lato w mieście to najgorsza tortura, na przekór słonecznej ekspozycji– najmroczniejsza. z pozoru i z „prawie” nie widać różnicy a jednak. kiedy rankiem jadę przez puste prawie miasto i choć jeszcze prawie śpię, to już wiem. wiem do diska, że przeważająca część społeczeństwa leży w tym czasie w kurorcie górsko-mazursko-nadmorsko-działkowym a za kilka godzin wejdzie na szlaki, wskoczy na konia lub rower, zasiądzie w kajaku, podryfuje po morzu albo jeziorze w gumowym aligatorku lub rozciągnie się leniwie w leżaczku fwp z panną krysią lub panem mietkiem u zapatsonego boku. brak korków to nędzna rekompensata i licha nagroda dla cierpiących na urlopową obstrukcję, pozostających ( wbrew sobie, rozsądkowi, pogodzie, pożądaniu, tęsknocie i innym letnim imponderabiliom) w mieście obywateli. idę przez bazarek i mam nieodpartą chęć położyć się wśród pełnych owoców i jarzyn skrzynek i napawać się latem wszystkimi zmysłami. nawet, gdy tak jak dziś, lato się zawiesza i wisi mi nad głową hermafrodytyczną , bezbarwną galaretą.
z myślą o dniach, kiedy tęsknię już nie za a po, spróbuję zamknąć trochę lata w słoiku. złote czereśnie zaleję kirszem (łotewer to jest) , dorzucę laskę (wanilii) i skórkę (pomarańczki) i przez 6 tygodni będę krążyć wokół słoja jak derwisz w transie.
a potem będzie sikłel opowieści o czereśni.
b.
ps. a wieczorem
omatko noo. tylko człowiek temu latu zarzucił hermafrodytyzm a to już . pręży bicepsy, robi czajniczek i pufa żarem. planowana czereśniówka straciła szansę dosłowności i wierności przepisowi. w dziale z wódkami szybciej nabędę wysokooktanową wodę brzozową niźli owocowego obstlera. kilometry wódek udających owocowe, jednak gdy drapanąć po nalepce okazywa się pędem ziemniaczanym lub pszenicznym. a czereśniówka łaknie wódki na jabłkach, gruszkach, śliwkach, wiśniach ale sumiennie przedestylowanej. znaczy przejrzystej . a tu diupa blada. załamawszy się przy alkoholowym regale niczym koneser, któremu zbrakło dwa złote na niweczącą kaca małpeczkę salicylatu, podjęłam odważną, nieprzewidywalną w skutkach decyzję, użycia alkoholu strikte owocowego lecz jednak kolorowego. wiśniówka lubelska – to ona odciśnie swe piętno na nalewce w miejsce bezbarwnego kirszu. ponoć przepuszczając denaturat przez razowca wytrąca się z równowagi fiolet. nie mam razowca. czy przepuszczenie wiśniówki przez suchary beskidzkie da podobny efekt? raczej nie zaryzykuję. nabywszy wszystkie niezbędne składniki z kandyzowanym cukrem iklusiv (ręka mi drżała przy zanabyciu pół funta tegoż , albowiem za tę cenę mam cukru na pół roku przy założeniu, że codziennie słodzę /a przecież nie słodzę !!!/ kawę , herbatę, kartofle i robię sobie cukrowy peeleing niemałych powłok skórnych. dwa razy) , no więc zanabywszy cząstki elementarne nagle! doczytałam się, że obsadzone w roli głównej czereśnie winny być winne a ponadto zdecydowanie pozbawione pestek. a alaska brylująca z dezynwolturą frymusnej pani domu po targu owocowo-warzywnym zaopatrzyła mnie w wersję pestkowąąąą, buuu. kumuluję więc teraz całą energię na bezstykowym teleportowaniu pestek z czereśni . ludzie wyginają wzrokiem aluminiowe łyżeczki. wyzucie pestki z miękkiego miąższu powinno być more izi. ... lecz nie jest. idę. uzbrojona w agrafke zamieniam się w drylownicę.
b.
środa, 22 lipca 2009
poniedziałek, 20 lipca 2009
środa, 15 lipca 2009
o członkostwie
prasa donosi:
firmy deratyzacyjne sypią jak z rękawa różnymi lokalizacjami. żerań cały jest zaszczurzony. dużo jest ich w śródmieściu, na mokotowie, pradze-południe. gryzonie pojawiają się nie tylko w wieżowcach i starych kamienicach, ale też na nowych osiedlach. ostatnio z toalety na Saskiej Kępie wyjąłem dwa szczury – przyznaje deratyzator. teraz przenoszą przede wszystkim salmonellę i inne choroby układu pokarmowego. no i oczywiście mają wszy, pchły, pluskwy. przyjemne nie są, ale na ludzi się nie rzucają – mówi dr specjalista szczurołap.
