na króciutko lo(t)s doleciał mię w dolinę lotniczą na spotkanie z czeskim panem a. w celu ugaszenia pożaru na takiej jednej maszynce. maszynka miała problem od jesieni a.d. 2013 bo pan a., którego psim obowiązkiem było naprawić od ręki wizgał się od tego jak obślizły piskorz plując jadem wprost na moje biurko argumentami zupełnie pozbawionymi logiki za to przepełnionymi czystej wody wredną złośliwością. pożar ostatecznie został dziś ugaszony ale pan a. z czeskiej strany okazał się być jak przypuszczałam nazad parszywym, obmierzłym i aroganckim typem o wybujałym ego i pozbawionym skrupułów manipulantem. bardzo żałuję, że z powodu dobrego wychowania musiałam mu na dowidzenia uścisnąć rękę. i mam nadzieję, że był to ostatni raz w moim życiu. bo następnym nie ręczę a splunę z odrazą wprost na wypolerowane buty znanej czeskiej marki. a teraz skazuję tego pana a. na wieczne zapomnienie i nie będę się martwić zupełnie, gdy się mu w interesach powinie noga w bacie lub boso.
tymczasem aby sobie umilić lot do Rzeszowa zabrałam ze sobą nabytą jakiś moment temu książkę *. mówili o niej przychylnie więc nabyłam, choć się zacukałam ujrzawszy jej okładkę. nabywszy sprawdziłam. autor wszystkie okładki ma jakieś takie, no powiedzmy, nie bardzo przystające do mnie. ale akurat ta niesie w sobie trochę nastrój grozy tej opowieści. nabywszy a nie czytawszy ostatecznie się przemogłam bo po co mi się ma nieczytana książka kurzyć i marnować. się okazało, że nie sądźcie drodzy czytelnicy po okładkach. zawartość godna polecenia (nie tylko do Rzeszowa). czyta się to jednym tchem. bo i język autora sprawny i fabuła intrygująca i trochę straszna a i nie pozbawiona humorystycznych refleksów. jeszcze nie skończyłam ale autor musiałby zgłupieć ze szczętem, żeby zepsuć dobry początek. ale wracając do okładki. mną wprawdzie przy zakupie wzdrygła ale przywykłam. co innego współpasażer w samolocie. sądząc po zacukanym wytrzeszczu jakim mnie obdarzył gdy wyjęłam książkę z torby byłby wte pędy zamienił się na miejsce ale, że samolot pękał w szwach i wolna była tylko łazienka, w której przy starcie i lądowaniu nie można się dekować (a wszak do miasta Rz. to głownie start i lądowanie z przerwą na wafelka), został obok ale znacząco wisiał korpusem na korytarz podczas gdy ja napawałam się nadprogramowo nabytą przestrzenią. to samo zdarzyło mi się podczas drogi powrotnej. tym razem na skutek różnych powikłań wracałam pociągiem. konduktor zoczywszy okładkę pobrał ode mnie bilet przez chusteczkę i gdyby nie ranga pociągu niechybnie splunąłby z obrzydzeniem. no ale nie mógł. bo ja proszę Państwa wracałam do domu pien-do-li-no! a tam. ojej. luksus zwala z nóg zwykłego użytkownika pkp. podnóżek, stoliczek na kawę, zasięg wifi, kontakty na suszarkę lub blender, dywaniki, drzwi na fotokomórki, ekrany wideo, łazienka jak z żurnala i wars, który aż się prosi, żeby zapaść w miętki fotel i nie wysiąść w stolicy a dojechać do Gdyni konsumując esencjonalny consomme przegryzając schabowym z raszponką. no i indywidualna lampa do czytania(jasno podświetlająca okładkę).
b.
* gdybyście kiedykolwiek niewielkim kosztem chcieli uzyskać dodatkową przestrzeń do życia w środkach lokomocji publicznej, polecam wyjęcie do czytania książki pt. „Sanato” Marcina Szczygielskiego.
a tu ta okładka do wglądu: https://www.inbook.pl/p/s/710681/ksiazki-elektroniczne/sensacja-i-thriller/sanato?rdir=gs&lkst=41777&gclid=COGF8b2YyMQCFabHtAodE1UA0g
b.
czwartek, 26 marca 2015
wtorek, 10 marca 2015
natenczas czyli o wyczekiwanym następstwie ruchu obiegowego ziemi wokół słońca i nachyleniu osi ziemskiej do płaszczyzny orbity tego ruchu
Nagle rankiem i wieczorem ptaki świergolą w zaroślach na wale.
