piątek, 11 stycznia 2013

Z motyką jej do twarzy czyli make noise for alaska


jednych uszczęśliwiają diamenty, innych futra z anoraka jeszcze innych spa w błocie. ale jest taki prezent, który w szczególny sposób niesie w sobie mnóstwo zdrowia , moc szczęścia, wiele radości i poczucie satysfakcji. może nie wszyscy o nim marzą ale niektórzy i owszem. dear sister, życzę Ci żebyś kiedyś wytaszczyła z własnego ogródka co najmniej takie plony (najlepszy na intensywną wegetację jest ponoć świeży kurzak).




b.

środa, 9 stycznia 2013

Przewodnik po labiryncie

ja bardzo proszę wszystkich o powstanie i uczczenie minutą zadumanej ciszy wydarzenia na miarę lotu pierwszego kota w kosmos. oto bowiem, po stu osiemdziesięciu dniach próśb do administratora naszego kochanego, wniosków ze zdjęciem, listów z groźbami oraz z kijków z marchewką, po stu osiemdziesięciu dniach konsultacji optymalnego dizajnerskiego wariantu aranżacji przestrzeni - na murze naszego biura, tadam, tadam tadam - chór wznosi w niebo grande crescendo, starsze panie ocierają łzy wzruszenia, dorośli mężczyźni znacząco skubią wąsa i zwijają w trąbkę krawat z podekscytowania, dzieciom z ust wypadają lizaki - na naszym biurze zawisła tabliczka z numerem domu.tadam. i stała się jasność. bo nie zna życia, kto nie służył w marynarce i nie zna wagi sprawy, kto nie próbował nas odnaleźć w gąszczu setki identycznych domków o szczególnie pokrętnej numeracji oszalałego urbanisty. jego bowiem algorytmu rozmieszczenia numeracji ulic i domów nie rozgryzłyby najtęższe umysły świata. wszyscy nas odwiedzający od listonosza począwszy, poprzez kurierów, dostawcy pizz, stolarzy, taksówkarzy, klientów aż po niedoszłego premiera wszyscy oni zawsze zbłądzali w labiryncie uliczek w poszukiwaniu właściwego adresu poczem stanąwszy na najbliższym rozdrożu dzwonili do nas po pomoc w lokalizacji gdyż trzeci dzień już krążą w tym osedlowym chaosie a tu ni drogi ni kurhanu. no więc teraz już mamy oznaczony kurhan. naprawdę dech nam zaparło gdyśmy na ścianie naszego budynku odkryli tabliczkę identyfikującą nas na mapie świata. zatchnięcie nasze spotęgował fakt, że tabliczka wisi pod pewnym kątem. ale zapewniam, stosowne i prawie niebolesne przechylenie głowy wraz z oczami omalże zupełnie niweluje efekt skosu. a teraz czekamy na inspekcję ojca-dyrektora. i jeśli trzeba będzie, prędzej podkopiemy fundamenty domu by wypoziomować tabliczkę zgodnie z horyzontem niż weszczniemy procedurę reklamacyjną u naszego administratora kochanego.

b.

wtorek, 1 stycznia 2013

2013 pierwsze impresje



1.powiedzieć o korbie*, że ma nadpobudliwe adhd to jakby o misiu polarnym powiedzieć, że jest trochę podobny do pelikana. ona musi być nawiedzona.

2.bułę z wurstem (owiniętą celofanem, parzącą język kapiącą musztardą i keczupem) na sylwestrowym przyjęciu ogłaszam kulinarnym odkryciem roku. duże mlask.

3.noworoczny spacer po lesie przypomina próbę trawestacji pod górę bobslejowej rynny.



