W sposób najbardziej prozaiczny wymieniłam wczoraj w pobliskim dyskoncie bilety narodowego banku na różowe wino ( konweniuje z moimi podokiennymi bujnie zakwitłymi tulipany tą ręką w grunt wsadzonymi przeszłej jesieni) i podkolanówki (wiosna podskakuje ponad 20 st. C więc czas zastąpić barchany jakimś półśrodkiem). Dziś bladym świtem, wyrwana z piernat poranną kawalkadą ptaszyn wyjących mi od jakiegoś czasu w okno swoje poranne trele godowe (te łajzy zaczynają swoje „ajlowju tumibądź, dam ci jajo szczerozłote, aa”o 3:57 gdy się mi najlepiej śni a kończą koncert „gupia gęś, jutro se na pewno jakąś przygrucham” o 6:25 gdy zagłusza je budzik) wzułam na stopy nowy nabytek, czyli nowe podkolanówki. Wzułam, stanęłam stuporem zdjęta, i zrozumiałam, że mój czas tu i teraz już bezpowrotnie minął. Że nie ogarniam. Że oto mam do czynienia z dalece wyższą inteligencją niż moje świata pojmowanie. Że czas oddać się do muzeum etnografii i antropologii, zawisnąć w witrynie „ endemit tarchomiński - wstępne badania wskazują na duże i rychłe prawdopodobieństwo wyginięcia z powodu daleko posuniętej niekompatybilności z rzeczywistością. Trwają badania i ryzyko zarażenia nie jest wykluczone dlatego uprasza się zwiedzających o niemacanie”. No bo skoro człowiek nie rozumie własnych podkolanówek, to jak ma zrozumieć cośkolwiek innego. Nie odnajdę się w tym świecie już nigdy. Moja jakotaka inteligencja nie ogarnia. Podkolanówki bowiem były : BEZ PALCÓW!!! ŁAJ!!!??? ŁOT FOR!!!???!!! Najsampierw pomyślałam, że no jakaś pomyłka w produkcji. Że bubel. Że się im maszyna zepsowała i zrobiła a kuku – teraz mamy rurę na durś i co mi zrobisz. Ale nie. Wyszarpałam z kosza na śmieci opakowanie ubabrane nieco jeno obierkami buraka a tam stoi jak byk, że nabyłam oto w atrakcyjnej cenie „super open toe knee highs x 2”. w gugiela wrzuciłam memu nie ufając angielskiemu. A gugiel mówi, że dontłory: ma pani dwie pary skarpet bez palców niech się pani cieszy. No więc informuję, że się jednak wbrew opakowania przesłaniu nie cieszę, takoż stopy moje w ten dziurawy wynalazek ogacone wołają do mnie „idyjotka”. W związku z powyższym bardzo proszę , niech mi już kustosz wyrychtuje jednak tę muzealną witrynkę i proszę w opisie eksponatu wyboldować zakaz macania (stóp w skarpetę nieodzianych zwłaszcza).
b.
czwartek, 5 maja 2016
sobota, 9 kwietnia 2016
O pączkach bez cukru i zupie bez sensu
Na jutrzejszy rodzinny obiad, z uwagi na pewne okoliczności przyrody, postanowiłam uwarzyć coś specjalnie bezmięsnego (wiem Droga Matko, zjadłabyś gicz cielęcą nadziewaną wołowiną i polaną skwarkami, i flaki i pęto kiełbasy dobrze obsuszonej. Ale. będą ersace. I proszę mi tu nie mruczeć Ersac, cholera, nie życie) . tak więc tymczasem ( no bo robię sobie przecież okolicznościowe wyjątki dla tych fikuśnych hamburgerów średnio wysmażonych podawanych na ul. Ząbkowskiej. A! i trzeba tam wrócić na t-bone steak!) kuchnia wegetariańska w natarciu. Drugie danie zrobi się przed nadejściem kohorty w try-mi-ga (recepta mówi: wrzuć na patelnię posiekane kłącze, potrząśnij, dodaj sos terajaki i wuala – no to się przecież nie będę stresować, prawda) ale zupa wymagała uprzedniego przygotowania. Skrupulatnie niczym początkujący aptekarz dodawałam, odmierzone uprzednio na szalce Petriego ingrediencje. Następnie zawartość gara w którym ilość przypraw zdecydowanie prześcignęła ilość składników bazowych zblendowałam i poszłam na wał, bo choć bryndzowato, wietrznie i zimno, to jednak wiosna kusi. Na wale trwa aktualnie z góry skazane na przegraną smuty pozimowej przesilenie: nobliwa, stonowana i introwertyczna szarość vs. bezczelna, niepohamowana i ekstrawertyczna zieloność szumiąca na wietrze hasłem: to idzie młodość, młodość, młodość i niech mnie szarość cmoknie tam, gdzie sięgnie.
