wtorek, 4 października 2016

Ciąg dalszy następuje, aż mi ktoś w końcu zabierze mirofon

Bardzo przepraszam, że/jeśli moja relacja jest tknięta chaosem niczym nasza kajuta na jachcie ale podwyższony stan zachwytu nadal zawiesza mi chronologię na kołku i nie pozwala na uporządkowanie, gdyż klucz do tego uporządkowania leży gdzieś na dnie Adriatyku razem ze skradzionym mi sercem. Weszłam na pokład bez żadnych oczekiwań, bez żadnych przygotowań (z wyjątkiem pastylek na chorobę morską, która się mnie nie imła tym razem, być może z powodu braku podmuchliwego bora) i natychmiast poczułam, że to mogłoby być moje miejsce na ziemi. yyy na morzu znaczy. Rozmiar soczewek kontaktowych okazał się zbyt mały, by objąć naraz fascynację, ekscytację, urzeczenie i uciechę w stopniu prowadzącym do euforycznego upojenia skutkującego radosnym wytrzeszczem gałek. Wszystko mi się podobało i wszystkiego chciałam dotknąć : szmaragdowej wody, śliskiej cumy, steru, dyndających odbojników, chybotliwej kuchenki, napiętego szpringa, no i ten tego, kapitana. Kapitana mieliśmy fantastycznego, cumował jak czarodziej poruszając się po pokładzie ze zwinnością morskiej jaszczurki, po prostu przenikał przestrzeń jakby go nie dotyczyła grawitacja. I był uosobieniem nieziemskiego spokoju. W najbardziej newralgicznym momencie, gdy jeden z załogantów intensywnie, choć niezamierzenie pierniczył cumowanie, kapitan napiął żyłki na skroni i zaklął szeptem siarczyście „kurcze, nie tak”. pozatym dawał mi trzymać ster i manewrować. Yupi! Na silniku manewruje się zupełnie tak jak samochodem (tylko reakcja jednostki pływającej jest nieco opóźniona więc trzeba lewy kurs kontrować prawym i na odwyrtkę znowu kontrować prawy kurs lewym co w sumie jest fajne o ile załoga nie jest NIECO zniecierpliwiona początkującym majtkiem) więc izi pizi lejmon skłizi (no bo ale że co, że trochę zbaczałam z kursu, weź i jedź człowieku ulicą szeroką jak ziemia , bez pasów i pobocza podczas gdy obrany gdzieś w oddali cel lata ci przed dziobem jak rozhuśtana piniata) . sterowanie na żaglach (zwłaszcza na motylu) O! to jest już wyższy stopień wtajemniczenia i głębokiej empatii z wiatrem. Nie omieszkałam próbować, wypatrując właściwego położenia wstążek na żaglu co raz wybrzuszając żagiel a co raz (niestety częściej) go smętnie łopocąc w zwisie bezwietrznym. Generalnie prawie cały czas mieliśmy tzw. mordewind, któren dmie w twarz i choćbyś się nie wiem jak wytężał to nie udźwignie żeglowania, no chyba że się chce płynąć tyłem czyli na wstecznym (duuuża rzadkość) lub no chyba, że się halsuje. Halsowanie jest strasznie fajne (miota człowiekiem pod ostrym kątem i wywala ze zlewu czajniki) ino zamiast prostą drogą do celu zygzakuje się z łaskawym wiatrem a tymczasem cel miast się przybliżać robi nam zygu-zygu marcheweczkę a cała załoga, cała gotowa dobić chybcikiem do brzegu tęsknie wygląda baksztga lub co najmniej fordewinda, znaczy wiatru, który w końcu przestanie wiać w mordę a zacznie wiać w dupę (przprszm