Klucze kaczek, gęsi i im podobnych skrzecząc lecą dokądś nad leniwą Wisłą.
Pachnie ziemią rozgarnianą puchnącymi korzeniami traw i perzów.
W grunt jesienią wsadzone cebule tulipanów wystawiają nad ziemię
neśmiało brunatno-zielone czujki z zapytaniem
Czy to już, azaliż ?
a ja, śmiesznie gnąc się w podokienny trawnik wołam
JUŻ !!!
b.
Klucze kaczek, gęsi i im podobnych skrzecząc lecą dokądś nad leniwą Wisłą.
Pachnie ziemią rozgarnianą puchnącymi korzeniami traw i perzów.
W grunt jesienią wsadzone cebule tulipanów wystawiają nad ziemię
neśmiało brunatno-zielone czujki z zapytaniem
Czy to już, azaliż ?
a ja, śmiesznie gnąc się w podokienny trawnik wołam
JUŻ !!!
b.
wtorek, 24 lutego 2015
panie a... (imię premedytacyjnie nie zamieszczone, żeby go nie upotomniać, choć w zasadzie już jeden taki malarzyna to imię upotomnił i upamiętnił boleśnie niestety na wieki)- niech pana szlag i małe upierdliwe szlaczki strzelą
się ulało. kapało żółcią w naszych relacjach, kapało aż się menisk uwypuklił i ulał zjadliwą, żrącą strugą wypalając politurę biurka. pan a... od samego zarania czyli od lat dwóch był mi wrzodem na rzyci. najpierw, mimo swoich początkowych zadziorów dostał jednak ode mnie cysternę zaufania, gdyż a) to partner biznesowy b) to Czech. a Nohavica też Czech, i Ota Pavel też Czech i Hrabal też Czech i Viewegh też Czech i Vondrackowa też wszak Czech. więc wyprzedzająco zaufałam i czekałam. ale. im bardziej czekałam tym bardziej a... się psował. z ludzkich odruchów prezentował z zapałem tylko te złośliwe, wstrętne i wredne. znosiliśmy to w pracy z godnością czas jakiś dla dobra ludzkości. ale a... w końcu przekroczył cienką czerwoną linię rubikonu z ordynarnym impetem i plując nam w twarz. nie wiem jak zareagować, gdyż nie ogarniam podłości ludzkiej co ponoć nie ma granic, któren to fakt mnie jednak w tym wszystkim strasznie i po ludzku zadziwia. że bo alejakto, że naprawdę? naprawdę można aż tak?! walić między nasze oczy wypatrujące pokoju i pojednania szpadlem upapranym w obłudnym gnoju?! obrzucić wstrętnymi kalumniami, spakować neseserek i pójść na deserek? panie a... niech się pan zadławi kendliczkiem, niech pan dostanie świerzbu na tyłku a ręce niech panu będą za krótkie żeby się tam podrapać. ja tymczasem, otrząsnąwszy się z tego szlamu, pójdę z pieśnią Nohavicy, też Czecha, na ustach:
Dobosz mojego serca
już w oślą skórę wali
a we mnie stają w szyku
kompanii mych sztandary
ja – pacyfistka wieczna
rozjemca w każdej zwadzie
rysuję dzisiaj czaszkę
kredką na swojej fladze
b.