i tak to ziszcza się moja trauma numer dwa. trauma numer jeden , zabijcie mnie kruszonym lodem nie wiem skąd, to wizja publicznej toalety z wieloma kabinami, w której zawsze , bez wyjątku , mam nieodparte wrażenie, że po otwarciu którejś z nich zastanę tam nieboszczyka. wersje , zależnie od nastroju są różnorakie. czasem ten nieboszczyk wydawa mi się , będzie wisieć, innym razem powinien mieć podcięte żyły. panicznie się lękam takich przybytków i drzwi kabin otwieram jedynie pod wyjątkowo silną, fizjologiczną presją. trauma numer dwa to szczur w sedesie, wypływający oczywiście gdy na nim zasiadam. wiadomość o wyłowionym szczurze na Saskiej Kępie, z wiadomych względów skutecznie zablokowała mi pęcherz. poważnie przemyśliwam nabycie służbowego nocnika. zapisać go w raporcie kasowym jako wydatek na reprezentację czy raczej artykuły biurowe? i czy żerań, to też tarchomin? a jeśli nie, to czy szczury wędrują do miasta (uf!), czy raczej z miasta na obrzeża (o hesusie!). w takich momentach z żalem konstatuję brak membrum virile.
b.
firmy deratyzacyjne sypią jak z rękawa różnymi lokalizacjami. żerań cały jest zaszczurzony. dużo jest ich w śródmieściu, na mokotowie, pradze-południe. gryzonie pojawiają się nie tylko w wieżowcach i starych kamienicach, ale też na nowych osiedlach. ostatnio z toalety na Saskiej Kępie wyjąłem dwa szczury – przyznaje deratyzator. teraz przenoszą przede wszystkim salmonellę i inne choroby układu pokarmowego. no i oczywiście mają wszy, pchły, pluskwy. przyjemne nie są, ale na ludzi się nie rzucają – mówi dr specjalista szczurołap.
i tak to ziszcza się moja trauma numer dwa. trauma numer jeden , zabijcie mnie kruszonym lodem nie wiem skąd, to wizja publicznej toalety z wieloma kabinami, w której zawsze , bez wyjątku , mam nieodparte wrażenie, że po otwarciu którejś z nich zastanę tam nieboszczyka. wersje , zależnie od nastroju są różnorakie. czasem ten nieboszczyk wydawa mi się , będzie wisieć, innym razem powinien mieć podcięte żyły. panicznie się lękam takich przybytków i drzwi kabin otwieram jedynie pod wyjątkowo silną, fizjologiczną presją. trauma numer dwa to szczur w sedesie, wypływający oczywiście gdy na nim zasiadam. wiadomość o wyłowionym szczurze na Saskiej Kępie, z wiadomych względów skutecznie zablokowała mi pęcherz. poważnie przemyśliwam nabycie służbowego nocnika. zapisać go w raporcie kasowym jako wydatek na reprezentację czy raczej artykuły biurowe? i czy żerań, to też tarchomin? a jeśli nie, to czy szczury wędrują do miasta (uf!), czy raczej z miasta na obrzeża (o hesusie!). w takich momentach z żalem konstatuję brak membrum virile.
b.
wtorek, 14 lipca 2009
marząc o chłodnej celi w Bastylii
głosem skacowanego Himmilsbacha (wróżę przyszłość w dubbingowaniu niebieskich ptaków) rączy młodzieniec o posturze misia kuleczki nagabywa matkę o fizjonomii dwukrotnie zwiędłej roszponki : mama mi teraz kupi drożdżówkę, bo jestem okropnie głodny. tylko nie jagodziankę, generuje ton zcietrzewionego terrorysty. nie znoszę jagodzianek. roszponka imitując ramionami powiew wiatru negocjuje czereśnie, jabłko, paróweczkę. gdy wypełzam z bazarku stoją karnie w ogonku po drożdżówkę. miś kuleczka i pani roszponka. upał i wisząca w powietrzu burza zbijają każdy argument. nabyte cztery pomidory i sprej w offie wyciągają mi ręce do ziemi.
a dziś Prise de la Bastille 14 juillet 1789 .
w tym ponurym więzieniu czasem dłużej a czasem krócej przebywali rozciągani kołem nad rozżarzonym ogarkiem i dźgani brudnym szydełkiem :człowiek w żelaznej masce, Wolter, Markiz de Sade, René Auguste Constantin de Renneville Charles de Valois, diuk Angouleme ,Hugues Aubriot , Louis François Armand du Plessis, książę de Richelieu, Pierre François de Rigaud, markiz Vaudreuil-Cavagnal , Marguerite De Launay, baronowa Stael, James Douglas, 4. earl of Morton , François Henri de Montmorency-Bouteville, diuk Luksemburga ,François de La Rochefoucauld , Jacques Brissot , Charles François Dumouriez , Roger de Rabutin, hrabia Bussy , John Vanbrugh , Madame Guyon
tymczasem 14 lipca roku 1789 z twierdzy uwolniono zaledwie lichą garstkę więźniów :czterech fałszerzy, hrabiego oskarżonego o kazirodztwo i dwóch szaleńców. i o. tyle rejwachu w sumie o nic. gdybyśmy my za każdą spektakularną ucieczką z mamra naszych milusińskich mieli ustanawiać święto państwowe tobyśmy pracowali 30 dni w roku. ale niech im tam: viv la frans. ole, dorzucam szeptem , kontestując paradygmat tegorocznego !@#$%^&% lata.