Powróciwszy ze spaceru z zamiarem nicnierobienia potknęłam się w kuchni o gar zupy i zupełnie znienacka mając w ręku warząchew postanowiłam dokonać degustacji ad hoc. Warząchew zanurzona w garze syknęła, puściła kłąb dymu i uległa rozszczepieniu na cząstki dla oka niewidoczne. Stalowy gar wydał się mi jakoś bardziej przeźroczysty i w kształcie półpłynny. Zanurzyłam weń łyżkę srebrną w celu zaczerpnięcia konsumpcji. Łyżka się nieco wygła, ale że to stare srebro rodowe, nie znikła jak drewniana kopyść. Organoleptyczny test wypalił mi wszystkie plomby do trzeciego pokolenia wstecz, zrobił mi piling jamy ustnej na zawsze (oby) pochłaniając problematyczne migdałki oraz zdarł mi szkliwo z zębów przednich (mniemam, że z tylnich takoż, ale się mi lusterko łazienkowe w otworze gębowym nie mieści, więc pewności nie mam). generalnie po odbytej degustacji uważam, że przypadkiem uwarzyłam cudowny ekologiczny środek do czyszczenia wszelkiej maści długoletnich zacieków, śniedzi i erozji. No. Ale goście niekoniecznie oczekują flaszki detergentu w miejsce miski z zupą. Musiałam więc poczynić działania w celu neutralizacji substancji. Nie mogę jeszcze zdradzić jak (rodzina czasem tu jednak zagląda), ale po trzeciej próbie zupa przestała rozpuszczać durszlak a wrzucony do gara na próbę ziemniak przestał się w sekundę zmieniać w osmoloną frytkę. Ale jeśli jednak, jakoś, cudem, przychylnością i kindersztubą nie pozwalającą rzucać mięsem w kucharza-gospodarza przeżyją tę zupę, to już planowany Deser z kaszy gryczanej może się jednak okazać gwoździem do mojej wegetariańskiej i bezcukrowej trumny. Oraz wieczystą, rodzinną anatemą. O czym Wam doniosę. O ile nie poniesie ich szał hipoglikemii.
b.
sobota, 26 marca 2016
Ovum - reaktywacja !
Taki widok:
Latam cija na szmacie po maminym kwadracie a tu nagle puzon rżnie walczyka a rytm wybijany na blaszanym bębnie drży szybami na siódmym piętrze. naprawdę. XXI w. A tu orkiestra podwórkowa przygrywa skocznego begina, panowie w kaszkiecikach fałszują ale tak od serca. No to poleciało owinięte w sentyment 5 zł za krzewienie tradycji. Tuż obok ktoś trzepał dywan. Dywanu trzepanego na trzepaku (dla dzieci: to taki relikt z przeszłości, archetyp dzisiejszej yyy bojawiem kawiarenki internetowej?) nie widziałam już wieki. Wiadomo- dziś przychodzi pan z kercherem, odessa, roztocza w płynie pachnącym wypłucze a trzepak samotny i opuszczony, czasem na nim przysiedą wrony. chlip. No naprawdę, żeby człowieka roztkliwił empatycznie trzepak. Ale nicto.
