poniedziałek, 23 grudnia 2013

O kaczych peregrynacjach i o karpich polikach

już jakiś czas temu wszystkie kucharki w rodzinie stwierdziły jednogłośnie, że kaczka to kiepski pomysł. mało mięsa na korpusie , rachityczne skrzydełka i tłusty kuper za zbyt wysoką cenę. więc no no no nie idźmy w tym kierunku. jakoś tak w ostatnią środę wyszłam ze sklepu z porem, selerem, chrzanem i. i kaczuszką. oczywiście natychmiast zadzwoniłam do Starszej Pani oraz do Alaski o wsparcie w zrozumieniu tej absurdalnej decyzji lecz w odpowiedzi usłyszałam, że si si si natentychmiast mam im też nabyć zwłoki kaczki, po jednej na dom. swoją upchnęłam w zamrażalniku w przekonaniu, że prawdopodobnie sczeźnie tam do Wielkanocy. i wyruszyłam na polowanie dnia następnego. wpadłam do sklepu z klarownym azymutem lodówka-kaczka-nabyć-zapłacić- szybko opuścić przybytek. przy kasie rzuciłam swoimi sześcioma dioptrii na dwa ptaszęta i coś mi zgrzytnęło. szalikiem przetarłszy okular skonstatowałam, że oto dzierżę w koszyku dwa kuraki genetycznie nieco od kaczuszki odmienne. dokonałam szybkiego zwrotu i obarczona zobowiązaniem rozpoczęłam terenową peregrynację poszukiwawczą. tu były ale wyszły/wyfrunęły być może , tam będą ale jutro. postanowiłam zapolować na kaczuszki z samego rana. mrok jeszcze przesłaniał niebo gdy Starsza Pani doniosła mi prosto w piernaty, że oto są kaczuszki, są tu i teraz i ona nabywa. topsz. jedną należy więc dowieźć na tarchomin. tymczasem z oddali doszło wołanie o kolejną kaczuszkę tym razem z jabłkami od Ju. kaczki z jabłkami występują w przyrodzie bardzo rzadko a jeśli już, to tylko w mojej okolicy. ponieważ w tym międzyczasie nabywałam choinki sztuk dwie, jedna jodła urody niezwykłej dla Starszej Pani druga drapak świerkowy dla mnie, to kaczka musiała poczekać.jodła okazała się spolegliwa, świerk, krnąbrny choć pachnący cudnie lasem, zapakowany do auta przebił się nieco przez drzwi i zmasakrował do szczętu plastikowy głośnik. oops. kaczka tymczasem szczęśliwie dla Ju poczekała. więc. następnego dnia zgodnie z planem jedna kaczuszka z Bródna i jedna kaczuszka z tarchomina pojechały romanem na cmentarze a potem po stosownej selekcji osiadły we właściwych miejscach przeznaczenia. peregrynacje kaczek przypominały nieco wędrówki ludów w poszukiwaniu krainy szczęśliwości. i oto chodzi wszak w Święta. znaleźć swoje ciepłe i serdeczne miejsce. ostatecznie rozdystrybuowawszy ptactwo skupiliśmy się na rybach. śledzie pokornie osiadły w słojach z olejem bez żadnych specjalnych ceregieli, za to z pieprzem i listkiem laurowym. lubię śledzie za ich łagodną spolegliwość. tymczasem karp wymagał szczególnej oprawy. tego roku szczęśliwie nabyłam karpie moooocno melisą ścięte (czytaj dobrze śnięte), co oznacza, że młotek i tasak użyłam jedynie do rozczłonkowania dzwonków ( w użyciu była też mała srebrna łyżeczka- niektórzy wią po co). być może się mylę, ale po rozdzwonkowaniu pięciu karpi mogłabym być wyśmienitym drwalem. i szacunek dla dawnych producentów toporów, które w pocie czoła ale jednak w trymiga pozwalają oddzielić łeb od korpusu. ja przepraszam za drastyczne szczegóły, ale to nie moja wina. to uświęcona tradycja. mój dziadek Kazio ponoć w ten czas przedwigilijny mlaskał z nieukrywanym zachwytem nad ugotowanymi łabami karpi wysysając miętkie poliki z uwarzonego na galantynę łba. no i myśmy w tym roku zaintrygowane dziadkiem ze Starszą Panią nie wyrzuciły tych uważonych łbów, tylko odłożyłyśmy nieco zafrapowane dziadkowym podniebieniem na stronę, czytaj na tacę.i oooo.!!! luuudzie!!! te uwarzone w rosołku poliki karpia to jest taka delicja, że klękajcie galaktyki. a odgłos naszego siorbania i mlaskania jeszcze długo rozbrzmiewał nad Bródnem. w zasadzie powinnyśmy wygrzmocić do zsypu całe karpie a pozostawić poliki w galarecie jeno. takie to jest niebiańsko pyszne. ale. jak sobie policzyłam, że na pięć salater polików ryby w galarecie potrzebowałybyśmy pięćdziesięciu karpi to mię ta nowatorska myśl kulinarna odejsza natychmiast w niebyt. jednakowoż. jeśli. mielibyście okazję wyłowić z perkocącego gara łeb karpia to nie omieszkajcie. to jest absolutna delicja, wysmoktać z głowy te poliki . o oczka bądźcie spokojni, to załatwiły srebrne łyżeczki.
Drodzy moi, którym się trafia zabłądzić w te rejony. Życzę Wam, żebyście znaleźli w Swoim Życiu wszystkie cudowne smaki. Szukajcie, otwierajcie swoje głowy na przeszłość i przyszłość. Czerpcie pełnymi garściami i bądźcie dobrzy i szczęśliwi!