4.dwie królewny śpią dwa razy dłużej niż jedna :)


b.

korba – kilkumiesięczna bokserka alaskich

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Dopóty dzban dosiego roku





i oto nadejszła ta wiekopomna chwila, że mojemu stareńkiemu imbryczku odpadł był dziubek. wysłużony dzbanek był niezwykle taktowny i zgubił dziubek podczas zmywania. z faktu tego wyciągam niespiesznie kilka ważnych wniosków na nadchodzący czas. „częste mycie skraca życie” nie jest tu konkluzją dominującą bynajmniej. nadchodzi czas zmian. bo. z dziurawego imbryczka i salomon nie naleje.

niech Wasze imbryki w Nowym Roku będą zawsze pełne wyśmienitej jakości

DOSIEGO :)


b.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Oczywiście, że WESOŁYCH ŚWIĄT !


roman pachnie lasem. większość igieł z przewożonego świerka została w aucie. w zasadzie mogłam go tam zostawić, donieść bombki i mieć w tym roku choinkę mobilną.
niedostatki igliwia na gałązkach oplotłam w domu złotemi łańcuchy i podtrzymuję temperaturę optymalną dla powstrzymania nadpobudliwego opadania igieł tj. 15st. C. uprzedzam, trochę trudno kroi się śledzia w wełnianych rękawiczkach. ale za to z jaką przyjemnością zawisam nad perkocącą kupuchą z grzybami i bulgocącym saganem kompotu na wędzonych śliwkach.





Życzę Wam, aby w te Święta wyrosły Wam skrzydła i uniosły Was nieco nad ziemię i pomogły dotrzeć tam dokąd chcecie. A jeśli trzeba tupnąć i ofuknąć niesforny świat, niech Wam wyrosną też raciczki.



b.

czwartek, 6 grudnia 2012

Nafciarka


jeśli ktoś z Was zechciałby wziąć do ręki deskę (bez sęku!) i mnie dobić proszszsz bardzo. o niczem innem nie marzę. czas tak mi ostatnio, ekskuzemła, tak zapiernicza jakbym się poruszała trzecią prędkością kosmiczną i tylko patrzeć jak fiuuuu opuszczę układ słoneczny. i bynajmniej nie chodzi o to, że śmigam jak przypalany rozgrzanym pogrzebaczem meteor w trymiga załatwiając wszystkie tudu. binajmniej. swiat wokół mnie śmiga samodzielnie z rozgwizdem a ja stoję w bezradnym rozkroku i wytrzeszczonymi oczami pytam aleosochodzi? gdzie jestem? dokąd kurna zmierzam? gdzie moje domowe paputki? kiedy, i czemu nie wczoraj, było lato i piasek i morze? kto zjadł moją zupę kalafiorową? i czy ja byłam z pieskiem czy bez pieska ? jest tak, że zdecydowanie bezpieczniej czułabym się w bębnie wirującej pralki. tymczasem znalazłam się niewiadomo jak niewiadomo poco w bębnie maszyny losującej przydział do wariatkowa. zwał, nawał i zawał. nie ogarniam już żadnej, nawet najmniejszej kuwetki. mam świdrujący oczopląs i rozbieżnego zeza z powodu wielorakich punktów niezbędnego skupienia. pod przykrywką dawno zetlałego optymizmu pod nosem nucę sobie: ja Wam mówię jest dobrze, jest dobrze ale nienajgorzej jest. choć w natłoku ostatnich zdarzeń i napięć skłaniam się ku Makbetowi, iż życie jest powieścią idioty. no ale. nicto. byle do karpia. karp potrafi wygładzić zabrużdżone czoło. tymczasem zawodowo rzuciło nas znowu we wir świątecznej kartki dla naszych klientów/dostawców (czytaj chlebodawców, czasem ze zjełczałą omastą a czasem ze spyrką). idea tegoroczna jest niezwykle odważna i pozbawiona jednoznacznych i oczywistych świątecznych imponderabiliów (aczkolwiek nie poszliśmy tak daleko w awangardę jak ci z Brukseli, którzy wystawili w miejsce choinki świetlną iluminację sześcianów podobną do niczego). nad brakiem tradycyjnego wizerunku postaci nobliwych w strojach staropolskich pod rozłożystą choiną część firmy utysknęła i z żalu kazała sobie rwać zęby na znak protestu. ponieważ jednak w firmie ograniczono zgubne wpływy demokratyczne wypychając na przód wolę absolutystycznego prezesa, poszedł w obieg okólnik i każden się musiał dostosować. w myśl idei przewodniej przebraliśmy się więc wszyscy za przedstawicieli branż, które inwestują w nasze produkty. mieliśmy zatem górnika z piórkiem kogucim, marynarza z fajeczką, lotnika z goglami, kolejarza z lizakiem , rajdowca z opną i ludzika michellę – czyli mnie. i tu pozwolę sobie na bardzo osobisty oraz serdeczny wyraz wdzięczności dla Jacka, dzięki którego przychylności oraz kombinezonowi (nadmieńmy dla potomności i z całym szacunkiem dla J., że troszkę się utopiłam w rozmiarze) , kaskowi (z takim logo firmy co wiecie, nie mogę powiedzieć na głos),gumofilcom i hamerykańskiemu kanistrowi zabłysłam na planie zdjęciowym niczym industrialna Rita Hayworth. bo. trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Wiedziałam cija bowiem, że z naszą przecudną (seriously przepiękną) stewardessą ni się mi mierzyć. ale. przecież. always look at the bright side of life. i jeśli skoro nie mogę być stewardessą (pffff) , to zawsze mogę być współczesnym Łukasiewiczem (Janem Józefem Ignacym. Olgierd to zupełnie inny film) czyli nafciarką (nie, nie nie – nie hafciarką). i tak to naszą tegoroczną kartką zapiszę się w historycznych annałach ojczystego przemysłu wydobywczego. for ever i hope.