ale to określenie kapitana) i pozwoli wpaść w ramiona mariny bądź jakiegobądź portu. Mię się tam nie spieszyło zbytnio. Mogłabym sobie tak płynąć z mordewindem całe życie. no ale pęcherze mają swoje prawa. Obsmarkana z radości sterowania trwałam sobie cija z zapałem wariata przy kierownicy nawet wówczas (a był to piąty bodajże dzień jachtingu) gdym się zorientowała, że większość załogi (wyłączając wspierającego szwagra) czekała na takiego morskiego greenhorna-jelenia jak ja, któren przytrzymie ster podczas gdy załoganci oddawać się będą luzowaniu i relaksowi oblegając nasłoneczniony dziób lub zlegając w miękkim pontonie. Dlatego dobrze jest na każdy rejs zabrać ze sobą debiutanta-abderytę, który przy braku wiatru trwać będzie przy sterze z zapałem godnym fedrowania złotych samorodków. Gdy siła wiatru spadała do nieobyczajnego zera w skali Beauforta a cicha flauta wygładzała tafle morza jak lustro weneckie należało powrócić do pchania jachtu silnikiem. Silnik ma te dodatkowe zalety, że prócz pchania wprost do portu wabi delfiny, które chyba lubią ten podmorski warkot (no bo przecież nie te okrutne spaliny) i skaczą sobie w niedalekiej odległości jachtu ukazując połyskliwym grzbietem swoje ukontentowanie. Zdjęcia delfinów nie ma, bo mi było szkoda czasu na latanie po zabarłożonej kajucie w poszukiwaniu sprzętu fotograficznego, któren najprawdopodobniej i tak był naonczas martwy gdyż albowiem największą bolączką rejsu był mi dotkliwy brak ładowania sprzętów wszelakich. Obecna na jachcie sieć pokładowa 12 Volt wymagająca stosownych przedłużek/wtyczek USB/ czegobądź o czym nie mam fioletowego pojęcia odcinały mnie od czasu do czasu (od Mariny do Mariny) od możliwości bieżącej dokumentacji fotograficznej i bieżących kontaktów ze światem za pomocą fal radiowych (zero Boeuforta, zero voltów w baterii aparatu, zero mocy w telefonie – jak flauta to flauta po całości). A prehistoryczny telefon szwagra, co ma dwa klawisze na krzyż działał i działał i działał. Ja zaś moimi srajfonami mogłam sobie po gładzi morskiej puszczać kaczki. W przeciwieństwie do mnie, zamustrowana na jachcie młodzież w nanosekundę i w trymiga zorientowała się jak, czym i kiedy ładować swojej androidy i zasysać wifi na potrzeby oglądania filmów bynajmniej nie z Chorwacji. Brawo zuchy. Temczasem zapisuję na zaś – zanabyć powerbanka cokolwiek by to miało być. No dobrze, na dzisiaj chyba kończymy. I tak jest lwem morskim, kto dotrwał aż do tutaj. A mnie ciągle ciary zachwytu przez grzbiet smyrgają, choć być może dla wielu to glon powszedni. Nie dla mnie bynajmniej, jeszcze długo nie. a o trasie rejsu opowiem, gdy mię się w końcu otworzy plik od kapitana (ach, kapitana :), któren przesłał nam plik profesjonalny na bazie gps’a z godzinami wejść i wyjść z portów. Bo mnie się już muli kiedyśmy my w Dubrowniku a kiedy w Suduradzie i na Korculi byli.
A dla spragnionych zdjęć : dzika koza na Suduradzie (nasz pierwszy port po nocnym rejsie ze Splitu) godzina 6:53, po nocnej wachcie!