ponieważ nadal nie wiem, jak dodać tu zdjęcia, hm hm hm , to wyobraźcie sobie mój
cienkuszowaty, ale za to niebotycznie pachnący lasem świerczek w kolorowych girlandach. Tatko, który w stanie wojennym zrobił nam choinkę z gałązek świerkowych na rusztowaniu z wędki byłby jak mniemam kontent.
b.

czwartek, 21 listopada 2013

obfite piersi, pełne biodra czyli współczesny dialog z Mo Yan

tegoroczna sesja zdjęciowa do naszej świątecznej kartki dla naszych biznesowych milusińskich (niektórych wsadzamy w gigantyczny cudzysłów) była niezwykle wytworna i wyrafinowana. jak się okazało niebawem - z zamierzenia jeno. scenariusz przewidywał scenkę rodzajową z niewielką orkiestrą symfoniczną w strojach o zdecydowanie wysokim C a nawet łał. więc. panowie w czarnych garniturach i smokingach. panie w czarnych, długich sukniach i na niebotycznych obcasach. w zbrojowni czekały stosowne rekwizyty a to obój, a to skrzypce, puzon, saksofon, flet prosty, flet krzywy, batuta dla dyrygenta, złote rogi renifera, czerwony nos rudolfa, sweterek w pingwinki, czapka trola z odstającymi uszami i krawaty z cyrkoniami. zdyscyplinowanie kilkuosobowej, zdrowo szurniętej grupy, która na widok tych rzadkich dóbr wszelakich wyższego rzędu natychmiast po zmakijażowaniu i przebraniu jęła z nagła odgrywać bohaterów entego odcinka dynastii z całym zapleczem przerysowanych gestów oraz łopotaniem rzęsami przed każdym ujęciem, doprowadzało naszego artystę fotografika do całkowitego obłędu. taki na ten przykład ojciec-dyrektor na hasło fotografa „jest pan teraz dyrygentem orkiestry grającej ekstatyczny utwór z warszawskiej jesieni” giął się jak gibki pałąk dla podtrzymania wrażenia prowadzenia ekspresyjnego koncertu a najbardziej ekscentrycznie pozował wykrzykując w przestrzeń studia „ty bolku i lolku, ty”, czym wprawił w stupor fotografa tak dalece, żeśmy artyście mokrą ścierkę na czoło kłaść musieli. my tam nie wnikamy, jakie traumy przejść musiał ojciec-dyrektor za młodu oglądając tę popularną w sumie w bloku wschodnim bajkę. ostateczny efekt zwichrowanego dyrygenta został osiągnięty naszym zdaniem perfekcyjnie. dziękujemy wam bolku i lolku, cokolwiekście uczynili ojcu-dyrektoru naszemu. sam zresztą pan artysta szedł na dziki żywioł wymyślając koncepcję świątecznej kartki. odniosłam nieodparte wrażenie, że oto za pomocą oboju, saksofonu, fletu i skrzypek inscenizujemy bitwę pod Stalingradem. ot taka oryginalna inscenizacja – mała orkiestra symfoniczna naparza się instrumentami a dyrygent rwie z głowy co popadnie i z trzaskiem łamie pałeczkę o kolano altowiolistki. peace, love and christmas w wydaniu nieco ekscentryczno-awangardowym. chaos na planie nie dał się nijak opanować. ubrany w pulowerek ze ślicznym słodkim pingwinkiem kolega woził na baranach szykownie odzianą w czarne szyfony koleżankę, która z szaleństwem w oku mierzyła z oboju w