sobota, 31 grudnia 2016

będzie orędzie, albo nie będzie, oj Dana Dana Kochana !!!


poświąteczny tydzień urlopu zrobił ze mnie zespoloną z fotelem antyfrenetyczną bezpostaciowość. Sterta przeczytanych wszelakiego autoramentu gazet / tygodników/ miesięczników (no topszsz, wykluczamy SE i tympodobne oraz prasę kobiecą, wolę sobie kupić waciki, ale może, może niesłusznie) uczyniła mi z umysłu bąbelkujący pudding. Jedyny chwalebny ukochany bezwarunkowo wyjątek to KONTYNENTY- jestem uzależniona i pochłaniam w dobę bez snu. Tymczasem brak TV nie odgradza od doniesień z kraju i ze świata, bynajmniej. I nie chodzi o konieczność permanentnego odgrodzenia. Chodzi generalnie o chaos informacyjny. A ja natenczas mam chaos. Mam taki chaos, że się mi ulewa z wanny i zalewa mieszkanie, bo jak nikt na świecie (mający normalnego projektanta, a u mnie był projektant na opak) mam z łazienki na salon próg wyższy, czyli co się uleje, nie zostanie w łazience a wypłynie. Jest dobra strona, że dopłynie do choinki i ją podleje (ponoć mydliny wspomagają porost). Pozatem pode mną garaż, więc sobie mogę lać ile wlezie. Ale już więcej nie wlezie. Mam po kokardke. I mam plan. Mam postanowienie noworoczne. Żadne na/wycieki nie będą mi zalewały bez mojego pozwolenia mojego miejsca na świecie. Tak. wprowadzam sobie cenzurę. Będę wpuszczać wszystko co mi drapnie serce, nie będę wpuszczać nic, co na odległość śmierdzi fałszem i wszelakim koniunkturalizmem. zamierzam w końcu dorosnąć, choć wiem, że to będzie bolało. Zamierzam odkurzyć spleśniałe półkule i zacząć je amortyzować. I czerpać. Się okaże, czy tam gdzieś na dnie jest jakieś źródło czy tylko piach, suchy, suchy, suchy piach. Zamierzam świadomie pracować nad dobrym życiem. Do tej pory mnie nie zawiodło (albo złe intensywnie wyparłam) ale warto się przyczynić. Ten Rok był z pewnych względów straszny ale kończy się bardziej szczęśliwie niżbym mogła marzyć. Więc. nie będę się bać marzyć. Do boju. Na tapecie marzeń jachting w Grecji ( a co! nie tylko Onassisom wolno, opłyniemy morze jońskie, może również i wyspę Skorpios) a w międzyczasie wezmnę na klatę mą ogromną wszystko co przyniesie Nowy Rok i postaram się nic nie zmarnować. Życzę Wszystkim żeby nowy rok był dobry, tak dobry jak jest Wam potrzebny. Żeby nie bolał, nie smucił i nie martwił. Żebyście mogli poradzić na wszelkie bolączki i żeby Was zaskoczył małymi i dużymi szczęśliwymi zdarzeniami.
b.

piątek, 23 grudnia 2016

Świąteczna Inwektywa spod Choinki


Tym, których dopadła trudna rzeczywistość życzę, żeby się w Te Święta narodziła nadzieja, że te splątane sznurki się wkrótce rozsupłają i staną się wstążką na spełnionych marzeniach.
Wszystkim życzę, żeby mieli się o kogo oprzeć, gdy droga wyboista i na krawędzi.
Niech zawsze będzie przy Was ktoś, kto Was kocha jak jasna cholera.
Wesołych Świąt !
b.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

O Jeremi, słowiczy sokole, gdzieżeś Ty, ach gdzieżeś ???!!!