b.

poniedziałek, 3 października 2016

Najsampierw logistyka jachtowa, czyli jak i kiedy


Gdy zobaczyłam pierwszy raz rozchybotany trap łączący nabrzeże z jachtem, na który innej drogi – czytaj schodków z mosiężną balustradą – ku memu niezmierzonemu rozczarowaniu nie było, powzięłam myśl, że oto, no cóż i no topsz, poczekam cija sobie w tym Splicie aż oni wrócą z rejsu, no bo przecież nie wlizę tam za żadne pirackie skarby.
A jeśli wlizę, to nie wylezę bez wpadnięcia we wodę miedzy cumownicze liny. a zaraz potem okazało się, że pfff i wlizę i wlezę pod każdym kątem z dzioba, z rufy oraz bez trapu skacząc przez burtę na średniowieczny bruk Trogiru dwutaktem koszykarskim przez relingi z kubkiem kawy w dłoni. Siła przyciągania mariny z toy-toyem i prysznicem po nocnej wachcie i kąpieli w Adriatyku osadzającej na ciele grubą warstwę soli potrafi zmobilizować największego cykora do działania. Na jachcie były dwie łazienki. Umywalki dawały się obsłużyć bezproblemowo za to sedes potrafił oddać więcej niż dostał a skomplikowany system pompowania przerósł najsroższe hydrauliczne umysły załogi, która wraz z pokonanymi na morzu milami miała coraz większe oczy tęsknie wypatrujące na wyspach międzynarodowego skrótu WC. I tym się głównie kierowaliśmy żeglując po bezkresie wód słonych wśród chorwackich wysp. Powiedzmy to otwarcie. Kierowaliśmy się poszukiwaniem toalety na Adriatyku. Co nam w sumie wyszło na dobre gdyż malutkie porty rybackie, do których przybijaliśmy gdy oczy zaczynały być nad miarę wypukłe, już nie jak spodki lecz jak salaterki, były niezwykle urokliwe, także ze względu na opłaty portowe zdecydowanie niższe niż w wypasionych marinach ACI. Oczywiście, o ile zacumowaliśmy rufą lub dziobem. Bo za burtę, czyli wzdłuż nabrzeża łoili jak za zboże lub za ośmiorniczki. Uwaga używam teraz nomenklatury: rufą lub dziobem cumuje się przy pomocy muringów czyli liny tonącej , której jeden koniec zamocowany jest do nabrzeża, a drugi do zatopionego w wodzie obciążenia. Mimo mych niezwykłych wysiłków w dorozumieniu sytuacji i wytrzeszczonych ciekawością ócz, nic z tego nie zrozumiałam poza tym, że nagle kolega latał jak opętany po obu burtach jednocześnie z takim drągiem do odławiania liny, bosakiem zwanym, a zaraz potem szczęśliwie zawisał trap, i całą załogą szturmowaliśmy nabrzeże w pierwszej kolejności bynajmniej nie w poszukiwaniu cudów architektury, o ile nie skrywały one były upragnionego przybytku, któren po kilkunastu godzinach żeglowania jawił się nam niczem jaskinia złotem runem obrośnięta. A jeśli akurat cumowaliśmy po nocnym rejsie to uwolnieni z nocnej wachty mogli się napawać po kokardkę brzaskiem podnoszącym się znad wysp i wschodzącym na bezchmurnym niebie słońcem, które łaskawie zabierało nocną wilgoć ze śliskiego pokładu. Załoga uraczona urodą świtu wpadała w katatoniczne kołysanie, z którego wyrwać ją mogła jedynie solidna dawka strawy już zupełnie nie duchowej. W pustej jeszcze mesie gęstniało od koncentracji soków trawiennych gotowych pochłonąć stado koni z kopytami. I następowało natchnione oczekiwanie na cudowne spłynięcie śniadania na inkrustowany ościami z halibuta stół. No i śniadanie spływało,

choć cud polegał głównie na tym, że i załoga i góry jedzenia mieściły się na niewielkiej przestrzeni przecząc prawu skończonej pojemności mesy. A żeglarze potrafią zjeść. Do teraz jeszcze nie odgadłam zagadki, jakim cudem na standardowym jachcie zmieściło się tyle jedzenia, że można by nim skarmić nadkomplet w stołówce na Queen Mary.
Po psiej wachcie od 3 a.m. do 6 a.m., po wślepianiu się w granat morza i nocy okraszonej bezlikiem gwiazd człowiek o niczem innem nie marzy niż, zrobić śniadanie dla tych co się wyspali, prawda. Ykhm. Z powodu permanentnego niedospania (owszem miło kołysze, wdzięcznie chlupoce ale mój sen pozostał na splickim nabrzeżu) pewnego razu odpadłam z rzeczywistości jak kawka odbita od ekranu dźwiękoszczelnego. odpadłam o godzinie 10:30 legnąc płaskim plackiem w kajucie, której rozmiar przypomina nader wąski składzik na kije do golfa. o porządek w kajucie dbaliśmy ze współspaczem ( 2,10 wzrostu, rozpostarcie ramion przekracza zdecydowanie szerokość jachtu ) na tyle coby nam miejsca na mrugnięciem okiem przed snem starczyło. Wzorcowa kajuta wygląda mniej więcej tak


Albo tak



Nasza generalnie odbiegła nieco od tego standardu. Dla opisu stanu rzeczywistego udatnie pasują określenia z podzbioru wartościującego ujemnie czyli: burdel, bajzel, harmider, chaos i kipisz do potęgi.