Życzę Wam Radosnych Świąt w gronie dobrych i serdecznych ludzi !
A podobno naukowcy odkryli, że jajo już nie jest be tylko całe jest cacy. Do jaj więc, do jaj Rodacy!
b.
wtorek, 1 marca 2016
Śląskich peregrynacji echo
Myślałam, że nie ma takiego miejsca na świecie, które miałoby więcej schodów niż Lizbona. Błąd! Wystarczy wsiąść do pociągu (nie) bylejakiego (no bo to jednak piendolino) i dać się powieźć na Śląsk. Górny Śląsk. W kulturalnym (kultura fizyczna w udanej kompilacji z kulturą duchową) trójkącie:
Spodek – NOSPR – Muzeum Śląskie lubieżnicy stepu mogą się usmarkać z radości do wypęku. Przypuszczam, że łączna długość występujących tam schodów z nawiązką przewyższa łączną długość wszystkich narciarskich tras zjazdowych w Polsce.
Tak się złożyło, że iż w minioną niedzielę zmuszone byłyśmy z alaską trawersować te wszystkie schody miotając się po nich jakby tknięte pląsawicą Sydenhama raz w górę raz w dół (wydaje misie, że częściej w górę) by ostatecznie osiągnąć zamierzone cele czyli cały katowicki trójkąt kulturalny. Było to o tyle upiorne, że noc zapadła, siąpił śląski , kwaśny kapuśniak, a schody mnożyły się jak jętki, po zażyciu pryszczela lekarskiego. Ponadto zachowywały się (schody, nie jętki) jak schody w Hogwarcie, czyli żyły własnym życiem i niekoniecznie wiodły tam, dokąd właśnie zamierzałyśmy dotrzeć. Gdybym przebiegła była maraton, byłabym mniej złachana niż po tej wędrówce. A jeśli w ostatnią niedzielę Juirij Malanczenko z międzynarodowej stacji kosmicznej zaobserwował przez bulaj świetlistą łunę wokół Spodka, to to byłyśmy my: ja i alaska drałujące co sił w nogach wokół tego kosmicznego obiektu w poszukiwaniu hotelu. Na oko licząc udało nam się okrążyć Spodek kilka razy zanim nas ochrona obiektu nie wyłapała i grzecznie acz stanowczo wyprowadziła z orbity pod drzwi hotelu gdy prędkością krążenia zagroziłyśmy przełamaniu hegemonii w locie kolistym cząstkom latającym po zderzaczu hadronów. I to była słuszna interwencja, która pozwoliła nam przed koncertem w NOSPR a po wizycie w Muzeum Śląskim zapodać sobie, oczywiście, roladę, białe kluski i modro kapuste. Mlaskałyśmy ukontentowane głośno jak na uczcie w pałacu chińskiego cesarza. Zresztą po wizycie w Muzeum Śląskim, zwłaszcza po obejrzeniu ekspozycji w „Kopalni Katowice” nie mogłybyśmy wybrać z menu nic innego (wodzianki akurat nie mieli). Muzeum polecamy gorąco, tak jak nam zostało polecone (frakcji śląskiej przy niniejszym dziękujemy :). bo to fantastyczna wycieczka w przeszłość od neolitycznego kła mamuta przez Powstania Śląskie, mroki I i II wojny światowej , gierkowskie „pomożecie, pomożemy” aż po czas prawie współczesny. Niezwykła, spójna, budząca szacunek kultura. W ogóle tam ludzie jacyś tacy nam się trafili milsi, pogodniejsi (mimo dżdżu) i przysiadalni. A koncert Wodeckiego z Mitchami to feeria Ach! i Och! Małmazja i melba polane ajerkoniakiem (dla Alaski, dla mnie raczej