dyrygenta. inny kolega ze skrzypeczkami uparł się wystąpić w pięciu jednocześnie nałożonych na głowę akcesoriach: rogach renifera, nosie renifera, masce weneckiej, opasce z cyrkoniami i kapeluszu trola a za figurę idealnie oddającą jego temperament uznał imitowanie beckhendu stradiwariusem. nasz świeżo upieczony serwisant przecierał co chwila zroszone tremą czoło i próbował ogarnąć, do jakiej szurniętej małpiarni trafił. Przekonywanie go, że to tylko tak raz w roku, poza tym jesteśmy w sumie normalni, przyswajał z widocznym powątpiewaniem i oczami duszy wyrażał niezwykły zapał do natychmiastowego powrotu na śląsk, gdzie czekała na niego rozbabrana straszną awarią maszyna. trzeba też oddać artyście fotografiku, że miał anielską cierpliwość do naszej rozpasanej czeredy. generalnie trudno było mu zapędzić towarzystwo na plan zdjęciowy, gdyż alternatywne do planu animowanie szalonych scenek spoza scenariusza i poza planem zdjęciowym na potrzeby domorosłych fotografów wciągnęło całą naszą trupę do imentu. w związku z tym światłoczuła lampa błyskowa profesjonalisty pobudzana naszymi prywatnymi fleszami błyskała w najbardziej nieodpowiednich momentach a jednak artysta ubrany dla towarzystwa w cudnej urody cekinowe kocie uszy nikomu nie przygrzmocił tylko przez coraz bardziej zaciśnięte zęby nucił zajadle dżingo bel, dżingo bel. na pytanie naszego wielce subtelnego stylisty w wieku przedpoborowym (mówię wam, mieliśmy prawdziwego stylistę, takiego wicie, co się zachwyca dżersejowym skosem spódnicy z koła i wie co to solejka i czym się różni od szmizjerki) z tunelami w uszach - jaką suknię zechcę przymierzyć, odparłam bez namysłu, że czarny namiot będzie jak najbardziej na miejscu. pan stylista opasał mię wzrokiem niczem centymetrem, prychnął i podsunął mi pod nos jeden z wieszaków udrapowany czarnym szyfonem gestem nie znoszącym sprzeciwu. w garderobie pełnej ludzi oraz świątecznych akcesoriów wzułam na siebie z miną wątpiącego sceptyka podetkniętą pod nos kreację. zmieściłam się, co samo w sobie graniczyło z cudem galilejskim. do kompletu wzułam także na twarz maskę wenecką z cekinami i pawimi piórami (oho, pomyślałam, nie jest dobrze – makijażystka nie dała rady, maskują mi kurze łapki) i półtorakilowe kolczyki z dymnego kryształu. i nagle w garderobie zapadła głucha cisza. pan stylista pchnął mię ku lustru ażebym się mogła ocenić. bez okularów (minus sześć dioptrii przypominam) i w masce na oczach zobaczyłam w lusterku duuży czarny namiot z dużą karminową plamą w miejscu ust, jak przypuszczam. pan stylista wypchnął mię z garderoby i czule zamachał śnieżnobiałą batystową chusteczką srogo zakazując pod rygorem rozstrzelania przydeptania niebotycznie długiej sukni. ta, pewnie. weź i człowieku zejdź z gracją po stromych schodach, na cholernie wysokich obcasach (specjalne podziękowania dla mojej matki chrzestnej, której