Dwa razy nie znalazłam pidżamki, trzy razy zgubiłam kontaktowe soczewki, co noc przywierałam na płask do ściany kajuty coby nie drażnić współspacza, który robił to samo na wskutek czego co rano wyglądaliśmy jak niedospane zombi a ścianki kajuty były coraz bardziej wklęsłe. Za to poranek na morzu zniwecza wszelkie niedogodności.


Wartało było mówię Wam.cdn. być może/morze:)
b.

niedziela, 2 października 2016

Bujanie Jadranu


z jachtu zeszłam 24 h nazad ale glob pod stopami buja nadal. błędnik zalicza bezpłatną pamiątkę po żeglowaniu. więcej, jak się w końcu wyśpię (nocne wachty i bezzsen emocjonalny zrobiły mi z kilku nocy jesień średniowiecza). ALE. było cudniej niż bym była wymarzyła :)
jak dorosnę, będę żeglarzem!
b.

czwartek, 5 maja 2016

O wpływie skarpet na utratę poczucia tożsamości z homo sapiens czyli od czapy intermezzo w postów braku

W sposób najbardziej prozaiczny wymieniłam wczoraj w pobliskim dyskoncie bilety narodowego banku na różowe wino ( konweniuje z moimi podokiennymi bujnie zakwitłymi tulipany tą ręką w grunt wsadzonymi przeszłej jesieni) i podkolanówki (wiosna podskakuje ponad 20 st. C więc czas zastąpić barchany jakimś półśrodkiem). Dziś bladym świtem, wyrwana z piernat poranną kawalkadą ptaszyn wyjących mi od jakiegoś czasu w okno swoje poranne trele godowe (te łajzy zaczynają swoje „ajlowju tumibądź, dam ci jajo szczerozłote, aa”o 3:57 gdy się mi najlepiej śni a kończą koncert „gupia gęś, jutro se na pewno jakąś przygrucham” o 6:25 gdy zagłusza je budzik) wzułam na stopy nowy nabytek, czyli nowe podkolanówki. Wzułam, stanęłam stuporem zdjęta, i zrozumiałam, że mój czas tu i teraz już bezpowrotnie minął. Że nie ogarniam. Że oto mam do czynienia z dalece wyższą inteligencją niż moje świata pojmowanie. Że czas oddać się do muzeum etnografii i antropologii, zawisnąć w witrynie „ endemit tarchomiński - wstępne badania wskazują na duże i rychłe prawdopodobieństwo wyginięcia z powodu daleko posuniętej niekompatybilności z rzeczywistością. Trwają badania i ryzyko zarażenia nie jest wykluczone dlatego uprasza się zwiedzających o niemacanie”. No bo skoro człowiek nie rozumie własnych podkolanówek, to jak ma zrozumieć cośkolwiek innego. Nie odnajdę się w tym świecie już nigdy. Moja jakotaka inteligencja nie ogarnia. Podkolanówki bowiem były : BEZ PALCÓW!!! ŁAJ!!!??? ŁOT FOR!!!???!!! Najsampierw pomyślałam, że no jakaś pomyłka w produkcji. Że bubel. Że się im maszyna zepsowała i zrobiła a kuku – teraz mamy rurę na durś i co mi zrobisz. Ale nie. Wyszarpałam z kosza na śmieci opakowanie ubabrane nieco jeno obierkami buraka a tam stoi jak byk, że nabyłam oto w atrakcyjnej cenie „super open toe knee highs x 2”. w gugiela wrzuciłam memu nie ufając angielskiemu. A gugiel mówi, że dontłory: ma pani dwie pary skarpet bez palców niech się pani cieszy. No więc informuję, że się jednak wbrew opakowania przesłaniu nie cieszę, takoż stopy moje w ten dziurawy wynalazek ogacone wołają do mnie „idyjotka”. W związku z powyższym bardzo proszę , niech mi już kustosz wyrychtuje jednak tę muzealną witrynkę i proszę w opisie eksponatu wyboldować zakaz macania (stóp w skarpetę nieodzianych zwłaszcza).
b.