singelmaltem, ale mniejsza o szczegóły, prawda) . No bo. niech se Państwo wyobrażą: 1800 widzów i słuchaczów na kilkunastu poziomach tej przepięknej falistej architektury wstaje z miękko wyściełanych foteli i śpiewa i tańczy razem z Artystami. I buja się w rozkosznej radości i unosi tam, gdzie nie ma nic poza niewyrażalną słowami ekstazą. No topsz. wiem. Nie wszystkich Wodecki z Mitchami tak uniesie. Ale nas i cały NOSPR tam właśnie uniósł i zawiesił wysoko i pozwolił dyndać nogami niczym rozanielonym muminkom na puszystych obłoczkach, w które czarodziejski cylinder zamienił skorupki jajek. Po koncercie, który cudem wygładził nam drogę powrotną do hotelu (zapisać: muzyka łagodzi schody) nabyłyśmy w nocnym i spożyłyśmy (ale nie. nie pod sklepem. No co Wy!) bugarskie wino (bo miało zakrętkę a nie korek, co nam zdecydowanie ułatwiło decyzję) w smaku bardzo delikatne, doskonale wyważone, z LEDWIE zauważalną kwaskowością, doskonale harmonizujące z wiosenną sałatką i owocami morza (z powodu oddalenia od morza użyłyśmy w charakterze przekąski batonik milkiłeja i ten mariaż będziemy serdecznie propagować). No i cały ten weekend byłabym pod niebiosa zachwalała (łącznie z sobotą, kiedy to nastąpiło moje wielogodzinne, bliskie spotkanie trzeciego stopnia z Niezwykłą, Cudowną Osobą i z pewną takoż niezwykłą techniką relaksacyjną. Dodajmy na marginesie, że okazało się, iż oto jestem ralaksoodporna niczym gumofilce na wodę . Ale nie tracę nadziei, że i mi kiedyś przyjdzie wytelepać to coś, co mi bruździ i betonuje neuroblasty), gdyby. Gdyby mi nagle nie wywalono z pewnego radia mojej ulubionej niedzielnej audycji o filozofii. Wywalono Bo TAK (jak mniemam skutek hasła: dobra, zmiana) . szlag mnie trafił taki, że najsroższy grom burzowy w krzyż na Giewoncie musiałby się ze wstydu setnie zasromotać i pójść do najbliższej elektrowni z wnioskiem o doładowanie mocy. Pewna nobliwa słuchaczka tego radia zapowiedziała, że mimo starczego wieku, jeśli ktoś w obronie i proteście przeciw zdjęciu audycji zechce palić opony, to ona już dzierży w pomarszczonej dłoni podpałkę i zapałki. Wszem i wobec deklaruję, że iż jeśli taka akcja będzie miała miejsce, osobiście przyturlam na protest wszystkie cztery letnie opony romana (roman, jako fan radia jest cały za) i zrobię taką zadymę, o jakiej marzy niejeden osobnik, który, tu cytuję za słownikiem SJP w wersji light : jest gminnym, nieokrzesanym oraz prymitywnym do imentu „zwolennikiem określonej drużyny sportowej”
(a futbol jest tu skojarzeniem nader, nader celnym).
b.
ps. zdjęcia pożyczone z sieci, autorom serdecznie dziękuję
wtorek, 16 lutego 2016
Agrafia
Macam się po lewym płacie ciemieniowym mózgu. Jakiś taki wklęsły, zapadnięty. Biedaczek. Zaczeskę mu robię z długiej grzywki (alaska donosi, że do naszej ulubionej mistrzyni nożyczek terminy już na drugą połowę marca. Cudownie. Będę nadal musiała wyglądać jak Krystyna Loska.