a teraz idę spać, bo mam w obfitym zanadrzu kilkaset nadgodzin do odrobienia.
b.

ps. przyniesione w celach fotograficznych na sesję zdjęciową tegoroczne, przez piekielnie zdolne koleżanki A.D.J.M. oraz Starszą Panią misternie dekorowane perłami, wielobarwnym lukrem i krokantem orzechowym pierniczki (osoby mające stosowną w temacie wiedzę wstawiają w to miejsce emotikony najpierw zachwytu, grozy i oburzenia ) najpierw wzbudziły dziki zachwyt (no ba! ) poczem zostały brutalnie zeżarte. troszku mi szkoda. ale. wszak. przez fundus ventriculi do sławy !
b.

sobota, 24 listopada 2012

z pamiętnika czytelnika


otóż. wiedząc, że będę jechać jednego dnia na trasie Katowice-Warszawa-Katowice bardzo starannie przygotowałam sobie lekturę. w tamtę stronę inną i na powrót inną. bardzo inną. w przedziale pełnym pracowników pewnego ministerstwa, co lewym uchem podsłuchałam bezwiednie, wyciągnęłam w pociągu relacji W-wa-Katowice segregator z kolorowymi rysunkami frezów obwiedniowych i zatopiłam się w wiedzy merytorycznej przed ważkim spotkaniem ze specjalistami, którym moją wiedzą mogłam ewentualnie powycierać mokasyny. będąc jednak niemłodą adeptką w branży jakoś tę swoją mikrą wiedzę przekazałam na spotkaniu bez jednoznacznego blamażu. z pewnym zresztą nieoczekiwanym zdziwieniem, że równie dobrze można gadać o pogodzie jak o stali proszkowej lub azotku tytanu. no topsz. nie zjedli mnie, choć mogli. w drodze powrotnej postanowiłam oddać się świeżo nabytej Literaturze. a raczej, jak się niebawem okazało, literaturze. bite trzy godziny koszmarnej udręki, flaków wywalonych prosto z trzewi, bluzgów, przekleństw i debilnych rozterek. przysięgam, jak nigdy dotąd gotowam była każdą przeczytaną stronę wydrzeć z książki i porwać na drobniutkie strzępki, żeby nikt nigdy już tego czytać nie musiał. z każdym rozdziałam rósł we mnie wstręt, szok i niepohamowane obrzydzenie. choć. jednak. mimo wszystko. walczyłam. przekonana, że przecież autor utaił tu jakieś głębokie przesłanie i tylko mój pensjonarski umysł nie potrafi do niego dotrzeć. autorowi dałam szansę. lekturę skończyłam. głębia mych przemyśleń na temat nie sięgnęła grubości włosa. pomyślałam, że oto zetknęłam się z jakimś dziełem genialnym i gdzie mi tam pojąć o co w ogóle chodzi. gdy siedząca obok mnie współpasażerka poprosiła o polecenie tej książki, gdyż widziała z jakim zaparciem (to fakt, z prawdziwym zaparciem) czytałam przez trzy godziny, nagle i dla niej nieoczekiwanie odparłam, że nigdy w życiu. nigdy jej tej lektury nie polecę i w ogóle nikomu gdyż to jest takie... takie ... niestrawne ? okropne? bełkotliwe? beznadziejne? pani wydała się baaaardzo skonsternowana ale