no to siedzę i czekam na deszcz. w lewej ręce cif do okien w prawej specjalistyczny osprzęt. odprawiam rytualne modły o opad. bo. wtedy z mycia okna usprawiedliwione nici. bo. tak naprawdę chce mi się nic. no może poza powrotem na zełwągów łono. już tyle dni nie miziałam bazylowego futra . idę pomiziam okno i podłogę. ...
łąn ałer lejter
o od razu lepiej. jak się człowiek złacha to go małe tęsknoty , krótkie tęsknoty na chwilę odejdą. wstręt do powrotu do pracy jednak nie mija tak szybko. moja gotowość do kontynuacji kariery zawodowej wytliła się w poniedziałek o 9:30 definitywnie. umówiłam się dziś z kolegą co oblega hiszpańskie plaże, żeby i dla mnie znalazł tamże ciepłą posadkę rozkładacza leżaków przy barze z tapas. ponadto uważam , że iż w ramach programu wyrównywania poziomu życia w europie unia powinna wprowadzić obowiązkową rotację i derejonizację narodów. niechby sobie i taki smagły hiszpan poznał co to bałtyk w lecie (on w takiej wodzie mrozi szprotki na ceviche) lub listopadowa słota przez cztery bite miesiące. niechby se taki grek fetował na naszym marcowym przednówku. niechby se taki italianiec zrobił sjestę w godzinach szczytu urzędowania. a ja bym chętnie pomieszkała na plaży pod palmą przez ćwierćwiecze jako zadośćuczynienie za krótkich urlopów, za mokrych jesieni, za małych krewetek drugiej świeżości. w ogóle taki mię jakiś bunt i kontestacja zastanej pourlopowej rzeczywistości ogarnia, że normalnie czuję zew krwi. i na podobieństwo canis lupus zawyłabym donośnie a potem spakowała tobołek i poszła sobie w jakieś fajne precz.
b.
wtorek, 18 sierpnia 2009
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
fee verte









goronco. i duszno. nobo lato. hm. dla kogo lato dla tego lato. dla niektórych mimowolne skradanie do jesieni. urlop spędzony (nadszedł bowiem koszmar czasu przeszłego). słusznie, leniwie (300 km na rowerze wliczone w szczególną odmianę relaksu dla tych, co lubią wycisnąć siódme i dziewiąte poty na piaszczystych podjazdach i miłujących wiatr w facjtę przy zjeździe 40 km/h), wśród cichych jezior, bagiennych stawów, pagórków porośniętych dzięcieliną , hyzopem i pałką, na leśnych bezdrożach i wśród połaci rżysk pachnących dobrze zmrożoną żubrówką. spuchłam estetyką kiczu zachodzących słońc kąpiących się w wieczornej mgle i tryliarda odcieni zieleni balansującej od płowych traw po soczyste , szmaragdowe absynty. na języku wciąż smak duszonej karkówki i kołdunów pływających w szkarałatnym barszczu - z króliczej nory . i poranny klęgor żurawi. i pomidor na bułce z tyrolską. i to wszystko to już archeologia. ech.
b.
wtorek, 11 sierpnia 2009
szort mesydż
jeśli chodzi o naturę naszego wywczasu, nikt nie odda jej lepiej niźli MUNDEK:
ponadto uprawiamy tu lejzines do potęgi i wogle nie tęsknimy za stolycą a nawet rozpatrujemy wariant emigracji forerwer albowiem zełwągi rules!!!
ari we der czi oll !
b.
ps.