poniedziałek, 9 lutego 2015
o jagience, co włosy trefiła
jagienka miała z natury włosy koloru lnu (ale nie, że bławatne od płatków, jeno słomiane od łodyg) a ostatnimi czasy używając specjalnej omasty nadawała im ton lnu skąpanego w słońcu łowicza a może i toskanii. ładne były te włosy jagienki, takie refleksyjne. aż pewnego dnia jedna strzyga podsunęła jagience specyfik inny całkiem choć wiele albo i wiele więcej obiecujący niż łowiczno-toskańskie refleksy. kto by się nie skusił ten trąba. jagienka nabyła nową omastę i zaprzęgła kopciuszka do poczynienia we włosach tego cudu. kopciuszek napocił się okrutnie gdyż nowa omasta była jakaś taka dziwna. Ale. pan każe sługa musi, prawda. inaczej szast prast i fruu - głowa kopciuszka potoczyłaby się pod komodę. a kopciuszek czasem potrzebuje głowy. głównie gdy je. a jeść kopciuszek lubi wielce i niejedzenie byłoby karą dotkliwszą niż sama dekapitacja. i tak od pasemka do pasemka nałożono dziwną omastę i czekano. jagienka odliczywszy w klepsydrze trzy miliony ziarenek piasku poszła zmyć w stągwi mazurskiej deszczówki czystej jak kryształ wysokogórski swe bujne lniane pukle. jeszcze w roku 2175 potomkowie mieszkańców okolicznych wiosek wspominać będą z trwogą okrutny jęk i złowrogi skowyt jakie rozległy się w ciszy pięknego śnieżnego poranka roku pańskiego 2015 gdy zakończono stosowne ablucje. wikary na głos mrozem niesiony po siołach osiwiał w tepędy całą swoją misternie przy niedzieli układaną zaczeskę, staśkowa krowa spod szczytna w trymiga wyprodukowała skobek żółtego sera podpuszczkowego długo dojrzewającego z pleśnią, małemu wacusiowi z sąsiedniej wsi ze strachu wyżęły się wszystkie zęby choć miał dopiera dni osiem a wieńczysław, kierowca śnieżnego pługa porażony niewiadomym acz strasznym dźwiękiem przebijającym się hardo ponad silnik robura skosił w puszczy nowy trakt na durś do mrągowa (za co w sumie po latach, gdy trwoga opadła, tubylcy będą mu wdzięczni i nazwą nową szosę imieniem szalonego wieńczysława). takto jagienka dała światu znać co sądzi o nowym kolorze swych warkoczów. kopciuszek tknięty złym przeczuciem sam się zdekapitował i położył swą śliczną główkę na srebrnej tacy, tuż obok dwóch setek wódki z zimnym lodem i limonką. tymczasem jagienka okazała światu swoją nową postać, jakiej nie powstydziłaby się małżonka latającego potwora jajecznego spaghetti. ultraintensywna żółć zalała ją oraz warmińsko-mazurskie blaskiem eksplozji supernowy. wkroczywszy do salonu gdzie struchlała rykiem publika czekała nerwowo gryząc dębowe skobelki najpierw swym nowym wizerunkiem odebrała jagienka publice dech a zaraz potem rozum. radzono, radzono aż uradzono, że jagience nader ślicznie jest w wełnianej czapce z fioletowej alpaki i brońciępaniebóg zdejmować. wystarczy jeno resztę konfekcji z alpaką spasować i czekać aż jajeczna żółć przejdzie jakąś metamorfozę w oczy tak okrutnie nie kłującą. w drodze do domu jagienka swą nowo nabytą nadobną żółtą główką kreśliła świetliste widmo esówfloresów z Mazur do stolicy, co co bardziej dociekliwi powinni odnaleźć na zdjęciach satelitarnych z ostatniej niedzieli. i przy niniejszym dementujemy, nie, nie było to żadne ufo bynajmniej. tymczasem w poniedziałek bezgłowy kopciuszek rozpoczął był peregrynacje po miejscowych harrodsach w celu nabycia skutecznego neutralizatora a jagienka poszła do teatru i jeśli panu/pani siedzącym w rzędzie zstępnym pompon z alpaki zbyt wchodził w konflikt ze sceną to jagienka najprawdopodobniej zezuła czapkę. o czym być może przeczytamy już w najbliższej recenzji. i jeśli będą mówić o świetlistej jasności to bynajmniej nie chodzić tu będzie o teatralny reflektor.
b.
poniedziałek, 2 lutego 2015
Limeryki marcowe okazjonalnie profilowane czyli słowotwórczość para(pro)kuchenna made by b.
Pewien kucharz z północnej Bułgarii
Tak się mocno zakochał był w Darii
Że z jaj upiekł na maśle omleta
A gdy rzekła, że dieta ta nie ta
Oddał był w mig cohones swe Marii
wnjosek:
niektórzy, co ze stolicy tutaj zaglądają,
wiedzą już jakie ichże rzeczy tu czekają.
a dyć będą nagrody, i nie byle jakie.
a jeśli się nie sprawią, obejdą się smakiem
chyba że cusik ekstra we w zanadrzu mają
b.
Państwo prosze się (przy)gotuje
ku pamięci
limeryk: aabba
i nie zapomnieć o gieografii
ps.ps
a tak wygląda wzorcowy limeryk, autorstwa Pani Wiesławy (chylę czoło i wszystko inne co mi się pochylić uda)
Żył raz gazda w mieście Sącz,
Co z żętycy robił poncz.
