a dzisiaj chciałabym być pastuszkiem
leżeć na łące pełnej chrząszczy i motyli
wdychać turzycę i dziewięćsił
patrzeć, gdzie wędruje słonko
i bundz popijać chłodną żentycą
b.
środa, 28 sierpnia 2013
poniedziałek, 19 sierpnia 2013
Ostrze-że-nie
uprzejmie się zauważa, iż stosowanie biohumusu w celu nawilżenia storczyka jest niezwykle skuteczne. storczyk sterczy kilkoma bujnie kwitnącymi odnóżami od marca i nie zamierza przejść w stan spoczynku bynajmniej. co jest zasadniczo bardzo zaskakujące i zagadkowe gdyż wszelkiej maści rośliny doniczkowe w pewnym, dość krótkim tzw. okresie czasu, przepoczwarzam udanie w zbiór dawno wymarłych gatunków. ten zasmakował w naturalnej gnojówce tak bardzo i tak w skutkach urodziwie, że przez chwilę rozważałam okłady i katalapsy na własnej powłoce zewnętrznej. uprzedza się jednak przy niniejszym przyszłych użytkowników, iż pozostawiony w konewce roztwór gnojowego biohumusu na czas godzin kilkunastu w temperaturze powyżej stopni dwudziestu zaczyna żyć własnym życiem i rozpościera po pomieszczeniu mało subtelny woal aromatu nadgniłej od dawna chlewni tak intensywnie, że muchy padają już na wirażu mostu toruńskiego a lodówka wyświetla impulsowo fluorescencyjny napis ”to nie ja, to nie ja. tym razem”. wietrzę. no ba. oczywiście, że wietrzę. a storczyk ukontentowany mizia się leniwie bez krygowania w małmazyjnej dla niego gumnianej ablucji wygenerowanej przez konewkę. a ja tymczasem mam wstrząs womitująco-regurgitacyjny. i przemyśliwam uprawę niewymagających sukulentów.
b.
b.
sobota, 17 sierpnia 2013
amarantowy szwed obrzucony kamieniem
ponieważ po urlopie stan konta wskazuje mi minus 36 pln postanowiłam, że to dobry czas by udać się do szwedzkiej jaskini w celu nabycia drobiazgów, które zmienią amplua mojego apartamentu. minus 36 nie pozwala na szaleństwo, jakie gotowam bym była popełnić przy plus 36. albowiem mogę, z wysiłkiem, ale mogę przejść mimo ulubionej galerii garderoby mało używanej i jeno zza krat ogrodzenia rzucić nań okiem lewym(to to sokole, ino minus 4 z haczykiem). mogę zupełnie swobodnie chodzić w dziurawym bucie po sklepie obuwniczym i w bucie tym wyjść. ale gdy się we mnie włączy opcja – dekorujemy apartament – mogę tylko jak somnambulik podążyć, gdyż jest to imperatyw tak natrętny, że musieliby mnie związać tytanową liną i trzymać pod lodem aż mi minie. bardzo, bardzo podoba mi się hasło widniejące co kilka metrów w szwedzkiej jaskini – potrzebna cię dodatkowa ręka. o tak. nim przeszłam pierwsze 30 metrów były mi potrzebne wszystkie ręce kali. ponieważ cel wizji dekoracji miałam klarowny zawiesiłam się nad półkami tylko kilka razy i wyszłam z jaskini zanim wizja zaczęła ewoluować w kierunku – zróbmy sobie gaudiego w miksie z dalim. następnie kilkanaście godzin zajęło mi selekcjonowanie dotychczasowych domowych durnostojek zbierających imponujące pajęczyny niezwykle pracowitych pajęczaków wszelkiej maści. dwa studwudziestolitrowe worki nieselekcjonowanych (przyniniejszym dziękujemy gminie, że nie zdążyła z wprowadzeniem w życie ustawy śmieciowej) zasobów regału i półek po kryjomu wyniosłam bezksiężycową nocą zasilając zasobniki mpo. mimo to w apartamencie nadal panował chaos a podłogę grubo ścielił dywan suszonych putpuri z prawdopodobnie