poniedziałek, 24 września 2012
Estetyka mazowiecka vs. estetyka dalmacka
prosty człowiek, nawykły do równin i względnych płaszczyzn krajobrazu, w spotkaniu z górami musi przeorganizować swoje pojęcie orientacji przestrzennej oswajając uwypuklenia rzeźby terenu. jako tako radzi sobie prosty człowiek z Tatrami płynnie przechodząc w zachwyt nad poszarpanymi szczytami a nawet, ba, dolinami zawieszonymi wyżej niż przeciętna mazowiecka górka szczęśliwicka mając do dyspozycji kilkusetkilometrowy odcinek aklimatyzacyjny stopniowego wybrzuszania się równiny. ale czego może doznać człowiek prosty, gdy staje przed ekstatycznym i estetycznym geograficznym absolutem, kiedy to majestatyczne i wysokie górskie krawędzie, których szczyty częstokroć gdzieś hen ponad chmurami, nie tylko malowniczo rysując widnokrąg schodzą nagle w dół ale one jeszcze schodzą bez dystansu wprost do morza (choć niejeden geolog dałby mi dyscypliną po łapach, że a cóż to za brednie, że właśnie odwrotnie, że one z tegoż morza wyłażą. pfff. punkt widzenia zależy, wiadomo. jak się siedzi na tarasie z widokiem na szmaragdowe morze, to góry doń schodzą. jak do wodopoju. koniec i kropka). przez lata ukształtowana świadomość geograficzna, że morze to tam na północ a góry o tam na południe, wprawia mazowieckiego prostego człowieka w elementarny albo i nawet wzorcowy stupor, kiedy to nagle cały ten, pokoleniami uświadamiany bezkresny dystans od Bałtyku do Tatr musi zmieścić w kilkunastu metrach pomiędzy stromą krawędzią pasm górskich a brzegiem sennego morza. a to morze to też jakoś nie przystaje tak gładko do swojej bałtyckiej definicji dużego zbiornika zimnej, koloru bagiennego wody, bezprzerwnie szumiącej i toczącej na piaszczysty brzeg spienione bałwany i resztki fląder. to morze bałwanów ni fląder raczej nie toczy, czasem tylko sięgając do jakiegoś sztormowego pierwowzoru próbuje spienić tę czy inną falkę, ale to naprawdę żałosna i z reguły nieudana próba imitacji. to morze należy do typu immanentnego flegmatyka o błękitnych, przejrzystych , półsennych oczach. można by więc z powodu tego morza zagubić się w przyswojonych archetypach, kodach i wzorcach i zasromać się, no co z tym morzem, gdyby z tej dychotomicznej opresji nie ratował człowieka czysty zachwyt. nad jego przeźroczystą akwamaryną, nad przyjazną temperaturą, nad brzegiem obrośniętym piniami o szerokich i rozłożystych jak baldachim sułtana słodkopachnących koronach, nad białymi wapiennymi skałami, na których można spocząwszy moczyć stopy i zapatrzeć się w widnokrąg usiany wyspami lub wypatrywać cierpliwie srebrnych rybek ławicami wyskakujących z wody niczym garść do góry przez neptuna wyrzucanych ku radości lądowej gawiedzi diamentów. a gdy się schodzi wąską ścieżką na plażę pokonując wykute w wapieniu drobne schodki, to mija się niskopienne krzewy z pęczniejącymi na słońcu gronami złocistych i granatowych winogron, grządki wysuszonych słońcem warzywników z rozgrzanymi pękatymi i żółtymi kabaczkami, podąża się w cieniu niskich , rosochatych drzewek obficie obsypanych zupełnie jeszcze niedojrzałymi i niestety, tfu, niezjadliwymi oliwkami w kolorze tkniętej mglistym błękitem zieleni. mija się, mięciutkie jak chałka bez skórki, figi dyndające na drzewkach niczym miniaturowe tykwy ze słodkim miąższem . a wszędzie rosnące mazowieckie tawuły zastępują tu dzielnie ogromne (jak na pojmowanie użytkownika ziół z torebki) krzewy wonnego rozmarynu. zejście nad morze przypomina więc wędrówkę przez aromatyczną spiżarnię. w malutkich miejscowościach (ech Pisaku ty nasz, kochany Pisaku) plaże są oczywiście malutkie , usypane z malutkich białych kamyczków (kolejny zonk dla dotychczasowego użytkownika piaskowych plaż wielokilometrowych). nie ma tu pasaży handlowych z plastikowymi wiatraczkami, góralskimi ciupaskami, z dmuchanymi spajdermenami z kolorowej cynfolii. nie ma budek z prażoną kukurydzą i smażoną, wielokrotnie rozmrażaną rybą. w malutkich zatoczkach, przy malutkich marinach z malutkimi jachtami i łodziami rybackimi zapraszają nienachalnie do konsumpcji przytulne lodziarnie, kawiarenki i konoby, w których po zmierzchu serwuje się świeże owoce morza i boskie cevapcici prosto z kamiennego grila. i jak to w krainie niespiesznych wakacji, niespiesznie przyjmowane są zamówienia i raczej niespiesznie grilowane są sardele i plejskawica w porcjach ogromnych, jakby miały zaspokoić ichniejszego drwala po potrójnej szychcie. czekając na zamówienie powoli sączy się lekko rozwodnioną rakiję. bo i po co się spieszyć. szkoda zbyt szybko zamknąć kolejny błogi dzień w Dalmacji.
