga pozwalają oddzielić łeb od korpusu. ja przepraszam za drastyczne szczegóły, ale to nie moja wina. to uświęcona tradycja. mój dziadek Kazio ponoć w ten czas przedwigilijny mlaskał z nieukrywanym zachwytem nad ugotowanymi łabami karpi wysysając miętkie poliki z uwarzonego na galantynę łba. no i myśmy w tym roku zaintrygowane dziadkiem ze Starszą Panią nie wyrzuciły tych uważonych łbów, tylko odłożyłyśmy nieco zafrapowane dziadkowym podniebieniem na stronę, czytaj na tacę.i oooo.!!! luuudzie!!! te uwarzone w rosołku poliki karpia to jest taka delicja, że klękajcie galaktyki. a odgłos naszego siorbania i mlaskania jeszcze długo rozbrzmiewał nad Bródnem. w zasadzie powinnyśmy wygrzmocić do zsypu całe karpie a pozostawić poliki w galarecie jeno. takie to jest niebiańsko pyszne. ale. jak sobie policzyłam, że na pięć salater polików ryby w galarecie potrzebowałybyśmy pięćdziesięciu karpi to mię ta nowatorska myśl kulinarna odejsza natychmiast w niebyt. jednakowoż. jeśli. mielibyście okazję wyłowić z perkocącego gara łeb karpia to nie omieszkajcie. to jest absolutna delicja, wysmoktać z głowy te poliki . o oczka bądźcie spokojni, to załatwiły srebrne łyżeczki.
Drodzy moi, którym się trafia zabłądzić w te rejony. Życzę Wam, żebyście znaleźli w Swoim Życiu wszystkie cudowne smaki. Szukajcie, otwierajcie swoje głowy na przeszłość i przyszłość. Czerpcie pełnymi garściami i bądźcie dobrzy i szczęśliwi!

ponieważ nadal nie wiem, jak dodać tu zdjęcia, hm hm hm , to wyobraźcie sobie mój
cienkuszowaty, ale za to niebotycznie pachnący lasem świerczek w kolorowych girlandach. Tatko, który w stanie wojennym zrobił nam choinkę z gałązek świerkowych na rusztowaniu z wędki byłby jak mniemam kontent.
b.

czwartek, 21 listopada 2013

obfite piersi, pełne biodra czyli współczesny dialog z Mo Yan

tegoroczna sesja zdjęciowa do naszej świątecznej kartki dla naszych biznesowych milusińskich (niektórych wsadzamy w gigantyczny cudzysłów) była niezwykle wytworna i wyrafinowana. jak się okazało niebawem - z zamierzenia jeno. scenariusz przewidywał scenkę rodzajową z niewielką orkiestrą symfoniczną w strojach o zdecydowanie wysokim C a nawet łał. więc. panowie w czarnych garniturach i smokingach. panie w czarnych, długich sukniach i na niebotycznych obcasach. w zbrojowni czekały stosowne rekwizyty a to obój, a to skrzypce, puzon, saksofon, flet prosty, flet krzywy, batuta dla dyrygenta, złote rogi renifera, czerwony nos rudolfa, sweterek w pingwinki, czapka trola z odstającymi uszami i krawaty z cyrkoniami. zdyscyplinowanie kilkuosobowej, zdrowo szurniętej grupy, która na widok tych rzadkich dóbr wszelakich wyższego rzędu natychmiast po zmakijażowaniu i przebraniu jęła z nagła odgrywać bohaterów entego odcinka dynastii z całym zapleczem przerysowanych gestów oraz łopotaniem rzęsami przed każdym ujęciem, doprowadzało naszego artystę fotografika do całkowitego obłędu. taki na ten przykład ojciec-dyrektor na hasło fotografa „jest pan teraz dyrygentem orkiestry grającej ekstatyczny utwór z warszawskiej jesieni” giął się jak gibki pałąk dla podtrzymania wrażenia prowadzenia ekspresyjnego koncertu a najbardziej ekscentrycznie pozował wykrzykując w przestrzeń studia „ty bolku i lolku, ty”, czym wprawił w stupor fotografa tak dalece, żeśmy artyście mokrą ścierkę na czoło kłaść musieli. my tam nie