xx wieku oraz nadgryziony przez wszędobylskie mole makaron rosołowy dwujajeczny w krótkich nitkach( nie durum. gdyby był durum tobym pieczołowicie zebrała). noc była głęboka, psy się uśpiły i cośtam kląskało w jaworze. zgasiłam światło w nowym abażurze i chrzęszcząc stopami po dywanie ze starych organicznych skorup zawiesiłam zmianę dekoracji do sobotniego poranka. a przyszedł cion już o szóstej rano (mam beznadziejnie spaczony i niereformowalny zegar biologiczny) i dreptając w miejscu niecierpliwie czekałam dwie godziny żeby włączyć elektroluks w godzinie powszechnie akceptowalnej przez ogół i tak wyjechanego na długi weekend społeczeństwa. albowiem. gdyby mi ktoś z sąsiedztwa dajmynato o 4:30 załączył był odkurzacz to bez ogródek, lecz w pidżamce, poszłabym i wyrwawszy osobnikowi kontakt kurzozasysacza z gniazdka kablem związałabym sprawcę i posypawszy świeżo rozdrobnionym pieprzem kajeńskim upchła w najmniejszy słoik po zepsutych piklach ze skisłą zalewą. uruchomiony odkurzacz kilka razy stwierdził, że no pasaram. no ale jak nie, jak tak. wszyściuchno już było niebawem na miejscu, nowe kapy, nowe poduchy ( ozdobione motywem nagrzmoconych czymś zapewne mocno halucynogennym sów), nowe (oczywiście, że bardzo inne niż poprzednie!) durnostojki, nowa bazylia (stara okazała się okazem nieodpornym na upał i suszę, dziwne) lecz efekt końcowy był jakiś taki, powiedzmy średni. cóś było brak. cóś było nie tak. to cóś czyniło mi z apartamentu czegoś ćwierć albo pół. ale nie całość! zaniechałam dochodzenia sedna i machnąwszy zmitrężoną sprzątaniem ręką udałam się na wycieczkę rowerową licząc na zidentyfikowanie brakującego elementu. i to był strzał w jasne tarczy światło. nabyty w naszym ulubionym składzie rzeczy zupełnie zbędnych innym ludziom maluśki obrazek jelonka chłeptającego wodę w świetle księżyca na tle bezlistnych, jesiennych drzew w otulinie szmaragdowej mgły, w stylu japońskich grafik, za całe 5 złotych polskich uczynił mi w apartamencie postęp, jakiego nie zdołała dokonać cała stojąca perwersyjnie funkcjonalnością szwedzka jaskinia. ale. nadal doskwierał niewielki braczek nie rzucony na rynek. i całość nowego anturażu nagle uratowała maleńka poduszka w kolorze zdziczałego cyklamenu traktowana dotychczas jak siedemnaste koło u kulawego wozu, nabyta jako zestaw nierozłączny z wykwintną plażową torbą, co się była już dawno po dwukrotnym użyciu zgodnie z instrukcją obsługi rozpadła na wiotkie sizalu sztucznego pojedyncze włókienka powiewające na wietrze jak różowe babie lato. rozrzucone tam i owam sześć kilo kamieni przytarganych znad bałtyku dopełniło gustownie, co do dopełnienia pozostało. sześć kilo kamyczków osobiście wytarganych z plaży w upale i skwarze, pięknie gołębioszarych i brudnoróżowych, dopieszczonych przez fale więc gładkich jak ugotowane jajo popieprzone drobno mielonym pieprzem. w sumie więc nowe ampula apartamentu zawdzięczam głównie narodowym surowcom naturalnym oraz dawno nie penetrowanej przepastnej szafie. a szwedzkiej jaskini, no cóż, oddając sprawiedliwość, zawdzięczam klasyczne i czyste tło dla szaroburych (pszprszm: marengo) słowiańskich otoczaków i niewymiarowej, sizalowej poduszki w odcieniu podrasowanego nadmanganianem potasu chłodnika litewskiego.
b.