zawdzięczam odziedziczone z lat sześćdziesiątych dwunastocentymetrowe szpilki, w których matka ponoć dansingowała, ja zaś dla wykonania kroku potrzebowałam balkonika i dwóch bodygardów) w za długiej kiecce, bez okularów i w masce weneckiej na oczach. schodząc po tych schodach oczami wyobraźni widziałam się na dole po nagłym upadku z przekręconą na plecy twarzą, niczym któraś z bohaterek- „ze śmiercią jej do twarzy”, którym to motywem w sumie prawdopodobnie wpisałabym się całkiem udanie w panujący na planie zdjęciowym chaos. wystarczyłoby mi wetknąć w otwór w tułowiu wiolonczelę. tymczasem artysta fotograf posadził mię na pomarańczowym zydelku, wetknął w usta koniec oboju i zapadł w letarg. przygryzanie agrafki udającej prawdziwy ustnik (był to albowiem obój wypożyczony od prawdziwego instrumentalisty, a prawdziwy instrumentalista nie pozwala dotknąć swojego ustnika nawet matce rodzonej przez aseptyczną gazę) z jednoczesnym robieniem dziubka i robieniem szerokiego uśmiechu było zadaniem tyleż karkołomnym co awykonalnym. fotograf miast się koncentrować na zdezorientowanym ust koralu zabrał mi nagle spod rzyci pomarańczowy stołeczek. strzępki dochodzącej do mnie rozmowy z asystentem (ślepi słyszą lepiej) dały mi do zrozumienia, że siedząc wyglądam niczem czarna barbapapa lub ostygła góra lawy i nie ma takiego obiektywu, któren by mię objął. proszszsz bardzo, mogę stać i dąć w obój, a już wy tam sobie wyfotoszopujcie dziubek. no więc stanęłam. i nagle, gdzieś z dalekich, nierealnych dali doszedł był mię szept artysty: ona ma TAKIE biodra, TAKĄ sylwetkę, że ona musi stać, jak statuja wolności, jak bogini grecka, jak pramatka co wyda na świat super-bohatera olbrzyma. podąwszy z szerokim uśmiechem w agrafkę w świetle apopleksyjnych fleszów zejszłam szybciutko z planu i kolebiąc się na niebotycznych obcasach matki chrzestnej podeszłam do lustra na odległość nosa. w odbiciu zobaczyłam statuję wolności, grecką boginię i potencjalną matkę superbohatera w przepięknej weneckiej masce, o biodrach rozłożystych acz cudownie obleczonych czarnym plisowanym tiulem. a pomruk zachwytu mój własny i koleżeństwa uniósł mnie był kilka metrów nad posadzkę studia. przez te kilka chwil czułam się naprawdę jak bogini, powiedzmy jak temida, bo ona też lekuchno ślepa była. tymczasem zamierzam nabyć tę suknię wskazaną przez pana stylistę i w mroczne, słotne oraz smętnie depresyjne wieczory wdziewać ją i znajdować w lustrze statuję ku pokrzepieniu tak długo, aż gdy z wiekiem (taka subtelna analogia do wieka trumiennego) skurczę się zbyt nadto (względnie wyrosnę, co się wydawa bardziej prawdopodobnym) i zrobię z niej sobie zasłonkę nad prysznicem. lub gazę do przeciskania przecieru pomidorowego ( bo: pomidory są nieocenione w dietach przeciw otyłości, w cukrzycy, reumatyzmie, zapaleniu stawów, dnie, chorobach nerek i serca).
b.