Z tym, że. Pani Krystynie jakoś tak ładnie. A mnie jakoś tak nieszczególnie i nienakoniecznie). Wklęśnięcie znika pod puklami ale. ma się to nijak do rewitalizacji umysłu. Pilnie muszę sobie na głowę zrobić okład z tłustej makreli. Co będzie praktyczniejsze, niż trzymanie głowy w słoju z orzechami, prawda. Mogłabym jeszcze zahodować na ciemieniu kiełki pszeniczne bogate w NNKt. W sumie to, gdyby skorelować czas kiełkowania pszenicznej trawy z pierwszą wiosenną pełnią byłabym ozdobą każdego wielkanocnego stołu wpinając za uchem kolorowe wydmuszki. Przemyśliwam także obsypanie głowy nasionami rzeżuchy. Bo urośnięta jest jadalna, bogata w to siamto i owamto a w dodatku pyszna na bułce z masłem. No w każdym bądź razie podejmnę jakieś działania antyagrafijne. Ale. za skutki ręczyć nijak nie mogę. Najlepiej byłoby, gdyby ktoś władny (rząd może? on wszak wszystko może) zrobiłby mi tu natentychmiast maj. Bo. Ten nibyzimowy-nibywiosenny międzyczas robi mi z mózgu wyschnięte na wiór szare piure.
b.
środa, 3 lutego 2016
Delegowanie kompetencji
- Aniele Boży, Stróżu mój – stosownym szeptem
- Aniele Boży, Stróżu Mój ! – stosownym poirytowanym szeptem
- ANIELE BOŻY STRÓŻU MÓJ !!!! wrzeszczę tak donośnie, że chyba usłyszą w sąsiedniej parafii a w seminarium za płotem alumni zawołają na Jutrznię mimo zapadającego wieczora.
- ANI... zaczynam niczym trąba jerychońska gdy nagle łaskawie dobiega mnie z ciemnego kąta
- No co?
- Co, no co? - podobno masz zawsze przy nie stać a ty się gdzieś włóczysz i jak wołam ku pomocy to jakbym soczewicą w mur
- Się mówi, grochem o ścianę- odburknął pouczająco
- Się mówi jak się chce, teraz są nowe czasy i soczewica jest bardziej on top od grochu
- Nie lubię soczewicy
- No i dobrze, wcale jej ci nie daję. A przy okazji, nie wiesz gdzie moja ostatnia puszka groszku się podziała ?
- ...
- nie wiesz?
- Nie wiem. Nie wiem czy ci powiedzieć bo się wściekniesz
- Zeżarłeś !?
- Zeżarłem, ale się zbliżała data przydatności i aby cię ochronić przed zatruciem , wziąłem to na siebie – jako twój anioł stróż – nagle wyprężył korpus i stanął w gardzie
- No proszę, jaki troskliwy – a z puszką cóżeś zrobił – wiesz, że mamy segregację
- Oddałem Florianowi
- A ten co za jeden
- Patron hutników
- Znaczy, złom zbiera
- Zbiera, i się pyta kiedy przyjść po te puszki po ciecierzycy- to mu powiedziałem, że chyba na świętego nigdy, bo żeś o nich zapomniała, a ja takich rzeczy do ust nie biorę
- Grzebaliście w mojej spiżarce?
- Zaraz tam grzebaliśmy- obruszył się i nadął – Florian rzucił okiem na szafkę i skonstatował potencjał – aha i mówi, że jakby co to on te z anszua to bierze nawet nieotwarte
- A co, w hucie idą do wzbogacania surówki?
- Nieeee, Florian taką ma słabość do anszua, już od maleńkiego
- No, ja go rozumiem, zaproś go jak będę robić sałatkę nicejską
- A nie, we środę to on nie może, ma dyżur na szrocie
- To niech przyjdzie we czwartek. Zaraz. Ty wiesz kiedy będę robić nicejską?
- No. We środę
- Ale czemu we środę?
- A to nie wiem, strasznie trudno wytyczyć twój gastronomiczny algorytm. Próbowałem jakiejś logiki ale tu się nic kupy nie trzyma.
- Co ma się trzymać, się mi zechce to robię
- No właśnie. Więc nicejskiej ci się zachce we środę
- Tyyyy – zaczęłam sprytnie ciągnąć za anielski język - a ty wiesz co będzie za dwa tygodnie?