Bez Ciebie jestem tak smutna, jak kondukt w deszczu pod wiatr
Bez Ciebie jestem wyzuta z ochoty całej na świat
Bez Ciebie jestem nieładna bez szansy by zmienić stan
Bez Ciebie jestem bezradna, jak piesek co wypadł z sań
Bez Ciebie jestem za krótka na długą drogę przez świat
Bez Ciebie jestem malutka i wytłuc może mnie grad
Bez Ciebie jestem tak nudna, jak akademie "na cześć"
Bez Ciebie jestem tak trudna, że trudno siebie mnie znieść
Bez Ciebie jestem niepełna, jak czegoś pół albo ćwierć
Bez Ciebie jestem jak w rowie rdzą zżarta stareńka żerdź


Gdziekolwiek jesteś włóż na siebie coś i rusz
Od stołu wstań z urodzin wyjdź, zrezygnuj z dań i przyjdź

Przy Tobie będę pogodna, bo skądbyż smutek mi wiał
Przy Tobie będę podobna urodzie algarvskich skał
Przy Tobie będę upojna, jeżeli idzie o luz
Przy Tobie będę przepiękna urokiem tysiąca muz
Przy Tobie będę subtelna, jak woń łubinu wśród łąk
Przy Tobie będę tak silna, jak siła miliona rąk
Przy Tobie będę artystką od wzruszeń duszy do łez
Przy Tobie będę z umysłu inteligentna jak bies
Przy Tobie w jednej osobie Wenus ja będę, bądź
poetką, divą, natchnieniem...

A z mężczyzn –TY mi tu bądź!

Więc gdzież byś był, Ty, włóż na siebie coś i rusz!
Jeżeliś w śnie - z pościeli wyjdź, przeciągnij się i przyjdź.


b.

Jeremi Przybora ur. 12.12.1915


ps. a algarvskie skały wyglądają O TAK


albo nawet TAK


poniedziałek, 5 grudnia 2016

portret autorki czyli nieokiełznana imaginacja artysty


Nie pisałam nic dotychczas o naszej tegorocznej kartce dla milusińskich. Nie. nie, żebyśmy zarzucili. Takiej tradycji zarzucić się nie da gdyż, już w okolicach lipca dochodzą nas zewsząd, ba, ze wszystkich kontynentów zapytania dźgające pod żebro: a co w tym roku? Nie możemy zaniechać więc tego toposu, któregośmy na własnych piersiach wyhodowali. Zwłaszcza, że. Nierzadko. szczelnie zamknięte drzwi przed komiwojażerami taszczącymi w teczuszce obrabiarkę skrawającą do metalu klient uchyla na hasło „ a czy dostał Pan/Pani/Państwo naszą kartkę świąteczną, tak tak, te z bandą wariatów- ja jestem jednym z nich”. A jak już pchnięci pamięcią kartki uchylą te drzwi, to my im robimy taką prezentację produktu, że choćby nigdy nie planowali skrawać kółek zębatych albo drążyć długich otworów (no ale gdzież tam lufy, no proszę was, jakie tam znowu lufy, chodzi o takie no te, no, chodzi o rury. no właśnie, rury. do zjeżdżania w parku wodnym przecież) to oczy im się zaciekawione roztwierają szerzej, tak szeroko, że antycypują , iż po inwestycji w naszą maszynkę, co zrobi śliczne ping, oni zobaczą, że przychodu
Złotówki jak liście na wietrze czeredą unoszą się całą
Garściami pakują je w kieszeń a resztę taczkami w P.K.O.
A my przecież, oddawszy maszynkę w dobre, wypłacalne ręce, skromnie realizujemy założenia programu odpowiedzialnego rozwoju. No sami widzicie, z kartek nie możemy zrezygnować. Śmichy chichy a tymczasem na naszych barkach stoi odpowiedzialność za ten kraj. No więc w trosce o kontynuujemy tę naszą świe(ck)tną tradycję. Nasz udział w tegorocznym wydarzeniu byłby całkiem prozaiczny i nudny, gdyby nie fakt, dokąd to artysta zechciał nas zaprosić na zdjęcia. Buł Był to dawny postindustrialny teren na Żoliborzu. Jedna brama wjazdowa na nieistniejącej ulicy – zupełnie jak peron 9 i ¾ na stacji Kings Cross w Harrym Potterze. Nawigacja permanentnie wariowała. O dziwo, nasi śląscy serwisanci, przybyli z Katowic jako pierwsi, otrzepali z klap marynarek kurz autostrad i mnąc w ustach camela stwierdzili, że tu cytuję „ale wy tu w stolicy burdel macie”. Ja tam z moimi serwisantami nie zamierzam wchodzić w żaden konflikt, więc tylko wysłałam im uśmiech numer fefnaście i dałam gorącej kawy. Potem w odstępach kilku kwadransów meldowali się na miejscu zbiórki, oczywiście z kilkudziesięciu minutami spóźnienia stoliczni tubylcy kilkukrotnie najprzód rozbiwszy czoło o nieistniejącą bramkę. Wszyscy dotarli z cholerą na ustach. Mi ze zdenerwowania tak drgała powieka lewa, że się makijażystce za nic sztuczna rzęsa przykleić nie chciała. Już, już miałam orzec, że no to w takim razie poproszę o piracką klapkę na oko ale ta klapka nijak nie konweniowała. Nie konweniowała, bo chodziło o zwykłe zdjęcie grupowe, bez żadnych przebieranek. No mówiłam, że nudy. W końcu zamiast sztucznej rzęsy, której brak niebezpiecznie zadrgał podwalinami zdjęcia, wysokie gremium podjęło decyzję, żeby mi tę odklejającą się rzęsę, czyniącą ze mnie ofiarę przemocy domowej, zastąpić pojedynczymi kępkami rzęs. Topszszsz. Nie pytajcie o różnicę. Albo powieka była mniej nerwowa, albo butapren bardziej chwytliwy – udało się. ja w kępach na powiekach, reszta ślicznie upudrowana, brwi uczernione jak u sienkiewiczowskiej Kurcewiczówny aka Izabelli Scorupco i pooooszło. No, trochę było trudno zmieścić na czteroosobowej kanapie jedenaście dorosłych osób wdzięcznie wygibniętych, eksponujących niebotycznie długie kończyny dolne, ponadrozmiarowe biodra (mua) oraz psa artysty fotografa.