poniedziałek, 28 października 2013

Swarog z grilla

zgodnie z naszą wieloletnią tradycją na dzień jutrzejszy przypada termin organizacji firmowego grilla, która to impreza regularnie odbywa się raz na dziesięciolecie. jest to ceremonia na wysokim szczeblu, gdyż natenczas nawiedza nas szef z workiem prawdziwej teutońskiej kiełbasy wraz ze swoją teutońska małżonką. szczegółowe instrukcje wydano na pół roku najprzódy. logistycznie temat rozpracowano w najdrobniejszych szczegółach ale dziś, dziś w tak pogodnym dniu chmury znagła nadciągnęły nad nasz ivent. o godzinie 7:45 zrozpaczony głos ojca-dyrektora oznajmił przez telefon, że nie, oh gott, ma nie ( w tle łkające waltornie) i nie będzie kartofelsalat, bo z przyczyn wcześniej światu nie oznajmionych (świat stoi nad krawędzią) kiosk z kartofelsalat nie otworzył dziś swoich podwoi ((czujecie te wyraźne drgania na krawędzi świata?), nie uchylił nawet na szczelinkę, przez którą ojciec dyrektor mógłby nadłubać małym widelczykiem choć niewielki słoik po musztardzie bawarskiej. odczekawszy szloch i jęki zasugerowałam nieśmiało, że pfff kartofelsalat to ja mogę na jutro strzelić spod małego palca, no problem. w słuchawce zapadła cisza tak głęboka jakiej świat do tej pory nie słyszał. potrząchnęłam znacząco aparatem chcąc udrożnić przewody gdy nagle o-d otrzepawszy się z osłupienia zaoponował z gwałtownością huraganu, że NIE i użył argumentu, którym wytrącił mi z dłoni gar ziemniaków w mundurkach aż echo poszło po Alpach i odbiło się od kopuły reichstagu. otóż kartofelsalat w mniemaniu tego rdzennego saksończyka jest daniem o trudności wykonania porównywalnej z bezśladowym i sterylnym wypłukaniem śmiertelnej neurotoksyny z wątroby rozdymki tygrysiej i jedynie licencjonowany kucharz, po przejściu kilkustopniowego szkolenia oraz zdobyciu co najmniej jednej gwiazdki może się podjąć śmiałej próby wykonania akceptowalnej kartofelsalat. acz brzemię, jakie przy tym dźwignie, może okazać się ciężarem ponad siły więc i niewielu jest na świecie śmiałków, którzy by tę legendarną potrawę przygotowywali z otwartą przyłbicą. no i jeden z tego ekskluzywnego wąskiego grona wziął był i zamknął sklepik na skobelek i marzenie o sałatce do grilla prysło w bezlitosny dla konsumentów niebyt. miesiącami opracowywany w detalach plan grilla zakolebał chybotliwie jak linoskoczek, któremu gołąb upstrzył niesymetrycznie guanem jedno ramię. szczęściem, jakiś już czas temu dotarła do nas, na nasze wschodnio-środkowoeuropejskie ostępy, gdzie watr hula po dzikim i ledwo żyznym pustkowiu, królowa bona z wozem pełnym jarzyn, które się dziwnym trafem rozpleniły dając plon obfity aż po dziś dzień, więc zasugerowałam ojcu-dyrektoru nieśmiało śmiały erzac w postaci salatery sałatki jarzynowej, w której obecność kartofla jest rygorystycznym wymogiem ortodoksyjnej receptury, więc w pewien sposób połączymy nasze kulinarne tradycje nasyciwszy wilka, uratowawszy owcę i nakarmiwszy biesiadników – tyle dobrych uczynków na raz. przyklasnąwszy tej jednoczącej zwaśnione od wieków narody idei rozpoczęliśmy międzynarodowe modły o sprzyjającą rozpalonym brykietom aurę, składając stosowne ofiary słowiańskiemu swarogowi.
b.

poniedziałek, 21 października 2013

Na pamiątkę, dla Pani Joanny i Pana Edmunda, z wielką pokorą, szacunkiem i uwielbieniem


- nie wiem, znajdź jakiś pusty przedział i usiądźmy w końcu, mam nogi nad uszami – sarknęła zdyszana Alicja taszcząc do wagonu wielką czerwoną walizkę

- gdybyś nie musiała opowiedzieć pani Hansen jak się przystrzyga jesienią krzewy tego badziewia co ci zarasta pół ogrodu byłybyśmy nie musiały biec z tymi tobołami przez cały dworzec tylko jak normalni ludzie poczekały na peronie na pociąg. Po cholerę jej dawałaś teraz te instrukcje strzyżenia krzewu, jest maj, pioruńsko gorący w dodatku – z pretensją w głosie Joanna mocowała się ze swoją walizką, której urwało się kółko w przejściu między wagonami

- pani Hansen na czas mojej podróży ma się zająć takż ogrodem, więc nie zaszkodzi kilka fachowych instrukcji – odfuknęła Alicja

- zupełnie zgłupiałaś, wracasz za tydzień, nawet globalne ocieplenie nie spowoduje jesieni w maju – Joanna postukała się w głowę ręką, w której trzymała paczkę papierosów - muszę zapalić

- gdzie ? tu? w pociągu ? tu się nie pali – praworządna jak zawsze Alicja obruszyła się wskazując na stosowne znaczki nalepione na szybie drzwi wagonu

- będę udawać, że nie rozumiem po duńsku – musze zapalić –widziałam go i mam nerwy na postronkach – potrzebuję papierosa i koniaku, albo dwóch

- czego idiotko nie rozumiesz w przekreślonym papierosie, takie same znaczki są w Chinach i na Kajmanach – to język symboliczny dla analfabetów – oburzyła się Alicja wlokąc walizkę wzdłuż przedziałów