- 17 luty będzie
- O Boż...- jęknąć chciałam ale mi on przerwał splątawszy język w supeł. cicho! scenicznie zaszeptał - Nie wzywaj! Bo będę miał kłopoty a i tak jestem aktualnie audytowany
- Audytowany?
- No
- Za dużo używasz tego no, przydałoby ci się wzbogacić jakoś słownik.
- No wiem. To samo mówią braciszkowie. Że mam manierę z gminu. Mamusia mówiła, że mam ciężką mowę ale za to sercem, pematią i dobroczyństwem przewyższam tuzin zwykłych aniołów
- Empatią chyba?
- Tym też
- A czemu jesteś audytowany, ja się nie skarżyłam bynajmniej
- Aaa bo mam kiepską sprawozdawczość i statystycznie to ja leżę.
- Tabelki?
- Tabelki
- W excelu?
- W excelu :)
- Aj, to ci nie pomogę
- No. Wiem. Takaś sama noga w tych tabelkach albo gorsza ode mnie
- To fakt. i co będzie?
- A nic, już jestem umówiony na piątek z Anatolem z Laodycei
- To ktoś od ogólnie pojętej matematyki?
- No, tak jakby
- A nie mógłbyś się przy okazji umówić z kimś od wzbogacenia słownika ponad „no”
- No mógłbym. Ale nie będę miał teraz za dużo czasu. no chyba, że tamten jest bardziej w tym względzie kumaty niż ja. co jest wielce prawdopodobne. I mię podszkoli i „no” wyruguje
- Jaki tamten?
- No ten, do którego mnie posyłasz żebym go wsparł
- Skąd wiesz?
- Wiem. Mam już grafik nawet.
- I co, jesteś gotowy opuścić ciepłą, leniwa posadkę u mnie ?
- Zaraz tam leniwą, cożem ja się naganiał za tobą
- ale przyznajmy bez bicia, wołałam cię głównie gdy mi było potrzeba wolnego miejsca na parkingu
- No ale proszę ja cię, w stolicy znaleźć miejsce parkingowe dla romana to nie jakiś pikuś, prawda
- Prawda, tylko, że teraz profil działalności ci się znacznie odmieni
- Aha.... płodozmian znaczy się. Tak przypuszczałem. A ten, którego mam wesprzeć to chociaż fajny jakiś? Na piłce się zna? Sałatkę z groszkiem zrobi? O anielicach go można zagadnąć ?
- Się mi wydaje, że fajny gość, tylko roboty będzie miał teraz ciut więcej niż normalnie więc mu na wsparcie idziesz, bo u mnie jak widzisz, to nuuuda panie i droga na Ostrołękę i zupełnie się tu marnujesz, a tymczasem jemu to trochę więcej mocy, endorfin, serotoniny i tych innych minerałów szczęściopochodnych się przyda bo mu podopieczna się znarowiła i wymaga dubeltowej opieki.
- Roszczeniowa znaczy, bardziej
- No, tak jakby, poniekąd, coś jakby, tymczasem
- No – uśmiech na anielskiej twarzy mego anioła stróża rozpromieniał jasnozłotym błękitem - to ja takie lubię, bo u ciebie, sorry - że zacytuję angela guardiana z Albionu - ale można z nudów pajęczyną obrosnąć.
- Więc jak? Dil?
- Dil, kochaneńka, dil, jak najbardziej. I tylko na potrzeby sprawozdawczości TEGO Co wiesz, jaką to my dziś mamy dietę dzienną, bo jeśli chodzi o dojazd to z marszu mówię, za dojazd nie liczę
- Dieta jak najbardziej lekkostrawna
- No, ale ja na myśli miałem jakby stawkę
- Kochany aniele stróżu mój, stawka, standardowo, większa niż życie
b.