wnikamy, jakie traumy przejść musiał ojciec-dyrektor za młodu oglądając tę popularną w sumie w bloku wschodnim bajkę. ostateczny efekt zwichrowanego dyrygenta został osiągnięty naszym zdaniem perfekcyjnie. dziękujemy wam bolku i lolku, cokolwiekście uczynili ojcu-dyrektoru naszemu. sam zresztą pan artysta szedł na dziki żywioł wymyślając koncepcję świątecznej kartki. odniosłam nieodparte wrażenie, że oto za pomocą oboju, saksofonu, fletu i skrzypek inscenizujemy bitwę pod Stalingradem. ot taka oryginalna inscenizacja – mała orkiestra symfoniczna naparza się instrumentami a dyrygent rwie z głowy co popadnie i z trzaskiem łamie pałeczkę o kolano altowiolistki. peace, love and christmas w wydaniu nieco ekscentryczno-awangardowym. chaos na planie nie dał się nijak opanować. ubrany w pulowerek ze ślicznym słodkim pingwinkiem kolega woził na baranach szykownie odzianą w czarne szyfony koleżankę, która z szaleństwem w oku mierzyła z oboju w dyrygenta. inny kolega ze skrzypeczkami uparł się wystąpić w pięciu jednocześnie nałożonych na głowę akcesoriach: rogach renifera, nosie renifera, masce weneckiej, opasce z cyrkoniami i kapeluszu trola a za figurę idealnie oddającą jego temperament uznał imitowanie beckhendu stradiwariusem. nasz świeżo upieczony serwisant przecierał co chwila zroszone tremą czoło i próbował ogarnąć, do jakiej szurniętej małpiarni trafił. Przekonywanie go, że to tylko tak raz w roku, poza tym jesteśmy w sumie normalni, przyswajał z widocznym powątpiewaniem i oczami duszy wyrażał niezwykły zapał do natychmiastowego powrotu na śląsk, gdzie czekała na niego rozbabrana straszną awarią maszyna. trzeba też oddać artyście fotografiku, że miał anielską cierpliwość do naszej rozpasanej czeredy. generalnie trudno było mu zapędzić towarzystwo na plan zdjęciowy, gdyż alternatywne do planu animowanie szalonych scenek spoza scenariusza i poza planem zdjęciowym na potrzeby domorosłych fotografów wciągnęło całą naszą trupę do imentu. w związku z tym światłoczuła lampa błyskowa profesjonalisty pobudzana naszymi prywatnymi fleszami błyskała w najbardziej nieodpowiednich momentach a jednak artysta ubrany dla towarzystwa w cudnej urody cekinowe kocie uszy nikomu nie przygrzmocił tylko przez coraz bardziej zaciśnięte zęby nucił zajadle dżingo bel, dżingo bel. na pytanie naszego wielce subtelnego stylisty w wieku przedpoborowym (mówię wam, mieliśmy prawdziwego stylistę, takiego wicie, co się zachwyca dżersejowym skosem spódnicy z koła i wie co to solejka i czym się różni od szmizjerki) z tunelami w uszach - jaką suknię zechcę przymierzyć, odparłam bez namysłu, że czarny namiot będzie jak najbardziej na miejscu. pan stylista opasał mię wzrokiem niczem centymetrem, prychnął i podsunął mi pod nos jeden z wieszaków udrapowany czarnym szyfonem gestem nie znoszącym sprzeciwu. w garderobie pełnej ludzi oraz świątecznych akcesoriów wzułam na siebie z miną wątpiącego sceptyka podetkniętą pod nos kreację. zmieściłam się, co samo w sobie graniczyło z cudem galilejskim. do kompletu wzułam także na twarz maskę wenecką z cekinami i pawimi piórami (oho, pomyślałam, nie jest dobrze – makijażystka nie dała rady, maskują mi kurze łapki) i półtorakilowe kolczyki z dymnego kryształu. i nagle w garderobie zapadła głucha cisza. pan stylista pchnął mię ku lustru ażebym się mogła ocenić. bez okularów (minus sześć dioptrii przypominam) i w masce na oczach zobaczyłam w lusterku duuży czarny namiot z dużą karminową plamą w miejscu ust, jak przypuszczam. pan stylista wypchnął mię z garderoby i czule zamachał śnieżnobiałą batystową chusteczką srogo zakazując pod rygorem rozstrzelania przydeptania niebotycznie długiej sukni. ta, pewnie. weź i człowieku zejdź z gracją po stromych schodach, na cholernie wysokich obcasach (specjalne podziękowania dla mojej matki chrzestnej, której zawdzięczam odziedziczone z lat sześćdziesiątych dwunastocentymetrowe szpilki, w których matka ponoć dansingowała, ja zaś dla wykonania kroku potrzebowałam balkonika i dwóch bodygardów) w za długiej kiecce, bez okularów i w masce weneckiej na oczach. schodząc po tych schodach oczami wyobraźni widziałam się na dole po nagłym upadku z przekręconą na plecy twarzą, niczym któraś z bohaterek- „ze śmiercią jej do twarzy”, którym to motywem w sumie prawdopodobnie wpisałabym się całkiem udanie w panujący na planie zdjęciowym chaos. wystarczyłoby mi wetknąć w otwór w tułowiu wiolonczelę. tymczasem artysta fotograf posadził mię na pomarańczowym zydelku, wetknął w usta koniec oboju i zapadł w letarg. przygryzanie agrafki udającej prawdziwy ustnik (był to albowiem obój wypożyczony od prawdziwego instrumentalisty, a prawdziwy instrumentalista nie pozwala dotknąć swojego ustnika nawet matce rodzonej przez aseptyczną gazę) z jednoczesnym robieniem dziubka i robieniem szerokiego uśmiechu było zadaniem tyleż karkołomnym co awykonalnym. fotograf miast się koncentrować na zdezorientowanym ust koralu zabrał mi nagle spod rzyci pomarańczowy stołeczek. strzępki dochodzącej do mnie rozmowy z asystentem (ślepi słyszą lepiej) dały mi do zrozumienia, że siedząc wyglądam niczem czarna barbapapa lub ostygła góra lawy i nie ma takiego obiektywu, któren by mię objął. proszszsz bardzo, mogę stać i dąć w obój, a już wy tam sobie wyfotoszopujcie dziubek. no więc stanęłam. i nagle, gdzieś z dalekich, nierealnych dali doszedł był mię szept artysty: ona ma TAKIE biodra, TAKĄ sylwetkę, że ona musi stać, jak statuja wolności, jak bogini grecka, jak pramatka co wyda na świat super-bohatera olbrzyma. podąwszy z szerokim uśmiechem w agrafkę w świetle apopleksyjnych fleszów zejszłam szybciutko z planu i kolebiąc się na niebotycznych obcasach matki chrzestnej podeszłam do lustra na odległość nosa. w odbiciu zobaczyłam statuję wolności, grecką boginię i potencjalną matkę superbohatera w przepięknej weneckiej masce, o biodrach rozłożystych acz cudownie obleczonych czarnym plisowanym tiulem. a pomruk zachwytu mój własny i koleżeństwa uniósł mnie był kilka metrów nad posadzkę studia. przez te kilka chwil czułam się naprawdę jak bogini, powiedzmy jak temida, bo ona też lekuchno ślepa była. tymczasem zamierzam nabyć tę suknię wskazaną przez pana stylistę i w mroczne, słotne oraz smętnie depresyjne wieczory wdziewać ją i znajdować w lustrze statuję ku pokrzepieniu tak długo, aż gdy z wiekiem (taka subtelna analogia do wieka trumiennego) skurczę się zbyt nadto (względnie wyrosnę, co się wydawa bardziej prawdopodobnym) i zrobię z niej sobie zasłonkę nad prysznicem. lub gazę do przeciskania przecieru pomidorowego ( bo: pomidory są nieocenione w dietach przeciw otyłości, w cukrzycy, reumatyzmie, zapaleniu stawów, dnie, chorobach nerek i serca).
b.