piątek, 24 sierpnia 2018

Konsekwencje aury bez kontentu czyli hmws



Ostatni sierpniowy tydzień w pracy upłynął zupełnie nieoczekiwanie pod sztandarem mizianym leniwą flautą. Na sztandarze wyblakłe od słońca literki oznajmiały, że „prawie wszyscy jesteśmy na plaży, proszę nam nie zawracać ... gitary sijulejteraligejter. i tak, zastępca też jest na plaży i nic pan/pani od nas się nie dowie i nie wydostanie, najwyżej garść plażowego piachu w szprychy, bye bye. Over. Ale bez odbioru”. To niezwykle mile zaskakujące doświadczenie płynące ze wszystkich czterech stron świata, lub jak nakazuje teoria Prachetta z góry i z dołu dysku pozwoliły mi kompulsywnie zasysać wirtualną rzeczywistość via internet leniwie siorbiąc entą kawę. Naddatek zanabytej o rzeczywistości wiedzy nienakoniecznie mnie ukontentował. Okazuje się jednak, że czasem pozostawanie w stanie błogiej nieświadomości pozwala ominąć pigułkę na nadciśnienie i podwyższony kardiopuls. Gdzieś koło środy, zażywszy stosowne medykamenta, zarzuciłam na monitor w akcie odseparowania od „Okna na świat” kocyk w misie koala. Ale zaraz go zmieniłam na kocyk w labradory gdyż się okazało, że koala jest aktualnie bardzo wkurzony i miota we mnie rakietą manewrującą wprost z jakiejś fregaty. Labradory tymczasem niczym nie miotały. W piątkowe popołudnie grożące burzami nad stolicą wróciłam na Staropańszczyźnianą wypluta (gorącem) jak niestrawione resztki przez tego pytona, co go nikt nie umi namierzyć (imho on już dawno spłynął był Wisłą ku morzu i zajada się bałtyckim śledziem). Ponadto meteorolodzy zapowiedzieli oko cyklonu, drastyczny spadek Celsjusza, burze i obfity opad na cały weekend. Faq! Wszak. To w ten weekend mieliśmy w mazurskich okolicznościach przyrody celebrować w promieniach słońca urodziny świeżo zamężnego Mariana. Kąpać się w bezglonnym jeziorze, nabywać smagnięcia słonecznym promieniem, delektować się mięsno-bezmięsnym grillem. Usłuchawszy podszeptów meteorologa zrezygnowano niestety tymczasowo z wyprawy na Mazury. Jęk zawodu wzmocniony żalu westchnieniem strząsnął był żółkniejące od upału liście ze środkowoeuropejskich drzew a mówią, że i baobaby i sekwoje nagle listowie utraciły. Tymczasem w popołudniowy piątek nad Staropańszcyźnianą nadszedł był front i zbierały się kłębiaste chmury. Ale jakoś bez żadnych groźnych pomruków. Mając w alternatywie sprzątanie apartamentu lub rowerową wycieczkę na nowo nabytym siodełku (stare się ostatecznie rozpadło na kaszubskich szlakach) wybrałam rower. Ulubiona pętla (dodajmy dla planujących ten szlak: te kierunki zawsze z górki): z Tarchomina nad Wisłą do mostu Północnego, nim na lewą stronę rzeki, wygodnym trotuarem do mostu Gdańskiego, hop siup znowu na prawą stronę, i szlakiem Golędzinowskim na śliczny mosteczek nad Żeraniem.


A potem to już prosto i fruuu do domu wałem bujnie obrośniętym ekosystemem. Dobrze, że znam tę trasę na pamięć, bo jechałam z zamkniętymi oczami, nozdrzami i ustami. Gdyż. Meszki. Miliardy maciupcich meszek czyha aktualnie na nadrzecznego globtrotera. Oblepiają spoconą twarz bezlitośnie. Wprawdzie nie kąsają, ale zgarnianie ich trucheł przyklejonych do policzków i powiek wymaga od cyklisty zręcznej acz niemiłej ekwilibrystyki. Muszę sprawdzić, czy maska szermierza chroni przed tymi insektami. Prędzej taką nabędę niż kask. A może już są są na rynku jakieś kompilacje. Dziesięć minut po tym, gdy zaparkowałam w domu, nadejszła zapowiadana przez meteorologa burza. Natenczas siedziałam już we wannie spieniając mydło „biały jeleń” ufając, iż blokowo-osiedlowy warrystor jakbyco ochroni mnie przed wyładowaniami. Mielący ciepłe powietrze wiatrak nie zaznał od wyładowań uszczerbku . I topsz. Bo to mój ostatnio ulubiony fryzury kreator. A zimny i deszczowy weekend niech sobie nadpełza, pfff. Mam rozlicznie alternatywne plany i „hakmuwsmak”. temu bezsłonecznemu weekendu.


b.

2 komentarze:

BratZacieszyciela pisze...

Ostatnio usłyszałem miłe skojarzeniowo słowo ułatwiające mi osobiście zapamiętanie nazwy tej psiej rasy: blabladory!
W końcu nie trzeba się zastanawiać nad tymi biszkoptowymi czy czarnymi stworami!
A po takich upałach w końcu trochę zimna i deszczu na pewno wyjdzie wszystkim, i przyrodzie, i ludziom, na zdrowie.
Czego i autorce bloga życzę!

benia pisze...

Spadek temperatury był tak znaczący, że kusiły skarpetki do sandałów:)blablador, radblador, bardlador, robdladar, darbodlar - ależ bezlik anagramowych możliwości!
b.