Suplement
Na skutki odesłania anioła nie trzeba było długo czekać. spierniczyło z hukiem na całej linii wzdłuż równika. A mniemam , że i w szerz. Najpierw w biurze wywaliło w niebyt mój komputer. Im bardziej naciskałam start, tym bardziej apud adalb. A dochotry w Bielsku-Białej mówią e. Znaczące e. Zdalnie to my nie leczymy. Pacjenta nam przysłać, rozkroimy, diagnosta się pochyli, śledzionę w nadmanganianie wypłucze, krwioobieg udrożni a w najgorszym przypadku zrobi się przeszczep. Dwa tygodnie na L4- poniżej nam się nie kalkuluje. Równie dobrze mogłabym sobie teraz w tych okolicznościach odrąbać najpierw głowę a potem ręce. odwrotnie chyba trudniej. Tymczasem. Śpiąca od sylwestra brać maszynowa zechciała zatańczyć histerycznego serwisowego kankana. Pląsając w rytm tańca świętego wita przysporzyła frontalny atak. Flanki ataku wyłaniały się z chaosu podle najznamienitszych prawideł w myśl „kupą mości panowie, kupą” najsampierw, to machałam. Szufelką machałam i sypałam proszkiem gaśniczym. A potem to już tylko pilnowałam, żeby mi nozdrzy nie zatkało. W szczytowym momencie na arenę wkroczył telefonicznie o-d z pretensjami potocznie przyjętymi za wyraz dezaprobaty i nieukontentowania (czytaj: a teraz robimy beni furkoczącą awanturę i powalamy na matę lewoskrętnym nelsonem) i wystrzelił z kolumbryny gorzkim śrutem prosto w mój ostatni nerw, co mi na skroni pulsował niczem niekontrolowany wytrysk odwiertu ropy w zatoce Meksykańskiej. W trymiga napięcie na linii Warszawa-Berlin spaliło światłowód. Gryzący dym diabolicznie zachichotał, pociemniało a ze zgliszczy wychynął stosowny okólni o-d na temat. treść długa i zawiła a sedno brzmiało: albowiem nie może być tak! nie może być tak, że komputer wylatywa sobie w kosmos i robi gigantyczną zawieruchę z hekatombą. Kciukiem prawej dłoni zatamowałam kolejny wytrysk krwi do mózgu a okólnik wyraźnie i głośno przeczytałam mojemu komputerowi, spakowanemu do kliniki. a potem odebrałam kolejne fefnaście zgłoszeń serwisowych, utuliłam nieutulonych, podrapałam po pleckach swędzących , nałgałam w dobrej wierze pragnącym otuchy i spaliłam sobie obiad w biurowym piekarniku. Aniele drogi, ja ci delegacji bynajmniej nie cofam. Ale. gdybyś jednak zechciał czasem rzucić na mnie okiem znad tego telewizora, co go ma kolega dyżurujący u Starszej Pani, to ja bym była wdzięczną. Zielony groszek cały do twojej dyspozycji.
b.