sobota, 9 kwietnia 2016

O pączkach bez cukru i zupie bez sensu


Na jutrzejszy rodzinny obiad, z uwagi na pewne okoliczności przyrody, postanowiłam uwarzyć coś specjalnie bezmięsnego (wiem Droga Matko, zjadłabyś gicz cielęcą nadziewaną wołowiną i polaną skwarkami, i flaki i pęto kiełbasy dobrze obsuszonej. Ale. będą ersace. I proszę mi tu nie mruczeć Ersac, cholera, nie życie) . tak więc tymczasem ( no bo robię sobie przecież okolicznościowe wyjątki dla tych fikuśnych hamburgerów średnio wysmażonych podawanych na ul. Ząbkowskiej. A! i trzeba tam wrócić na t-bone steak!) kuchnia wegetariańska w natarciu. Drugie danie zrobi się przed nadejściem kohorty w try-mi-ga (recepta mówi: wrzuć na patelnię posiekane kłącze, potrząśnij, dodaj sos terajaki i wuala – no to się przecież nie będę stresować, prawda) ale zupa wymagała uprzedniego przygotowania. Skrupulatnie niczym początkujący aptekarz dodawałam, odmierzone uprzednio na szalce Petriego ingrediencje. Następnie zawartość gara w którym ilość przypraw zdecydowanie prześcignęła ilość składników bazowych zblendowałam i poszłam na wał, bo choć bryndzowato, wietrznie i zimno, to jednak wiosna kusi. Na wale trwa aktualnie z góry skazane na przegraną smuty pozimowej przesilenie: nobliwa, stonowana i introwertyczna szarość vs. bezczelna, niepohamowana i ekstrawertyczna zieloność szumiąca na wietrze hasłem: to idzie młodość, młodość, młodość i niech mnie szarość cmoknie tam, gdzie sięgnie.






Powróciwszy ze spaceru z zamiarem nicnierobienia potknęłam się w kuchni o gar zupy i zupełnie znienacka mając w ręku warząchew postanowiłam dokonać degustacji ad hoc. Warząchew zanurzona w garze syknęła, puściła kłąb dymu i uległa rozszczepieniu na cząstki dla oka niewidoczne. Stalowy gar wydał się mi jakoś bardziej przeźroczysty i w kształcie półpłynny. Zanurzyłam weń łyżkę srebrną w celu zaczerpnięcia konsumpcji. Łyżka się nieco wygła, ale że to stare srebro rodowe, nie znikła jak drewniana kopyść. Organoleptyczny test wypalił mi wszystkie plomby do trzeciego pokolenia wstecz, zrobił mi piling jamy ustnej na zawsze (oby) pochłaniając problematyczne migdałki oraz zdarł mi szkliwo z zębów przednich (mniemam, że z tylnich takoż, ale się mi lusterko łazienkowe w otworze gębowym nie mieści, więc pewności nie mam). generalnie po odbytej degustacji uważam, że przypadkiem uwarzyłam cudowny ekologiczny środek do czyszczenia wszelkiej maści długoletnich zacieków, śniedzi i erozji. No. Ale goście niekoniecznie oczekują flaszki detergentu w miejsce miski z zupą. Musiałam więc poczynić działania w celu neutralizacji substancji. Nie mogę jeszcze zdradzić jak (rodzina czasem tu jednak zagląda), ale po trzeciej próbie zupa przestała rozpuszczać durszlak a wrzucony do gara na próbę ziemniak przestał się w sekundę zmieniać w osmoloną frytkę. Ale jeśli jednak, jakoś, cudem, przychylnością i kindersztubą nie pozwalającą rzucać mięsem w kucharza-gospodarza przeżyją tę zupę, to już planowany Deser z kaszy gryczanej może się jednak okazać gwoździem do mojej wegetariańskiej i bezcukrowej trumny. Oraz wieczystą, rodzinną anatemą. O czym Wam doniosę. O ile nie poniesie ich szał hipoglikemii.
b.

sobota, 26 marca 2016

Ovum - reaktywacja !