Ju, nieustająco polujemy na stosowne zdjęcia, wiesz kogo, i ściskamy Cię serdeczniachno :)
piątek, 31 lipca 2009
bądź gotowy dziś do drogi, drogi, którą mariolka znaaaa
no dobra. przytuptałam tu do was tylko na chwileczkę. ale za to prosto z Krakowa. cudem przytuptałam po tym jak moja nawigacyjna mariolka najpierw , gdzieś pod kielcami , już w drodze na delegację, obrała tryb pracy dla kierowcy niewidomego i zbojkotowała pokazywanie mapy i ino gadała. dobra , pomyślałam, mnąc w ustach !@#$%$#@!, ty ździro jedna! klient prawie się nie zorientował, że go z Balic wywoziłam do Krakowa zataczając dwie identyczne pętle wokół lotniska. ponieważ czekał na mnie w skwarze dwie godziny, lekko był nieprzytomny. choć w końcu zapytał „was ist das: lewo?” kiedy siedemnasty raz na natarczywe żądanie mariolki skrętu w lewo skręcałam w prawo. wytłumaczyłam mu, że to taka slapstikowa wersja nawigacyjna i należy reagować przeciwpołożnie na wskazania. za to gdym już wyruszywszy do domu stanęła na powrót u bram królewskiego grodu w gąszczu nieznanych mi ni ku ta ulic, mariolka czknęła, dostała zaparcia i jedynie wyświetliła mi komunikat „lokalizuję satelitę”. i tak se lokalizowała do janek . !@#$%$#@. ździra dubeltowa. . na szczęście drogę do mikołajek mam w genach i tu mi może mariolka najwyżej kucnąć i ucałować pięty. no to tymczasem idę się wczasować. bądźcie zdrowi i grzeczni ! zara wracam.
a’hoj
b.
a’hoj
b.
sobota, 25 lipca 2009
idem per idem
inkryminuje sięmitu oraz imputuje (tak tak, do pań wytykam mój palec, droga pani B., i droga alasko) , iż sypiam ze słownikiem wyrazów obcych i obcesowo uprawiam na blogu inkluzję, najprawdopodobniej obelżywych, implantów językowych. zrozumiałabym obkładanie mnie infamią z powodu indolencji interpunkcyjnej, wobec której konsekwentnie pozostaję w permanentnym indyferentyzmie. albowiem rzeczywiście między mną a interpunkcją istnieje wielka jak rów marjański incompatibilia a gdy tak introspektywnie zanurzę się w rozważania o to mogłabym też oświadczyć swoją niepohamowaną idiosynkrazję do tej dziedziny gramatyki. tu sypie głowę popiołem i upraszam indulgencji gdyż w rzeczy samej daleko mi do idolatii przecinka.
ale skarga, że iż używam w nadmiarze wyrazów obcych? ja ? ależ przecież. a ponadto. inklinacja do stosowania bynajmniej irrelewantnych zwrotów jest ściśle inkoherentna z immenantną cechą osobowościową idiolektu infantylnego grafomana. co przecież in ipso facto expressis verbis oddaje sedno sedn autorki bloga. no więc na wasze zarzuty moja riposta jest prosta: a wcale, że nie !
b.
ale skarga, że iż używam w nadmiarze wyrazów obcych? ja ? ależ przecież. a ponadto. inklinacja do stosowania bynajmniej irrelewantnych zwrotów jest ściśle inkoherentna z immenantną cechą osobowościową idiolektu infantylnego grafomana. co przecież in ipso facto expressis verbis oddaje sedno sedn autorki bloga. no więc na wasze zarzuty moja riposta jest prosta: a wcale, że nie !
b.
piątek, 24 lipca 2009
pogorzelce pogorzałce
ojciec-dyrektor przybywający czasowo na wczasach jest przez nas oraz przez grzeczność a także z powodu ograniczonej tęsknoty nękany telefonicznie rzadko i tylko w przypadku pożaru. nie będąc kamikadze nie zamierzałam popełnić publicznego, dobrowolnego seppuku informując ojca–dyrektora na wywczasach o rebelii i trzęsieniu ziemi jakie wstrząsnęło wczoraj posadami mojego biurka i kilku innych biurek w europie. ale dziś, gdy nieoczekiwanie dla wszystkich znagła wzeszło słońce nad azkabanem, gołąbki pokoju z gałązką oliwną w dziubkach obesrały mię na szczęście(muszę ten ekskrementalny wątek kontynuować dla zachowania jedności stylistycznej z ostatnim akapitem ostatniej notki) a pożar zatlił, syknął i znikł był. no więc, gdy już udeptaliśmy pogorzelisko i wyciągnęli z niego cenne łupy to nadszedł czas sprawozdawczego telefonu do ojca-dyrektora. relacja post fatum uzyskała formę hołdującą prostocie i minimalizmowi i w swej konstrukcji nieco przypominała stary i zleżały dowcip o hrabim:
hrabia po dłuższym pobycie za granicą wraca do swoich posiadłości.
na dworcu czeka na niego zaprzęg koni i wierny sługa jan.
- no i cóż tam zdarzyło się nowego we dworze podczas mojej nieobecności, janie?
- nic nowego jaśnie panie... no może tylko to, że azorek zdechł.