Ale się udało. A pierwotny pomysł, entuzjastycznie podjety przez nadprogram ludzkości przekraczającej pojemność kanapy (sześciu dorosłych facetów) , zasiądnięcia na głównie damskich kolanach został szczęśliwie przez artystę fotografa spostponowany. Bo siemu kadr zanadto multiplikuje i nie może twarzy kończynom właściwym przypisać, czyli totalny galimatias i grupa Laokona vel abstrakcja, która nie była w planach bynajmniej. Nadobną nadwyżkę sześciu mężczyzn popędzono więc z kolan koleżanek na podłokietniki i wezgłowia. I wtedy nastąpił ostateczny pstryk. I ten pstryk miał być dopiero zaczynem naszej tegorocznej kartki. Albowiem. poszukując oryginalności (bo prawie wszelkie okołoświąteczne image wszak już były. była ludyczność, były sporty zimowe, byli kolędnicy, było pieczenie pierników) rzuciliśmy się w otchłań i zażyczyliśmy sobie. Tadam tadam. Na drugą stronę idyllicznego grupowego zdjęcia zażyczyliśmy sobie KARYKATURY. I tu dochodzimy do sedna i klu. Nie mieliśmy zupełnie pojęcia co z nami zrobi artysta rysownik. Poszliśmy na całość. poszliśmy w niewiadome i w ciemny las. efekt nas wszystkich zachwycił i zaskoczył. Powstał obrazek w manierze komiksowej. Obejrzawszy, poczułam się jak bohaterka „kapitana Żbika”. Wszyscy tacy podobni a jednak nie tacy sami. Przerysowani. A jakże. ale z ogromną sympatią. Przyjrzałam się swojej karykaturze tysiąc pińcet razy. Wniosek mógł być tylko jeden: artysta-karykaturzysta nie mógł w żaden sposób mnie skarykaturować tak po prostu (rzeczywistość jest już i tak trudna, trudno karykaturowalna). Więc. poszedł artysta w przeciwpołożnym kierunku. On mnie, och jakże subtelnie wysyblimował. Ba. Wypięknił! Ba ba. on zobaczył we mnie to, co sama chcę widzieć. I mimo, że rzeczywistość zdecydowanie odbiega od prawdy czasu i prawdy ekranu trzymam się kurczowo tego karykaturalnego wizerunku. I takiż zamierzam teraz jako oficjalny mój portret upublicznić. E włala:


b

wtorek, 1 listopada 2016

wędrujemy


ponad 16 km przedeptanych po czterech warszawskich nekropoliach. ponad 45 zniczy zapalonych ponad trzydziestu antenatom i znajomym, tym osobistym i tym utkanym z legend i opowieści wydobywanych w listopadzie z mchu, paproci i pajęczyny (nie)pamięci. Podczas wędrówki towarzyszy nam dosłownie i metaforycznie stare indyjskie przysłowie pszczół: kabhi khushi khabie gham. Potrafimy miętko zrzewnieć wspominając w myślach lub na głos, Tych do którychśmy przyszły z wizytą, z sercem pełnym tkliwości, z kurtuazyjnym kwiatkiem i stearynowym zniczem i nagle a niepostrzeżenie wpadamy w chichocik co nas od smuty oddziela i wynosi wyżej, być może Ich bliżej. Słonko raz rozkosznie chlapie wokoło wszelkimi odcieniami ambry i ochry, a raz skrywa się za niskim pułapem, z którego chlapie na nas mżawe deszczydło. I co pan zrobisz? Nic pan nie zrobisz. Się nie zżymamy za nadto, ot tylko tyle co nakazuje słowiańskie malkontenctwo. Bo choćby lało i grzmiało lub choćby skwar i upalność (rozsądnie nie wykluczamy w przyszłości efektów globalnego ocieplenia) wzuwamy kaloszki (może kiedyś sandałki na wskutek g.o.), pakujemy grabki, nabywamy nadobne chryzantemy (może kiedyś, na wskutek g.o. wybujałe storczyki) i wędrujemy tam. Do NICH. Wędrujemy, bo bez tego wędrowania bylibyśmy sami we wszechświecie. Wędrujemy, bo Oni kiedyś wędrowali razem z nami. Znowu wędrujemy razem. Oni po tamtej, my po tej stronie.
b.