b.
a w następnym odcinku, jeśli mię łaskawe bałtyckie wiatry przywieją z Gdańska do domu, będzie o efekcie ciżbanowymi Istrii i o tym jak otumaniona prsiutem omalże rozjechałam kowboja w Gornij Brela.
poniedziałek, 17 września 2012
Hrvatski fotoplastikon czyli przaśne pocztówki z
najprzódy nasłuchawszy się i naczytawszy, że ojojoj jaka ta Chorwacja śliczna ajwaj cmok cmok, jechałam z pewnością doznania względnie przyjemnej estetyki z dodatkiem wysokich jak na wrzesień temperatur. nie, żem tam zaraz zblazowana jechała. raczej nastawiona, że zasadniczo ładnie niż brzydko. w zaciszu ciemnej strony umysłu tkwił jednak chochlik i szeptał, bueee, wszyscy chwalą, musi jakaś wypomadowana z wierzchu landryna a pod spodem dziegć i kicz na pożywkę otumanionych turystów. no więc, proszę Państwa i owszem. landryna. landryna do sedna sedn. ale. landryna o niezwykle wysokiej jakości cukru. chciałby człowiek opisać tak po ludzku, po hemingweyowsku rąbnąć pięścią w stół i surowym okiem spojrzawszy wydobyć z siebie jakiś krytyczny osąd i trzeźwy komentarz, choćby zwykłe buee albo eeetam. ale. no nie da rady (prawie, ale o wyjątkach potem). bo jestci też Chorwacja tak oku i duszy miła, że z miejsca rwie za serce i pozwala się z błogim westchnieniem i z wzajemnością napawać. no to żem się napawała. do immanentnego wypęku. dlatego przytaczam tu tymczasem przygarść pocztówek a gdy okrzepnę i odtajam z błogostanu, zdam słowne świadectwo. zdjęcia w kolejności podle naszej podróży z południa zachwycającej Dalmacji na północ do intrygującej (a czasem irytującej) Istrii:
Pisak, czyli hołm słit hołm z plażą na podorędziu
Szibenik
Trogir
Split
Imotskie
Droga na Ostrołękę

Pisak, czyli hołm słit hołm z plażą na podorędziu
Szibenik
Trogir
Split
Imotskie
Droga na Ostrołękę

Omiś
Dolina Neretwy
Dubrownik
Jeziora Plitwickie
Rovinj
Vrsar
Groznjan
Cyprysowa aleja
Oprtalj
Roć
Hum
b.
sobota, 15 września 2012
Koszmar z ulicy wiązów czyli polskie drogi
uprzejmie informuje się, że posiadam pisemne usprawiedliwienie nieobecności. usprawiedliwienie w postaci kilku winietek oblepia szybę romana i jest dosłownie i w przenośni nie do zdarcia. powrót z nieobecności był koszmarnie bolesny z wielu zrozumiałych względów jednak najdotkliwszym obuchem we wczorajszym powrocie było piekło jazdy autem z Chałupek do stolicy via matrix na odcinku Piotrków Tryb.- Warszawa w godzinach nocnych. NIGDY WIĘCEJ!!! na skutek powyższego obudziłam się przed chwilą z gigantycznym bólem prawej tylnej potylicy a pachołki w stylu samoobrony nadal śmigają mi przed rozbieganym okiem. gdyby, hipotetycznie, na trasie stał i machał autostopem minister od dróg i au... auto ... autofakstrad – to przysięgam na mą biedną głowę – wzięłabym tego piiiii piiiii piii do auta i najpierw wahadłowo przewiozłabym go tą drogą wte i z wewte powrotem cztery razy niczym galion na masce romana a potem krócicą wydziergała na jago korpusie znak drogi szybkiego ruchu a otwory obficie posoliła tradycyjną solą morską z Włodawy. idę. zaparzę sobie herbatkę zen chai, powącham hrvatską oliwę i ustabilizuję emocje.
b.
b.