nie nalegała. ja natomiast poczułam, bodajże pierwszy raz w życiu, że przeczytałam coś literacko naprawdę okropnego. i bardzo mi z tym było źle. słowo pisane w książkach otaczam a priori czcią i szacunkiem. książka może mi się nie podobać. wydawać błaha, licha, nieciekawa. ale budzić taki wstręt i odrazę – takiego doświadczenia jeszcze nie miałam. strapiłam się więc wielce myśląc w pierwszym rzędzie, że to ze mną, nie z tą książką jest coś nie tak. prawie się pogodziłam z tym, że tkwi we mnie jakaś ułomność, która nie pozwala się napawać lekturą. do czasu. gdy przeczytałam fragment najnowszej książki Waldemara Łysiaka poświęcony literaturze polskiej pt. „KARAWANa LITERATURY”. duża część dywagacji pozostała dla mnie nieco niezrozumiała. i wcale nie godzę się z opinią autora, że współczesna literatura polska dzieli się na li i jedynie popową (płytką) i (pseudo) awangardową (czyli niby taką z psuedo-głębią i psuedo-wieloznacznością). w każdym bądź razie w pewnym momencie W.Ł. przytoczył na obronę swojej tezy opinię. wprawdzie o opiniodawcy W.Ł. wypowiedział się raczej z charakterystyczną dla swoich przekonań dezaprobatą, jednak ta opinia w punkt trafiła w moje przekonania. zwłaszcza, że autorem opinii jest mój ulubiony Piotr Kofta. napisał on m.in. coś, co w stu procentach odzwierciedla moje odczucia po lekturze na trasie magistrali węglowej, choć tyczy się zupełnie innej książki tegoż samego autora:
„... okazało się, że sama sława nie wystarczy do napisania przyzwoitej prozy, o czym najboleśniej przekonał się Sławomir Shuty wydając absolutnie niestrawną powieść „Ruchy” (w mojej wersji „Jaszczur”) - bełkotliwą..., rzecz nieporadną językowo i pustą jak wydmuszka...”

W dodatku W.Ł. zechciał przytoczyć też opinię kolejnego mojego ulubionego, a przez siebie raczej nie lubianego, autora tj. Jerzego Pilcha , który o literackich współczesnych eksperymentach pełnych postmodernistycznej nowatorskiej głębi i wieloznaczności wypowiedział się tak oto:
„...liczni współcześni pisarze polscy uważają, że owszem, ich dzieła są niezmiernie, a przynajmniej wystarczająco gęste, wieloznaczne, zagadkowe i ciemne, tylko płytka krytyka tych walorów nie jest w stanie zauważyć i docenić”

tym samym czuję się rozgrzeszona z mojej awersji i nietolerancji kolejowej lektury.

wysłuchałam dziś kilku piosenek Jaromira Nohavicy z Jego najnowszej płyty. tu język czeski ni śmieszny ni tak znowu łatwy do zrozumienia . a jednak. wzruszyły mnie i poruszyły wielce te tylko w ułamku procenta zrozumiałe przeze mnie teksty. nie mówiąc o ślicznym brzmieniu akordeonu. świat jest dziwny. dobrze, że na jednego Pana Shuty przypada jeden Pan Nohavica.

b.