- azorek?! mój ulubiony pies? jak to się stało?
- ano nażarł się końskiej padliny, to i zdechł.
- a skąd we dworze końska padlina?
- konie się poparzyły, to zdechły.
- jak to konie się poparzyły?... od czego?
- od ognia, panie, jak się stajnia paliła.
- a kto podpalił stajnie?
- nikt, od płonącego dworu się zajęła.
- na miłość boska, to i dwór spłonął? jakim sposobem?
- ano po prostu. świeczka przy trumnie teścia pana hrabiego się przewróciła i firany się zajęły.
- och! a czemu mój teść umarł?
- bo jaśnie pani uciekła z tym oficerem, co się z nim od trzech lat spotykała.
- spotykała się od trzech lat?! no to przecież nic nowego!
- właśnie mówiłem, jaśnie panie, że nie zdarzyło się nic nowego.
i nim ojciec-dyrektor pojął grozę relacji-sytuacji zręcznie skręciłam tematem wyprowadzając nas z bagiennej mielizny na słoneczną szosę .i tak to spośród pól i rzek wyszliśmy na brzeg.
A dla lubieżników hrabiego jeszcze taka dykteryjka:
hrabia, przeglądając kobiecy żurnal mówi do żony:
- krystyno, tu piszą, że kobiety w czasie uniesień seksualnych krzyczą. u ciebie tego nie zauważyłem.
- krzyczałam, krzyczałam, tylko ciebie przy tym nie było!
b.
hrabia po dłuższym pobycie za granicą wraca do swoich posiadłości.
na dworcu czeka na niego zaprzęg koni i wierny sługa jan.
- no i cóż tam zdarzyło się nowego we dworze podczas mojej nieobecności, janie?
- nic nowego jaśnie panie... no może tylko to, że azorek zdechł.
- azorek?! mój ulubiony pies? jak to się stało?
- ano nażarł się końskiej padliny, to i zdechł.
- a skąd we dworze końska padlina?
- konie się poparzyły, to zdechły.
- jak to konie się poparzyły?... od czego?
- od ognia, panie, jak się stajnia paliła.
- a kto podpalił stajnie?
- nikt, od płonącego dworu się zajęła.
- na miłość boska, to i dwór spłonął? jakim sposobem?
- ano po prostu. świeczka przy trumnie teścia pana hrabiego się przewróciła i firany się zajęły.
- och! a czemu mój teść umarł?
- bo jaśnie pani uciekła z tym oficerem, co się z nim od trzech lat spotykała.
- spotykała się od trzech lat?! no to przecież nic nowego!
- właśnie mówiłem, jaśnie panie, że nie zdarzyło się nic nowego.
i nim ojciec-dyrektor pojął grozę relacji-sytuacji zręcznie skręciłam tematem wyprowadzając nas z bagiennej mielizny na słoneczną szosę .i tak to spośród pól i rzek wyszliśmy na brzeg.
A dla lubieżników hrabiego jeszcze taka dykteryjka:
hrabia, przeglądając kobiecy żurnal mówi do żony:
- krystyno, tu piszą, że kobiety w czasie uniesień seksualnych krzyczą. u ciebie tego nie zauważyłem.
- krzyczałam, krzyczałam, tylko ciebie przy tym nie było!
b.
czwartek, 23 lipca 2009
pożar w burdelu
a tymczasem w biurze aktualnie taka akcja, TAKA AKCJA, że mam wielokrotny zawał, tachykardię, pląsawicę wielokończynową i bezdech. przełożywszy na język lucki wygląda to tak: ślub za 20 minut , panna młoda odbiera sukienkę, bukiet i pana młodego. sukienka jest trzy rozmiary za mała , w kolorze bagiennego torfu, pognieciona i dziurawa, bukiet z uwiędłych chryzantem miast kremowych gardenii, pan młody uchlany, ze złamanym nosem i posuniętą amnezją. urząd stanu cywilnego płonie, gości przesłuchujeuje abw, w garach eksploduje żurek , na torcie , przebrana za wisienkę, śpi chińska striptizerka – pamiątka po wieczorze kawalerskim.
i o. ostał mi się ino sznur.
b.
ps. pół godziny później
no i pierdziu, się posrało (no sorry)
i o. ostał mi się ino sznur.
b.
ps. pół godziny później
no i pierdziu, się posrało (no sorry)
Subskrybuj:
Posty (Atom)