- tu – zdecydowanym głosem Joanna wskazała przedział

- e nie – zakwestionowała wybór Alicja lustrując wnętrze – tu jest jakieś stare babsko

- no i co – odparowała uchetana dźwiganiem walizki bez kółek Joanna – same jesteśmy stare babska, dogadamy się

- o nie – zaoponowała Alicja- ja tu nie wejdę, za pięć minut babsko opowie nam o wszystkich swoich wnukach, zięciach i synowych z prawego i nieprawego łona , wyjmie zdjęcia rentgenowskie i każe się pochylić z uznaniem nad swoją nową protezą biodrową i całą drogę będzie nas męczyć historią swojej chorej wątroby

- skąd wiesz, że ma chorą wątrobę – zapytała Joanna natarczywie przyglądając się kobiecie w przedziale

- jezu, nie gap się tak nachalnie – zmitygowała Joannę Alicja popychając ją walizką dalej- w tym wieku na pewno ma chorą wątrobę, albo zwyrodniałe stawy, albo nie trzyma moczu i musi się wymienić doświadczeniami z kompatybilnym wiekowo słuchaczem

- o przepraszam – nie odwracając oczu od niedoszłej współpasażerki Joanna oponowała – ja mocz skrzętnie trzymam

- gdzie ?

- co gdzie? – zapytała zainteresowana nagle Joanna

- no gdzie trzymasz mocz?
- Muszę zapalić, w lodówce – Joanna była nieustępliwa w kwestii swojego nawyku

- tu nie ma lodówki, no chyba że w ichnim warsie. czemu palisz w lodówce? - Alicja zamarła zdziwiona zaklinowawszy się z wielką walizą w wąskim korytarzu

- ocipiałaś? Nie palę w lodówce. w lodówce trzymam szetlandzki pulower od syna, szczerze mówiąc rzadkiej ohydy. brudny róż, taki wiesz owczy kołtun upaćkany w zjełczałym lurowatym barszczyku - Joanna skrzywiła się z odrazą na wspomnienie garderoby

- a mocz? - skonsternowana dopytywała się Alicja penetrując wzrokiem kolejny przedział
- A! Mocz! – skonstatowała nagle Joanna – a, mocz trzymam faktycznie w lodówce. dla doktor Regin W. ona woli z lodówki, ponoć ma wtedy lepsze walory badawcze

- A czemu twój mocz ma mieć lepsze walory badawcze? pani dr. Regina W. nie może sobie za przeproszeniem sama naprodukować?

- Może i może, ale wtedy w gruzy legnie obiektywność wyników naukowych – odparła przygotowana na pytanie Joanna – wiesz, zaburzenie relacji poprzez więź subiektywną

- Więź subiektywna z własnym , ekskuzemła, moczem ? czy ta twoja pani doktor nie jest nieco zwichnięta psychicznie? – Alicja wykonała wokół skroni kilka zgrabnych kółek wskazującym palcem

- Musze zapalić - jęknęła Joanna i stanęła sztorcem przed kolejnym przedziałem, w którym przygaszone światła nie pozwalały ocenić liczebności pasażerów – tu- orzekła – tu albo dostanę palpitacji – po jaką cholerę taszczymy do Kopenhagi piętnaście kilo owczego sera, przypomnij mi proszę?

- Ty taszczysz tylko siedem i pół kilo, reszta jest w mojej walizce – orzekła zajrzawszy przez oszklone drzwi przedziału Alicja – tu nie – to przedział dla ludzi ze zwierzętami, przypominam ci że mam alergię na koty

- Skąd wiesz, że tu są koty – zaciekawiła się Joanna – a nawet, to może wiozą tę rasę kotów odporną dla alergików , no te łyse z Chin – Joanna wyjąwszy z torebki podręczną latarkę jęła penetrować wnętrze przedziału – może byśmy je nakarmiły tym serem i nie musiałabym wlec tego dalej

- Powleczesz aż do celu, czyli do samej Kopenhagi – od tego zależy nasza, wróć , twoja przyszłość – ten wydawca ma bzika na punkcie tego sera, wyda w zamian za niego nawet komiks w języku suahili o wiewiórkach w kosmosie