niedziela, 11 sierpnia 2013
Molim was krucha drogowcy, bardzo was molim i bardzo krucha
poranek wstał przyjemnie pochmurny, co zapowiadało nam atrakcyjną klimatycznie drogę powrotną znad morza do domu. spakowalim, naszykowalim kanapki i wyruszylim. wyboista nieco droga wiła się wśród falujących złotem pól i w urokliwych ciemnozielonych tunelach ze starych buków obrosłych trakty i dukty wiodące do Wejherowa. jeszcze się w nas żagiel bielił, jeszcze w głowach szumiało wczorajsze wzburzone morze a myśli i ślinianki krążyły wokół cudownych ryb smażonych i wędzonych, których kontener wytaszczyliśmy na wynos w ramach prezentów wakacyjnych (bo ciupag o dziwo nie było).TRZY GODZINY! trzy godziny wyjazdu z Pomorza w kierunku Trójmiasta. no topsz. jedząc prowiant dzierżyliśmy. z autostradą było coś nie tak. znaczy urywa się ona gdzieś w Polsce w środku pola i trzeba szukać dokąd to drogowcy doszli z budową z drugiej strony urwanej hajłej. ale. zanim, trzeba się opłacić za przejechane kilka kilometrów. 40 minut przed okienkiem. a kanapek powoli braknie. zostają nam psie ciasteczka, szczęśliwie korbiszcze śpi i można jej podbierać. po wyjechaniu z drogi szybkiego ruchu następuje dotkliwa kara – 45 km drogą ubytkowo rozbabraną w tempie 20 km na godzinę albowiem światła w lesie, ronda na wsiach, zwężenia wszędzie. powoli acz obficie wzbiera w nas adrenalina a zanabyte zasoby relaksu znacząco topnieją. wieści z radia mówią, że alternatywna siódemka stoi sobie koło Elbląga i nie zamierza drgnąć. rezygnujemy z siódemki z gulą w gardłach. korbiszcze nadal śpi, alaska wylizuje papierek po czekoladce wysysając ostatnie ślady endorfin, mnie drętwieją stopy od manewrowania gazem i sprzęgłem, dzidek kompulsywnie zjada potas z pomidorów licząc na obniżenie ciśnienia. mija siódma godzina jazdy. zaczynam myśleć o rozbiciu obozowiska i poczekaniu na dobudowanie brakującego ogniwa autostrady środek Polski-stolica gdy wtem nagle sister namierza trasę Włocławek – Płock – Wyszogród- Nowy Dwór Mazowiecki. i oto mkniemy śliczną drogą podziwiając uroczą panoramę Wisły a przed nami jasna długa prosta szeroka jak morze trasa łazienkowska z finiszem w Jabłonnej, a stąd to już tylko jeden mały myk. mija dziesiąta godzina gdy stajemy pod domem. potem tylko cztery razy wte i nazad rozpakować romana, zezuć rowerek i w końcu zanurzyć twarz we własnej pachnącej pościeli.
jako ciekawostkę dodam, że z Zamościa w okolice Ustki dotarliśmy w DZIESIĘĆ godzin. I takie nam się nasuwa wspomnienie, że w latach siedemdziesiątych jeździliśmy z Warszawy do Kołobrzegu autobusem ogórkiem z przyczepą pełną ludzi w 8-9 godzin. WNIOSEK: nie wiem droga redakcjo, nie umiem wysnuć.
ale urlop udał się był przewybornie i nawet sytuacja dróg polskich i autostrad nam tego nie odbierze, a nawet gdyby próbowała, to będziemy się temu przeciwstawiać siłom i godnościom osobistom
b.
jako ciekawostkę dodam, że z Zamościa w okolice Ustki dotarliśmy w DZIESIĘĆ godzin. I takie nam się nasuwa wspomnienie, że w latach siedemdziesiątych jeździliśmy z Warszawy do Kołobrzegu autobusem ogórkiem z przyczepą pełną ludzi w 8-9 godzin. WNIOSEK: nie wiem droga redakcjo, nie umiem wysnuć.
ale urlop udał się był przewybornie i nawet sytuacja dróg polskich i autostrad nam tego nie odbierze, a nawet gdyby próbowała, to będziemy się temu przeciwstawiać siłom i godnościom osobistom
b.
sobota, 27 lipca 2013
komu nikat, komu?
nie wybuchłam!
spakowałam walizkę książek, rowerek i pareo.
uprasza się drogowców aby do przyszłej niedzieli wybudować zechcieli autostradę Rzeszów - Koszalin, gdyż zamierzam tamtędy przemknąć migusiem na plażę.