środa, 26 października 2016

Z wizytą na oligoceńskim wypiętrzeniu, czyli

ciąg dalszy restaurantweek, a zatem relacja kolejna, tym razem z niedzieli w Indiach/Nepalu/Tybecie, gdzie czekała na nas reinkarnacja w chili suszonym na nasłonecznionym stoku Czomolungmy. Złożyło się tego dnia wprost perfekcyjnie, że przed wizytą w restauracji utopiona byłam cała w lekturze świetnej książki” Podróże psychologiczne przez kultury świata” a w szczególności w rozdziale poświęconym Tybetowi. Napawałam się opowieścią i nastrajałam w nadziei szybkiego zjednoczenia umysłu ślizgającego się nieudolnie po stromych graniach filozofii Himalajów i okołohimalajskiej kuchni. Niestety jeszcze przed posiłkiem dotarłam do opowieści o podniebnych pogrzebach, podczas których poćwiartowane zwłoki porywają z wysokiej półki skalnej wygłodniałe orły. Metafizyczna, tantryczna a jednocześnie niezwykle praktyczna metoda na pozbycie się dziadka bez wydrążania jamy w litej skale i bez kupowania drogiego drewna na spalenie oraz bez nakładów finansowych na nagrobek z lastryko. No ale głód gnał, więc porzuciłam dziadka na skale i pobieżałam ku szczytom Nepalu. Już na wejściu było miło, gdyż żadnych ceregieli z nami nie celebrowano, spojrzano głęboko w oczy i trzecim okiem nas rozpoznano i natychmiast zaprowadzono na pięterko do stoliczka, na którym widniało nasze nazwisko. Naprawdulkę, tak było. Poczuliśmy moc i drgania w meridianach. Do kotleta, tfu, do bombay fanda paneer- shai paneer plumkał subtelnie sitar i skrzypecki i dwa garnki miedziane, potrącane arytmicznie przez instrumentalistkę. Lokal w starej, przedwojennej kamienicy miał swój szczególnych charakter, nie ukrywał swego surowego uroku, nie pretendował do ą/ę. Proste wyposażenie, kilka zdjęć Joko Ono i Lenona oraz innych fascynatów Indiami wisiało na nierówno otynkowanych ścianach. Bo to nie wnętrze kamienicy miało być tu najważniejsze. Nie należało się rozpraszać na dekoracjach lub na jakimś szczególnym stylu. Czuć było, że ważne jest to co na stoliku/talerzu, nie to co wokół. Ważne było przenieść nas do tej szczególnej części Azji używając jako środka transportu naszych kubków smakowych. Dania pojawiały się na stoliku bezszelestnie donoszone przez wpatrzonego w nas obsługującego (jakoś mi nie pasuje kelner) . W miejsce porcelany pojawiły się kute stalowe lub miedziane miseczki i patelenki. Tylko szacunek, oraz strach, że po reinkarnacji w przyszłym życiu wyląduję za ten wyczyn w rynsztoku świata razem z parchatą kozą i jakimś współczesnym idiotą, którego z powodu braku telewizora nie oglądam ale on i tak wyłazi mi z lodówki nie pozwoliły mi „niechcący” zachować sobie tych naczynek na wieczną pamiątkę. Wielość przypraw (nawet zielona kolendra nie psuła, choć normalnie dodana do dań kojarzy mi się z polaniem potrawy płynem do mycia naczyń) dawała nie tylko bogaty smak ale także zwielokrotniała wrażenia sytości. Miseczka ryżu lub wypieczony chlebek naan towarzyszące delhi style chicken curry czyli paście z soczewicy z kuminem i chili, w której utopione są skrawki kurczaka potrafią napełnić po kokardkę, choć patrząc na miseczki wydaje się, że oto uczestniczymy w uczcie na cześć hinduskich krasnali. W krótkim międzyczasie: przystawka-danie główne, z dziką ciekawością obserwowaliśmy tłum hinduskich szerpów wychodzących ze ściany i taszczących na ramionach kosze półproduktów, zupełnie jakby tam było tajemne przejście – wrota do Indii - skąd dostarczano na bieżąco świeże półprodukty na potrzeby warszawskiej kuchni. Drzwi, mimo naocznego macania ściany nie udało nam się zlokalizować, to musiała być przestrzeń nie do objęcia umysłem zachodniej cywilizacji. Sitar plumkał, kubki smakowe wędrowały po himalajskich przełęczach kręcąc w przydrożnych wyimaginowanych świątyniach młynki z mantrą: kiedyś tu wrócę, tu wrócę tu wrócę. Aż zapodano lody masala z kardamonem i imbirem. I wtedy to uniosło mię ponad himalajskie szczyty i dusza ma wędrowała swobodnie jak ptak (zapomnijmy o orle z kawałkiem dziadka) i wysyłała światu znak pokoju, przedpokoju i zapokoju a błogi uśmiech okrążał mi czaszkę mimo uszu. I tego uśmiechu nie starł nawet nasz opiekun, który ze łzą w oku zapowiedział, że niestety nasz czas w siedzibie śniegu dobiega końca. Ulung gratis, za lemoniadę z chrzanem i słone lassi niestety pobieramy, proszę nam wybaczyć. Wybaczylim, w przedwojennym tynku wydrapalim kozikiem TU WRÓCIM. Polecamy. Wierzę, że Mandala Was urzeknie tak jak mnie/nas.
b.