b.
a dziś Prise de la Bastille 14 juillet 1789 .
w tym ponurym więzieniu czasem dłużej a czasem krócej przebywali rozciągani kołem nad rozżarzonym ogarkiem i dźgani brudnym szydełkiem :człowiek w żelaznej masce, Wolter, Markiz de Sade, René Auguste Constantin de Renneville Charles de Valois, diuk Angouleme ,Hugues Aubriot , Louis François Armand du Plessis, książę de Richelieu, Pierre François de Rigaud, markiz Vaudreuil-Cavagnal , Marguerite De Launay, baronowa Stael, James Douglas, 4. earl of Morton , François Henri de Montmorency-Bouteville, diuk Luksemburga ,François de La Rochefoucauld , Jacques Brissot , Charles François Dumouriez , Roger de Rabutin, hrabia Bussy , John Vanbrugh , Madame Guyon
tymczasem 14 lipca roku 1789 z twierdzy uwolniono zaledwie lichą garstkę więźniów :czterech fałszerzy, hrabiego oskarżonego o kazirodztwo i dwóch szaleńców. i o. tyle rejwachu w sumie o nic. gdybyśmy my za każdą spektakularną ucieczką z mamra naszych milusińskich mieli ustanawiać święto państwowe tobyśmy pracowali 30 dni w roku. ale niech im tam: viv la frans. ole, dorzucam szeptem , kontestując paradygmat tegorocznego !@#$%^&% lata.
b.
sobota, 11 lipca 2009
winoteka
niniejszym Radcostwu podziękowalny dyg za typ. otóż faktycznie wino truskawkowe wchodzi jednym haustem i rozlewa się po trzewiach łagodnością i afirmacją życia (poza nawiasem afirmacji nadal pozostaje !@#$%^&* pogoda ze zrozumiałych względów, ną keskjuz, tu nie bierzemy jeńców). wracam z kina cisnąc gaz i razem z szepleniącą whitney drę się aj łyl olłejsz lowżju a wiatr rozwiewa mi rzednące skronie. miewam czasem takie niczem nieuzasadnione poczucie galopującej gotowości do świata miłości. potem wstawiam do pieca indyka i kontempluję wypełniający kąty posesji czosnkowy entourage . a w tle w eterze lata kiczowaty erzac lata – sanszajn , sanszajn rege. taka sobota.
b.
b.
czwartek, 9 lipca 2009
lato z jajem

właśnie odkryłam w swej przepastnej, huczącej lodówce niebieskie jajo. najpierw poszedłszy tokiem ornitologicznym pomyślałam, że jakaś pleszka przy nadziei wpadła przez rozszczelnione okno i podrzuciła mi to jajo. do lodówki, bo może łatwiej się otwiera niż piekarnik? albo chciała sobie zahibernować potomka na później? jest jeszcze koncepcja, że to jajo wielkanocne. ale to słaba koncepcja. albowiem zrujnowałaby mój wizerunek perfect houswife. choć bogiemaprawdą ten wizerunek jest dość kulawy, zwłaszcza gdy zajrzeć na półkę z prasowaniem. uuuu. ta półka plasuje mnie w ścisłej czołówce destrojer of the world. o znowu leje. oczywiście, że leje, przecież mam chwilowy urlop. rower mi rdzewieje. okno mi porasta morszczynem. @#$%^&*#@ lato.
b.
b.
wtorek, 7 lipca 2009
Championship of laziness

powroty. hm.
powroty z weekendów.
koszmar mieszczucha.
bo tam, na wietrznym wzgórzu mazurskim,
wydaje się, że życie ma inny rytm.
czas słońca i księżyca są spójne z zegarem biologicznym.
deszcz czy inne niuanse niepogody/pogody są nam tam
z natury przynależne i bliskie jak ciału koszula,
nawet aniechby , nonajron.
akceptowalne, niekontestowalne, oswojone i słuszne.
wszystko proste jak obsługa grila i łyk złotego schłodzonego.
takie łatwe życie - tak trudny powrót.
i jak wrócić, żeby się odnaleźć.
i w czym odnaleźć.
w raporcie kasowym ?
b.
b.
Subskrybuj:
Posty (Atom)