Gdy gość tego nie chciał pić,
Nieboraka kopał w rzyć
I doduszał oburącz.
b.
wtorek, 27 stycznia 2015
Goodbye my love, goodbye
Cholibka, kolejka do Piotrowych Bram się zrobiła. Konwicki, Barańczak, a teraz jeszcze o . Temu się zachciało. do raju. szkoda. Każdego szkoda. ale Demisa jakoś mi tak szkoda bardziej sercem niż rozumem. stara już jestem i wzruszliwa wielce i temuż to faktu na karb zrzucam, że pierwsze takty każdej Jego pioseneczki wyciskają mi zawsze albo uśmiech szeroki jak Ganges albo ślozy chyżo po polikach płynące. Demis zwany Kaftankingiem odszedł i już nie zatańczy z Ireną Dziedzic w żadnym ziemskim amfiteatrze. i nigdy nie stworzy już takich słońcem i wiatrem od morza podszytych piosenek szczerze serce szczypiących. a tyle w tych piosenkach było uczucia, tkliwości i radości życia. Kochani Grecy, bardzo Wam (i sobie takoż) współczuje Tego odejścia. Goodbye, my love. goodbye Demisie. graj Tam na najlepszych koncertach i dancingach i ukołysz łagodnie wszystkich naszych bliskich swoimi ślicznymi, latem pachnącymi piosenkami
b.
b.
czwartek, 22 stycznia 2015
podszewka zaniechania
może i jabym o co napisała, ale kto mi rączke rozbuja. po świątecznej nirwanie i przerwie śladu tyle co po kosmitach na kaktusie. w biurze tradycyjny pożar w burdelu (ha! w lutym pójdę w końcu i ja obaczyć, czy ten kabaretowy jakosik przystaje do mojej rzeczywistości. tuptam relaxami ze zniecierpliwienia. mówią weki, że silnie okraszony nieobyczajnymi pannami na k. będę więc słuchała selektywnie bo mam drażliwe na k ucho). codziennie zaczynam w biurze przed ósmą, kończę przed siódmą jako wyleniały flak na kaszankę. a chodzą słuchy, że bliscy bliźni mają jeszcze gorzej. się nie będę licytować. w każdem przypadku to granda i tu pardonemła cytat z Dukaja wszystko to „chuj, zbój i propaganda” rzekłam. nadomiar roman znowu w szpitalu. chcieli mu wszczepić baypasy ale się okazało, że akuratnie wyszły i nie wiadomo kiedy wrócą. a przecież poszłam z nim do doktora jedynie z powodu niepohamowania w ręku. bo jak zauważyłam, na ręcznym z górki ślicznie się roman stacza, ruchem jednostajnym i dostojnym ale jednak stacza. a pan Zenek, ten od wlepiania przepustek i stempli mówi , że nie nada. żenada. no a po prześwietleniu wyszły baypasy i inne cenne frykasy. bidulek rozpruty leży więc na stole operacyjnym i czeka na organa a ja tymczasem popylam komunikacją miejską. bileciki karnie kasuję i fru, fajnie jest. gorzej, że jak z buta od przystanku to albo leje albo jak dzisiaj się zimie przypomniało, że ojej zapomniałam nasypać w grudniu to teraz zrobię biały nalot dywanowy. no topsz. w końcu się śnieg zimie jak psu buda z michą przynależy. za przyczyną mokrych opadów ze skonsternowaniem skonstatowałam, że moja mokra czapka z pomponem pachnie zwarciem instalacji elektrycznej. serio serio. to jest naprawdę surrealistyczne wrażenie, gdy w środku miasta na chodniku poczujecie swąd z przepalonego gniazdka. chyba nie chcę wiedzieć z czego ta czapka jest zrobiona. czyżby z wełny owcy przegryzającej kabel od żelazka? no ale. się nie boję wcale. bom wszak wnuczka elektryka a wiadomo. elektryka prąd nie tyka. w czem pokładam głęboką nadzieję patrząc jak mój kuchenny żyrandol coraz niżej opada wyciągając z sufitu kolejne metry kabla. jak tak dalej pójdzie, za jakiś miesiąc spodziewam się na jego końcu ujrzeć głowę generalnego dyrektora pobliskiej elektrowni i jego paprotkę. bo się mi dyrektor zawsze jakoś z paprotką kojarzy (Gruza, Gruza winny. wszystko przez Czterdziestolatka i jego Zjednoczenia). tymczasem idę sobie stąd. bo na mnie czeka różowiutki ozór w galarecie i słoik chrzanu. co jakoś dziwnie mi nie zgadza się, sprzeciwia, KOLIDUJE! jednakowąż bądź z moją ideją bycia wegetarjanem. bo ja owszem. mogę być wegetarjanem . ale. tatar, mielone, schaboszczak, nóżki cielęce i ozorek zostają!
b.
Subskrybuj:
Posty (Atom)