b.
spakowałam walizkę książek, rowerek i pareo.
uprasza się drogowców aby do przyszłej niedzieli wybudować zechcieli autostradę Rzeszów - Koszalin, gdyż zamierzam tamtędy przemknąć migusiem na plażę.
b.
czwartek, 25 lipca 2013
Eksplozja za pasem
jeśli gdzieś tam na rubieżach kraju dokąd zamierzam udać się wnet w celach urlopeizacji usłyszę choćby jeden warkot kosiarki to zaklinam, pęknie mi nabrzmiała żyłka w potylicy i weźmie mnie najjaśniejsza cholera. a potem albo wybuchnę na strzępy (no bo przecież nie na strzępki, prawda, adekwatnie do rozrywanych gabarytów korpusu z członkami) albo na strzępy rozerwę operatora kosiarki. normalnie nie zdzierżam już. codziennie od początku maja jak nie z lewa to z prawa, jak nie z dołu to z góry (tu są wyyysokie żywopłoty i codziennie ktoś je piekielną maszyną przycina po milimetrze) warczą mi silnikiem nad głową. w międzyczasie przez jakiś tydzień nie słyszałam kosiarek bo mi pod oknem biurowym robili parking i grzmocili od rana do wieczora młotem udarowym oraz maszynką do ubijania gruntu. mam ręce w kieszeniach a kieszenie jak arsenał, pełne granatów są i bomb. pozatym do huku silników dokłada się huk roboty. w ogóle nie wiem skąd, skoro każdy wysłany mail wraca z wywalonym jęzorem : odwal się, jestem na urlopie. powolutku sama zamiatam pod przykrótki dywanik wszystkie moje todo-sie. czas zacząć planować zawartość urlopowego kuferka.
byle do soboty: nie wybuchnąć, nie wybuchnąć …
b.
poniedziałek, 1 lipca 2013
Kwaśne zegarki
Jany nie było. musiała dostać jakiś cynk. albo po prostu uważnie przeczytała agendę. w sumie to może i lepiej, bo gdybyśmy podczas dwóch dni konferencji poświęconej świetności korporacji do ekipy słuchaczy z Europy Środkowo-Wschodniej prócz Rumuna, Słowaka i dwojga Polaków dokooptowali jeszcze Czeszkę, to niechybnie wznoszony przed naszymi oczami kryształowy korporacyjny monolit o szczególnej predylekcji do samouwielbienia w obliczu naszych przekąsnych komentarzy runąłby z kretesem zasypując tombakowym pyłem cały ten matrix ze wszystkimi namaszczonymi manadżerami. te dwa dni to była niezwykle ciekawa lekcja socjologii. obserwowanie, jak w obliczu kryzysu i pikujących w otchłań wyników zarząd w osobach specjalnych szkolonych cerberów spina pośladki przekuwając niepowodzenia w jasną świetlistą przyszłość raz po raz rozdając razy posoloną linijką po łapkach niesubordynowanych komentatorów wywlekających z wrednych zakamarków swojego wrednego jestestwa negatywne przykłady na to, że koncern czasem bywa bardzo be i nie cacy zupełnie - obserwowanie tego procesu było niezwykle zajmujące i dla takiego niekorporacyjnego outsidera jak ja fascynujące. szekspir by tego lepiej nie napisał. oddając sprawiedliwość chylę się z szacunkiem nad wykładami technicznymi, bo były przygotowane pieczołowicie i były (by) dla mnie wielce zajmujące gdybym moim małym umysłem mogła objąć choć niewielki fragment inżynierskiego geniuszu, dzięki któremu kręci się świat i turbinka samolotu, który mnie bezpiecznie dotransportował do Helwecji. siedem godzin dziennie wykładów branżowych wymagało nadludzkiego skupienia umysłu i nadludzkiej odporności kląśniejącego na zydelku kręgosłupa. pod koniec drugiego dnia równie dobrze mogli mi wykładać po fińsku teorię kwarków/kwantów/kwadryli/lub suszenia śledzi na wietrze. mój mózg zaczopował się doimmentnie i odbijał płynącą ku mnie wiedzę jak lustro. oczy szeroko otwarte imitowały pełen stan skupienia polegający na intensywnym wpatrywaniu się w prelegenta dzięki zaprzestaniu mrugania w obawie, że