Taki widok:
Latam cija na szmacie po maminym kwadracie a tu nagle puzon rżnie walczyka a rytm wybijany na blaszanym bębnie drży szybami na siódmym piętrze. naprawdę. XXI w. A tu orkiestra podwórkowa przygrywa skocznego begina, panowie w kaszkiecikach fałszują ale tak od serca. No to poleciało owinięte w sentyment 5 zł za krzewienie tradycji. Tuż obok ktoś trzepał dywan. Dywanu trzepanego na trzepaku (dla dzieci: to taki relikt z przeszłości, archetyp dzisiejszej yyy bojawiem kawiarenki internetowej?) nie widziałam już wieki. Wiadomo- dziś przychodzi pan z kercherem, odessa, roztocza w płynie pachnącym wypłucze a trzepak samotny i opuszczony, czasem na nim przysiedą wrony. chlip. No naprawdę, żeby człowieka roztkliwił empatycznie trzepak. Ale nicto.
Życzę Wam Radosnych Świąt w gronie dobrych i serdecznych ludzi !
A podobno naukowcy odkryli, że jajo już nie jest be tylko całe jest cacy. Do jaj więc, do jaj Rodacy!




b.

wtorek, 1 marca 2016

Śląskich peregrynacji echo



Myślałam, że nie ma takiego miejsca na świecie, które miałoby więcej schodów niż Lizbona. Błąd! Wystarczy wsiąść do pociągu (nie) bylejakiego (no bo to jednak piendolino) i dać się powieźć na Śląsk. Górny Śląsk. W kulturalnym (kultura fizyczna w udanej kompilacji z kulturą duchową) trójkącie:



Spodek – NOSPR – Muzeum Śląskie lubieżnicy stepu mogą się usmarkać z radości do wypęku. Przypuszczam, że łączna długość występujących tam schodów z nawiązką przewyższa łączną długość wszystkich narciarskich tras zjazdowych w Polsce.