poniedziałek, 24 października 2016

w poszukiwaniu nieznanego smaku

Podjudzeni intensywną akcją reklamową oraz obietnicami doznania rozkoszy zmysłów smaku od słodkiego po umami zapisaliśmy się na zbiorowe żywienie w ramach restaurantweek. Koszt nie wypruł nam portfeli (co już nam powinno dać do pomyślenia, że menu degustacyjne w składzie przystawka, drugie, deser w tej cenie zmieszczą się na średnim spodku) a perspektywa niegotowania w weekend pchła nas w ramiona dwu wybranych restauracji w stolicy. Najsampier jednak z szerokiej oferty należało wykluczyć składniki przez członków – ochotników nie tykane. Jak się okazało we trójkę, choć nie wszyscy razem to samo, potrafimy wyeliminować prawie większość stających w szranki resturantweek jadłodajni. Bo jeśli nie krewetki, nie zupa rybna, nie suszony dorsz, nie kotlet z kolibra i nie haggis i nie limonka tempurze i nie steak (tu zapisy wyczerpały się w poprzednim bodaj stuleciu) to nam się znacząco oferta zawęziła. Krakowskim targiem tu bór tu las, tam nie wlazł a tam wlazł wytypowaliśmy. Dwie restauracje. Ta pierwsza, sobotnia była cała taka paneuropejsko nowoczesna i w swej niebywałej nowoczesności mocno zadufana. Szkło, stal i drewno. Wielkie przestrzenie bez sufitu. Należało do niej nie wejść a wpłynąć dystyngowanie, najlepiej w futrze z bladoróżowej alpaki, w trzynastocentymetrowych szpilkach z krokodylej skórki, owiniętym w Chanel lub Ninę Riczi i nonszalancko rzucić powłóczystym spojrzeniem implikującym natychmiastowe zjawienie się znikąd garderobianego, managera sali, tuzina kelnerów z wodą różaną do umycia opuszków. Żeśmy, jako społeczeństwo bez hrabiowskich paralel nie skapowali kodu. Schludność nasza została natentychmiast oceniona na poziomie waciaka i tak też traktował nas kelner. W pustej, wielkiej restauracji kelnerzy, somelierzy, manadżerzy i inne takie przemykały bezszelestnie wokół naszego stolika ze wzrokiem niewidzącym, a nawet uciekającym. Nie wiadomo czym się zajmowali ale zajęci byli straszliwie. Tu poprawić położenie kieliszka, tam przesunąć talerzyk, ówdzie strzepnąć pyłek z widelca, nostalgicznie spojrzeć w niebo. No męka mówię Wam. Stachanowcy w hucie mają lżejszą robotę. Wszystkie dania podano nam na kremowej porcelanie tak nobliwie, że nie wiedziałam, czy klękać już czy za chwilę. Przystawka była z oczywistego założenia wykwintna a ascetyczna ilość treści pośród dekoracji wzbudziłaby zachwyt każdego wrażliwego minimalisty. Organoleptycznie potwierdziliśmy obecność koziego sera, wywnioskowaliśmy towarzystwo cieniuchno pokrojonej brzoskwini (pamiętacie Kaczora Donalda jak kroił plasterek , tak że był prześwitujący? No. To to było cieńsze) ale już kompresowane jabłko z pudrem z topinambura umkło naszej uwadze. Ja się nie czepiam bynajmniej, na talerzu leżały jakieś wiórki ale pomyślałam, ot wypadek przy pracy – nie domyli talerzy. A tu NIE. Tu leży organiczna część dania, specjalnie dla nas skomponowana i misternie na półmisku rozrzucona fantazyjną ręką mistrza. Potem na talerzach wielkości koła młyńskiego przyniesiono nam przy wtórze anielskich chórów tęsknie na danie główne spoglądających zza ramienia nieobecnego duchem kelnera kotleciki jagnięcę. Na zimnym piure z