- Nooo kochana , teraz to ja już muszę zapalić, uważasz, że moja nowa książka – Joanna nerwowo zaczęła szukać w torbie swojego maszynopisu, rozsypując wokół przeterminowane bilety na gonitwy koni z poprzedniego miesiąca

- Nie uważam, ale w tych barbarzyńskich czasach trzeba mieć stosowne plecy, bo dziś każdy głupi może wydać książkę, a ser owczy z Allerod jest jak plecy Ajschylosa – otworzy ci drzwi każdej drukarni– o tu, tu jest pusty przedział – Alicja zaczęła wpychać walizkę do przedziału, gdzie przy oknie leżała kupka zmiętolonego męskiego płaszcza

- Jaki pusty – omiotła latarką wnętrze przedziału Joanna – tu ktoś jest, o tu pod oknem

- Ee tam, cherlawy jakiś – orzekła Alicja i wepchnęła do przedziału swoją gigantyczną czerwoną walizkę

Zmiętolony płaszcz w kolorze słabej lury uniósł się na chwilę i patrząc wzrokiem błękitnym acz niewidzącym szepnął żałośnie, szurając wątłymi nogami – przepraszam. Cherlawy. Chryzostom Cherlawy jestem i osunął się był na swoje miejsce pod oknem

- Joanna mnąc nerwowo papierosa w palcach zaszeptała dramatycznie – a mówiłam ? mówiłam Ci, że go widziałam!
cd. może nastąpi
b.

czwartek, 3 października 2013

miętówka do zalepiania dziurawej immunologii

w przerwach między rzężeniem wącham amol i skrapiam się nim obficie. jestem chodzącą górą zionącą mentolem. ponieważ skuteczność czyli progres w zanikaniu rzężenia nie daje się odmierzyć w żadnej znanej mi skali rozpatruję setkę płynu doustnie co godzinę. pytanie czy mentol jest w stanie zneutralizować etanol, żebym pod koniec dnia miast w domu na tapczanie nie wylądowała na leżance w izbie wytrzeźwień.

b.

piątek, 27 września 2013

To be or not to be. in touch with the world


jest godzina 7:45 gdy program pocztowy w biurowym komputerze już trzeci raz ulega tajemniczemu zawieszeniu i odmawia wysyłania maili. nie mam z tym problemu tak długo jak długo nagle nie pali się kilka pożarów a wymiana zdań pisanych i plików zdjęć via internet nie stanowi przedłużenia sikawki. użycie faxu, powszechnej w poprzednim wieku drogi korespondencji wychodzi raczej kulawo. interlokutor po drugiej stronie kabla, do którego ślę staromodne wiadomości telefonicznym łączem twierdzi, że w ich sprzęcie egzystuje wybujała nad wyraz kolonia stawonogów, które żywią się z ukontentowaniem zasobami papieru pozostawiając na nim abstrakcyjne wzorki a’la kał basa i mocz tenora, co wydatnie zniekształca odbiór informacji. więc zgrzytam, wściekam i rzucam tatarem mimowolnie skrzętnie omijając ... mać. bo. jakoś mi grzęźnie w ustach, zarezerwowane na jakieś nieznane, gigantyczne pandemonium. może i komuś ulży jak chlapnie ... mać, mnie uwiera i nadal zawstydza. no więc mnąc w ustach byle jakie w stosunku do nagromadzonego napięcia cholery grzmocę ze złością i na oślep w nowiuśką klawiaturę. stara zcichapęk delejtowała mi samowolnie coś, co jej się wydało godne unicestwienia, czyli w zasadzie wszystko. tymczasem pożar się rozprzestrzenia a sikawka smętnie kapie po kropelce ropą lub denaturatem miast strumieniem ugaszacza. muszę mieć złowrogą fizjonomię, bo kolega litościwie acz zdecydowanie przejmuje mój komputer i dokonuje cudownego ozdrowienia kanałów komunikacji ze światem. moja wdzięczność nie ma granic ale moja bezsilność wobec wyzwań współczesnej techniki nie pierwszy raz strąca mię w otchłań zaginionych cywilizacji. od miesiąca oswajam się na ten przykład z najnowszym modelem mojego osobistego komórkowego telefonu firmowego. wożę go do domu w ślicznym futerale, głaszczę po drewnopodobnym opakowaniu i cierpnę na myśl o jego uruchomieniu. i używaniu wszystkich danych mu funkcji. jestem homo raczej lekko sapiens neanderthaliensis uczepionym ostatniej, mocno uschniętej i zwisającej nad ziemią gałązki prajabłoni i strasznie boję się puścić w wirtualny bezkres.
b.