Tak się złożyło, że iż w minioną niedzielę zmuszone byłyśmy z alaską trawersować te wszystkie schody miotając się po nich jakby tknięte pląsawicą Sydenhama raz w górę raz w dół (wydaje misie, że częściej w górę) by ostatecznie osiągnąć zamierzone cele czyli cały katowicki trójkąt kulturalny. Było to o tyle upiorne, że noc zapadła, siąpił śląski , kwaśny kapuśniak, a schody mnożyły się jak jętki, po zażyciu pryszczela lekarskiego. Ponadto zachowywały się (schody, nie jętki) jak schody w Hogwarcie, czyli żyły własnym życiem i niekoniecznie wiodły tam, dokąd właśnie zamierzałyśmy dotrzeć. Gdybym przebiegła była maraton, byłabym mniej złachana niż po tej wędrówce. A jeśli w ostatnią niedzielę Juirij Malanczenko z międzynarodowej stacji kosmicznej zaobserwował przez bulaj świetlistą łunę wokół Spodka, to to byłyśmy my: ja i alaska drałujące co sił w nogach wokół tego kosmicznego obiektu w poszukiwaniu hotelu. Na oko licząc udało nam się okrążyć Spodek kilka razy zanim nas ochrona obiektu nie wyłapała i grzecznie acz stanowczo wyprowadziła z orbity pod drzwi hotelu gdy prędkością krążenia zagroziłyśmy przełamaniu hegemonii w locie kolistym cząstkom latającym po zderzaczu hadronów. I to była słuszna interwencja, która pozwoliła nam przed koncertem w NOSPR a po wizycie w Muzeum Śląskim zapodać sobie, oczywiście, roladę, białe kluski i modro kapuste. Mlaskałyśmy ukontentowane głośno jak na uczcie w pałacu chińskiego cesarza. Zresztą po wizycie w Muzeum Śląskim, zwłaszcza po obejrzeniu ekspozycji w „Kopalni Katowice” nie mogłybyśmy wybrać z menu nic innego (wodzianki akurat nie mieli). Muzeum polecamy gorąco, tak jak nam zostało polecone (frakcji śląskiej przy niniejszym dziękujemy :). bo to fantastyczna wycieczka w przeszłość od neolitycznego kła mamuta przez Powstania Śląskie, mroki I i II wojny światowej , gierkowskie „pomożecie, pomożemy” aż po czas prawie współczesny. Niezwykła, spójna, budząca szacunek kultura. W ogóle tam ludzie jacyś tacy nam się trafili milsi, pogodniejsi (mimo dżdżu) i przysiadalni. A koncert Wodeckiego z Mitchami to feeria Ach! i Och! Małmazja i melba polane ajerkoniakiem (dla Alaski, dla mnie raczej singelmaltem, ale mniejsza o szczegóły, prawda) . No bo. niech se Państwo wyobrażą: 1800 widzów i słuchaczów na kilkunastu poziomach tej przepięknej falistej architektury wstaje z miękko wyściełanych foteli i śpiewa i tańczy razem z Artystami. I buja się w rozkosznej radości i unosi tam, gdzie nie ma nic poza niewyrażalną słowami ekstazą. No topsz. wiem. Nie wszystkich Wodecki z Mitchami tak uniesie. Ale nas i cały NOSPR tam właśnie uniósł i zawiesił wysoko i pozwolił dyndać nogami niczym rozanielonym muminkom na puszystych obłoczkach, w które czarodziejski cylinder zamienił skorupki jajek. Po koncercie, który cudem wygładził nam drogę powrotną do hotelu (zapisać: muzyka łagodzi schody) nabyłyśmy w nocnym i spożyłyśmy (ale nie. nie pod sklepem. No co Wy!) bugarskie wino (bo miało zakrętkę a nie korek, co nam zdecydowanie ułatwiło decyzję) w smaku bardzo delikatne, doskonale wyważone, z LEDWIE zauważalną kwaskowością, doskonale harmonizujące z wiosenną sałatką i owocami morza (z powodu oddalenia od morza użyłyśmy w charakterze przekąski batonik milkiłeja i ten mariaż będziemy serdecznie propagować). No i cały ten weekend byłabym pod niebiosa zachwalała (łącznie z sobotą, kiedy to nastąpiło moje wielogodzinne, bliskie spotkanie trzeciego stopnia z Niezwykłą, Cudowną Osobą i z pewną takoż niezwykłą techniką relaksacyjną. Dodajmy na marginesie, że okazało się, iż oto jestem ralaksoodporna niczym gumofilce na wodę . Ale nie tracę nadziei, że i mi kiedyś przyjdzie wytelepać to coś, co mi bruździ i betonuje neuroblasty), gdyby. Gdyby mi nagle nie wywalono z pewnego radia mojej ulubionej niedzielnej audycji o filozofii. Wywalono Bo TAK (jak mniemam skutek hasła: dobra, zmiana) . szlag mnie trafił taki, że najsroższy grom burzowy w krzyż na Giewoncie musiałby się ze wstydu setnie zasromotać i pójść do najbliższej elektrowni z wnioskiem o doładowanie mocy. Pewna nobliwa słuchaczka tego radia zapowiedziała, że mimo starczego wieku, jeśli ktoś w obronie i proteście przeciw zdjęciu audycji zechce palić opony, to ona już dzierży w pomarszczonej dłoni podpałkę i zapałki. Wszem i wobec deklaruję, że iż jeśli taka akcja będzie miała miejsce, osobiście przyturlam na protest wszystkie cztery letnie opony romana (roman, jako fan radia jest cały za) i zrobię taką zadymę, o jakiej marzy niejeden osobnik, który, tu cytuję za słownikiem SJP w wersji light : jest gminnym, nieokrzesanym oraz prymitywnym do imentu „zwolennikiem określonej drużyny sportowej”
(a futbol jest tu skojarzeniem nader, nader celnym).

b.

ps. zdjęcia pożyczone z sieci, autorom serdecznie dziękuję