niedziela, 31 stycznia 2016
Poślizg kalendarza z cejlońskim kacem w bonusie
Planowaliśmy i planowaliśmy, terminyśmy uzgadniali od listopada. Kilkanaście propozycji dat odpadło na skutek braku spójności interesów oraz znaczącej rozbieżności a także zaplanowanej absencji w biurze. Nasze coroczne pracowe, noworoczne spotkanie z regionalnymi współpracownikami zaczęło się odwlekać w zamgloną nieskończoność. Aż w końcu ojciec-dyrektor walnął z impetem pięścią w stół (dobra niemiecka robota – meble od Mausera – tak, tego co robił kiedyś takie coś do pif-paf albo ta-ta-ta-ta wytrzymała wzburzony impet imperatora lekko jeno ugiąwszy szary blat) i okólnikiem oznajmił, że albo teraz albo utnie każdemu co ma do ucięcia. Po krótkiej konsternacji nastąpił wybuch jednogłośnego aplauzu tak wielki, że dotarł do Berlińskiej siedziby o-d bez szybkozłączek i światłowodów niesiony podmuchem naszego z głebin trzewi wyartykułowanego na zachód yes yes yes, a raczej gwoli prawy historycznej ja, ja, ja. świecką tradycją takich spotkań jest konsumowanie turyndzkich kiełbas, które ojciec-dyrektor zamówiwszy u zaprzyjaźnionego rzeźnika ściąga szybkobieżnym helikopterem wraz z wątrobianką, pakuje do samochodu i na sygnale przywozi autem do Warszawy jeszcze ciepłe. zrzuca je wieczorem na tarasie biura żeby je w dniu celebracji upiec na grilu. Ugięcie tarasu już z daleka wskazuje, że wątrobiance i kiełbasom towarzyszy kilka skrzynek z płynami rozochacającymi. Nasi sąsiedzi zapewne nie mają bladego pojęcia jakie dobro ląduje tam na tę jedną szczególną noc. A wystarczyłaby niewielka drabinka i pod osłoną nocy zaposiędliby byli cymesy miziające podniebienia mięsożerców i lubieżników płynów wyskokowych. Szczęśliwie zainteresowane składem na tarasie są tylko miejscowe wiewiórki ale ani korków ani kapsli ani turystycznych lodówek jeszcze się otwierać nie naumiały. Podczas gdy teutońskie klu programu spoczywa na tarasie, polska ekipa też wnosi swój gastronomiczny wkład w uroczyste obchodzenie nowego roku. Z powodu tradycyjnej niemożności ustalenia jednobrzmiącego stanowiska w tym roku poszliśmy szeroką ławą po całości zamawiając platery z roladkami z sosem chrzanowym, kurczęcia skapane w owocowych garniturach, camemberty panierowane w złotych koszulkach, grilowane warzywa, sałatki i musy kremowe z owocowym akcentem. Wszystko dzięki pewnej świetnej gastronomii, chętnie dam namiar, bo nie dość, że smaczne to i śliczne to było, że ojej. A ponieważ nagle wyłoniła się frakcja susziżerców, zaordynowano jeszcze 70 szt. japońszczyzny (nasze żołądki antycypując konsumpcję przybrały rozmiar kaszalotów, ale nie bez przyjemności bynajmniej) . Zgrilowawszy ojcem-dyrektorem na tarasie przed południem trzy tuzin turyndzkich bratwurstów (oczywiście wywalając korki w całym osiedlowym kwartale z powodu użycia niemieckiej, energochłonnej szufli do podgrzewania brykietu a Saska Kępa cała w otulinie dymu z kiełbasy – to nasza zasługa!) zasiedliśmy do powolnej konsumpcji podlewanej radebergerem, białym winem, szampanem i narodowymi nalewkami z miodu, orzecha oraz wiśni wyprodukowanymi przez naszego zdolnego kolegę. Nie wiem jak to bywa gdzie indziej, ale u nas celebracja z okazji nowego roku sączyła się w przyjaznej polsko-niemieckiej atmosferze (wiem, jesteśmy wspak aktualnej polityce. Ale ci od polityki mogą nam skoczyć i się pohuśtać na dzyndzlu) ciokoło godzin 10, podczas których nastąpiło ponadnarodowe zbliżenie kulturowe na niwie artystycznej, daleko odbiegającej od meritum obrabiarkowego biznesu oraz zadzierzgnięto więzi i sojusze, które deklaracjami serdecznymi ojcu-dyrektoru wycisły wodę z ócz błękitnych. Ustalono również, korzystając z powiedzmy pewnej o-d pomroczności, integracyjny wyjazd na Sri Lankę wynajętym prywatnie dżambo-dżetem dla wszystkich członków rodzin. I tego się będziemy trzymać planując nasze tegoroczne urlopy.
A tymczasem dla udokumentowania: tak wyglądał nasz stół o godzinie 11:30
a tak 10 godzin później.
b.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