środa, 25 września 2013

Blitzaktion

śmigłam cija dzisiaj najszybszą delegacje świata ever. o szóstej rano wyruszyliśmy z romanem nowiuśką obwodnicą południową stolicy ku wylotowi na Śląsk nasz Górny i Dolny. obwodnica jest pieruńsko fajna, bo szeroka i pusta, przynajmniej o szóstej rano i jechało się jak z bicza trzasło, choć troszkę z lękiem, że miast Pyrzowic nagle osiągnę Kutno/Koło/Turek bo to są takie infrastrukturalne odnogi autostrady a ja w nich się mało rozumiem. S8, S2, S7, szarfes S. punktualnie o 10:05 odebrałam z samolotu mojego germańskiego gościa i pomknęliśmy ku Tychom, gdzie na nas czekał interesant. sunęliśmy S1 zmienną prędkości (nie ma chyba słowa określającego odwrotność) gdyż pół Śląska właśnie frezuje asfalt lub buduje estakady nieco dotkliwie zwężając trakty komunikacyjne więc jakby nie kłopotał mnie czas przejazdu, choć wg. wskazań zdrowego rozsądku i tachomierza Tychy winniśmy osiągnąć już kilka razy. ażeby zatuszować nieprzyjemne wrażenia z podróży nagabywałam mojego gościa miłym smoltokiem o logicznie niewytłumaczalnym spektrum tematycznym (Angela i co dalej, czy dziadek zbierał grzyby, ile waży kufel piwa na oktoberfest, o wyższości chińskich ślimaków nad ślimakami amerykańskimi itp., itd.). nie mam złudzeń, że uczciwie zasłużyłam na opinię całkowitego pomięszańca. na którymś etapie naszej peregrynacji z radością oznajmiłam gościowi look, look – to tu w tym zakładzie sprzedaliśmy ostatnio aż trzy wasze maszynki do robienia ping. i natychmiast doznałam takiego świetlistego ping w mojej świadomości, że owszem to tu ale to znaczy, że Tychy minęliśmy już dobre kilka mil nazad i nadal przemy w niewłaściwym kierunku. blamaż zrzuciłam na drogowców, którzy pryzmą żwiru przysypali szyld z właściwym skrętem, zawróciłam w miejscu piruetem i już o 11:35 byliśmy u bram interesanta. w półtorej minuty załatwiliśmy tradycyjną wymianę grzeczności oraz koszulek/ wróć/ wizytówek. germański gość wyjął z zanadrza teczki taki kolorowy rysunek przypominający dzieło Picassa z okresu kubizmu analitycznego i celując palcem w sam środek zapytał „ok.?”. interesant przez mgnienie oka zeskanował rysunek do mózgu i odpowiedział „ok.”. i tak nadszedł kres naszej wizyty. była godzina 11: 47. odwiozłam gościa na lotnisko, skąd o 15:50 rozpoczynał powrót do domu z przesiadką w tętniącej piwem Bawarii. chytrym podstępem nakłoniłam go do skonsumowania lotniskowego sznycla wiedeńskiego pamiętającego z wyglądu pierwsze powstanie śląskie, napoiłam znieczulającą dawką okolicznym - tu cytat – napojem otrzymanym w wyniku enzymatycznej hydrolizy skrobi i białek zawartych w ziarnach zbóż i poddanym fermentacji alkoholowej, wypaliłam fajkę pokoju i ruszyłam do domu. podczas gdy mój gość prawdopodobnie mościł się w kolei podmiejskiej unoszącej go do teutońskiego domu z ogródkiem (pełna nadziei, że lotniskowy sznycel nie spowodował perturbacji na żadnym z pokładów samolotów) ja stanęłam w Jankach u wrót stolicy o 17:30 i pełzłam w tempie górotwórczym ku staropańszczyźnianej. zachwalana powyżej nadal szeroka i pusta obwodnica południowa przechodząc łagodnie acz nieuniknienie w trasę toruńską pokazała mi o tej porze środkowy palec. zrobiłam jej więc vice versa i skręciwszy na most północny dotarłam do domu o 18:45 kiedy to mijała dwunasta godzina delegacji, która merytorycznie trwała 12 minut. no i kto jest miszczem?

b.