za którymś razem będę musiała powieki spiąć z brwiami spinaczem od bielizny. gdzieś między wykładem o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą (obowiązuje mnie jednak tajemnica branżowa) nastąpiło przemówienie szefa wszystkich szefów. z opieszałego letargu obudził mnie aplauz i smyrgane po policzku kiście rzucanych na podium goździków(mentalnie i jedynie przez wyższy manadżment). szef wszystkich szefów zabłysnął perorą zacną i w absolutnie doskonałym stylu amerykańskich mentorów przekonując serdecznie do swojej filozofii uczynienia świata lepszym. żadnych danych statystycznych, żadnych tabelek, żadnej księgowości. miłość, równość, braterstwo. love and peace. gdy trzeba, zawieszał głos i głęboko zaglądał w oczy. gdy trzeba, zapatrzył się w okno szukając natchnienia bądź potwierdzenia od najwyższego. mówił i mądrość jego przekazu przenikała nasze trzewia. na sali słychać było omalże cichutkie pochlipywania wzruszenia a jasna przyszłość zaczęła rozświetlać nasze oblicza światłem kominka i choinki. nie znam się ale to musiał być yoda retoryki, erudyta klasy najwyższej. naprawdę szapoba. a potem był lancz, bo wszyscy wiedzieli, że po takim wystąpieniu już nikt inny nie zazna posłuchu. lancz helwecki zarówno dnia pierwszego jak i drugiego baaaardzo mię rozczarował. ilość użytego do doprawienia potraw octu przewyższa tę, jaką zużywam do kiszenia wanny ogórków. no topsz. de gustibus itd. ale oddam sprawiedliwość :kawę, kawę mieli dobrą. i dużo. poza tym podanie jako przystawki na wieczorku zapoznawczym miednic z tartą marchwią, tartym burakiem i zieloną sałatą (oczywiście z octem) uważam jednak za lekkie fopa. jednak już sam wieczorek zapoznawczy wymknął się szczęśliwie sztywnym konwenansom a to za sprawą naszych helweckich kolegów, którzy odważnie chwycili za perkusję, gitary i tamburynek i odstawili nam niezwykle żywiołowy koncert zjednując nasze serca głównie otwierającym burzliwie oklaskiwany koncert utworem Pink Floyd „we dont need no education” – czym zaskarbili sobie naszą miłość dozgonną i dozgonny pomruk niezadowolenia manadżerskich cerberów. rozchełstane koszule technologa i konstruktora pląsających po scenie niczym zdublowany Angus Young, szalone kołowrotki szefa działu programistów walącego w bębny, wokal rzucającego biodrem inżyniera sprzedaży rozsmarowały nas kompletnie. późną nocą okazało się, że przemiły, nobliwy pan z Illinois, z którym zadzierzgnęłam sympatyczną konwersację przy lanczu na temat „co tam panie w polityce, chińczyki trzymają się mocno a te warzywa jakieś takieś kwaśne co nie” jest prawdopodobnie światowej sławy perkusistą i dał takiego czadu, że nam spadły onuce i tupeciki. a grający na gitarze solowej skromny pracownik miejscowego oddziału korporacji tak nas urzekł „black magic woman” Santany, że jeszcze dnia następnego po wykładzie o bardzo skomplikowanej technologii (cenzura) dostał owacje na stojąco mimo, że stopień zrozumienia prelekcji wymagał nobla z (cenzura). w ogóle mimo zetknięcia z korporacyjnym molochem i całym jego autoramentem miło było spotkać starych i nowych znajomych i poplotkować o tym siamtym i owamtym w międzynarodowym gronie. i wszystko byłoby w sumie dobrze, gdyby mi nie zrobili na lotnisku w Helwecji osobistej z powodu piszczącego buta oraz nie odebrali na lotnisku w Warszawie pamiątkowego scyzoryka, com go miała w zanadrzu podręcznego ot tak z nawyku. ale już dwudziestocentymetrowego lusterka, którym mogłam bym była bez problemu zdekapitować kogobądź już nie znaleźli. ha.
b.
b.
Subskrybuj:
Posty (Atom)