groszku zielonego, z trzema półksiężycami marchewki i gorącymi strzępkami jarmużu (jarmuż był deliszys, indyd). Dwa. Dwa kotleciki. Jagnięce. Państwo kiedyś na pewno, może w gazecie może w telewizorze widzieli jak wygląda kotlecik jagnięcy. Te dwa okaziątka, gdyby je nieopatrznie przyprószyć mielonym świeżo pieprzem, znikłyby nam pod tą wielgachną pierzyną. Nie wiem czy jest jakieś inne określenie na dwa malutkie kotleciki jagnięce niż namiastka. To musiała być jakaś specjalna rasa jagniąt miniaturowych. Do dzisiaj mi wstyd i smutno. Skłonność ku wegetarianizmowi wzrosła +1000. A kosteczek mimo pokusy nie wyśmoktałam, bo mi się kelner, manager i cała obsada kuchni oraz estyma lokalu przyglądali zza wpółprzymkniętych powiek wielce intensywnie. Zanim skończyliśmy wykwintną konsumpcję tego dania, już się zastanawialiśmy, co kto ma w lodówce i co się z tego da na obiad/ kolację uwarzyć. Bo, że do rana mimo wieczornej godziny, na tym wikcie nie przetrwamy było jasne. Na szczęście doniesiono słodki deser, którego słodycz miała nam zapewnić zasób energii/czytaj cukry kalorycznie niezbędne do pokonania drogi do domu. O deserach to ja się zasadniczo wypowiadać nie powinnam, bo mam o nich generalnie liche mniemanie (cukier jakotaki mi nie wchodzi i go nie pożądam, o ile nie jest cukrem skrobiowym. czyli wchodzą mi kluski, kluseczki, nudelki, pasty, kopytka, pyzy, kładzione i co tam tylko macie w ofercie dnia) o ile nie mówimy o tortach, ptifurkach, serniczkach, tartach, bezikach i magdalenkach Mariana, no ale Marian tymczasem u Królowej Angielskiej i nie piecze i nie dosyła:( Czy Marian mnie słyszy, słyszy mój szloch za czekoladowym browni nadziewanym czekoladą !!!???. Na dnie połyskującej chmurnym niebem przepastnej porcelanowej platery, w otulinie mikroskopowej ilości sorbetu z liczi leżała zielona gałka/gałeczka/gałunieńka o smaku chałwy a dekoracyjna malinka wahała się czy być bohaterem głównym czy jednak drugoplanowym. Klu tej wykwintnej podróży do centrum kulinarnego Świata było wyzwanie skonsumowania deseru BEZ użycia sztućców. Pomyślałam nawet, że o. oto w końcu jest. awangarda, taki myk w bok dla znudzonych konsumpcjonistów. Zagadka. jakieś nawiązanie do literatury, coś w stylu „znajdziesz w domu tego, co powróci wkrótce z Egiptu i nigdy nie jadał na uczcie z płaskiego talerza”. I sobie radź. No ale po kilku minutach wpatrywania się z pytajnikiem w oczach naprzemiennie w deser i w niewidzącego kelnera udało nam się wyjść z tej gry „escape the room” z twarzą i łyżką. doniesioną przez somnambuliczną obsługę z wyrazem: Ochnojejku jejku, bożem zapomniał. Icotakiegowielkiego.pfff tu jest rachuneczek za napoje z w domyśle słanym boltowanymi z podkreślnikiem literami : proszę łaskawie nie zapomnieć uiścić plus 10% dla kelnera. Uiścilim. Obiecalim sobie solennie nigdy, never, ever tam nie wrócić. Ba, nawet naiwnie chętnym nie polecać. Ale odstręczać nie będziemy, no bo w sumie całkiem źle/niesmacznie nie było. choć obsługa zepsowała wszystko co mogła..
Ciąg dalszy, czyli relacja kolejna, tym razem z niedzielnej wizyty, tym razem w Indiach/Nepalu nastąpi. Bo tam czeka na nas, aaach, reinkarnacja w chili suszonym na nasłonecznionym stoku Czomolungmy.
b.