środa, 22 sierpnia 2012
Typha latifolia czyli śmierdzący sekret romana
powróciwszy na stoliczne łono po pełnym żeberek, kiełbas i kiszki ziemniaczanej oraz także przepysznych mazurskich widoków oglądanych z siodełka roweru weekendzie zostawiłam romana w przychodni pod opieką specjalisty. po dwóch dniach intensywnej rehabilitacji odebrałam auto jak nowe. z maluśkim, maluteńkim dyskomfortem. po wymianie filtrów powietrza roman capił. capił jak dawno nie oglądana przez hydraulika zapleśniała rura. no topszszsz, pomyslałam.zgodnie z receptą fachowca zapuściłam w dziury klimatyzacyjne piankę pachnącą cypryjskim lasem piniowym, oczywiście w międzyczasie udało misie troszkię zniszczyć skomplikowane urządzenie urywając mu dozownik ale ojtam. skutek był taki, że jadąc romanem w kabinie pilota rozprzestrzeniał się aromat czystego luksusu natomiast gdy tylko roman stawał i nie klimatyzował w aucie rozchodził się swąd wieloletniej zgnilizny. hmmm. oczywiście w pierwszym odruchu gotowam była oskarżyć fachowców z warsztatu o podrzucenie mi do auta szczura w zaangażowanym stopniu rozkładu. ale jednak potem wszczęłam osobiste śledztwo. bo tradycyjnie cóś mię tkło pod żebro instynktem. dojechawszy do domu otwarłam bagażnik. a tam . tkwiły śliczne, świeżo wykoszone ze stawu mazurskiej super-intendent, długonogie kłącza pałk szerokolistnych rozsiewając wokół woń siedemnastowiecznego hydraulika w pełnej krasie intensywnej fermentacji. i oto nagle sekret woniejącego romana wypełz był na jaw jak olej rzepakowy z pierwszego tłoczenia w garnczku wrzątku. tym samym zawiesiłam reklamację i przeniosłam kłącza z bagażnika do salonu kąpielowego licząc na to, że wejdą w atrakcyjną interakcję z lawendowym mydełkiem. no i czekam. trochę capi ale nadal stawiam na zwycięstwo laveduli spicy.
a pozatym co. tak naprawdę wszystko to furda. bo i tak głównie ściskamy kciuki za Sambunię, żeby ze swojego bokserskiego pojedynku wróciła do nas szybciutko zwycieska i w jak najlepszej kondycji. merdając swoim króciutkim rudym ogonkiem.
b.
poniedziałek, 13 sierpnia 2012
zdun kontra basista
spaliwszy na heban kolejne ciasto (uprzednio lekko skręcając z ortodoksyjnego przepisu w dzikie chaszcze fantazyjnej dezynwoltury co zaowocowało nagłym i nieodwracalnym zatopieniem kruszonki na skutek ewidentnego zaburzenia świętego cukierniczego ładu. ale w końcu - ręka do góry kto umie kruszonkę przemieścić z wierzchu na spód nie żonglując tortownicą) stanęłam na klifie, by rzucić się w przepastną przepaść imienia cukierniczych miernot. z oddali wiatr przynosił urywki wielomiesięcznych alaskańskich nawoływań – idź do klasztoru, idź do .. tfu idź do serwisu, idź do serwisu. człowiek o lichej samoocenie nie zwykł był jednak zwalać tak szybko swoich niepowodzeń na czynnik nieludzki czyli na sprzęt. metodycznie jednak wykluczywszy klątwy, mączniaka zbożowego i zbuka w ingrediencjach, doszłam do ściany czyli konkluzji, że tak naprawdę została mi przed lotem w dolinę miernot jedynie bezpośrednia i osobista konfrontacja z piecykiem. tydzień z okładem zajęło mi namierzanie metryki pieca gdyż wydawało mi się, że pozostaje on nadal od ochroną rękojmi. zarówno w standardowych jak i niestandardowych miejscach, w których świstek ten mógł się ukrywać nie było po nim ni widu ni słychu. naszła mię myśl przepotworna, że oto być może spaliłam go wraz z pierwszym wypiekiem a jego popiół zeżarłam mlaskając. i gdy już miałam wycisnąć z jęczącej ściany stosowne walory rekompensujące wizytę fachowca, metryka sama wlazła mi w oko gdy szukałam kleju oraz korka do wanny. te ostatnie niestety nadal pozostają w ukryciu. umówiwszy termin u zduna przezornie nabyłam żrącą niemiecką chemię w celu ekstrapolacji z piekarnika śladów, które musiałyby fachowca natchnąć jedynie słuszna myślą, że oto klientka wzorem człowieka z kromanią wrzuca na ruszt mamuta w budyniu bez użycia foremki. jak powszechnie wiadomo chemia niemiecka jest jak wściekły atak hunów pod wodzą attyli (wiecie, że zszedł z tego padołka na skutek upojenia alkoholowego na własnym weselu? co się zresztą dziwić, to było jego trzechsetne własne wesel. bidulek). ale mówię wam, łatwiej najechać i rozgromić cesarstwo wschodniorzymskie niż usunąć obleczoną w cukier i tłuszcz zendrę z piekarnika. pół dnia z kadłubem w komorze grzewczej z druciakiem i w oparach niezwykle walecznych sulfaktantów i tensydów (niechybnie potomków attyli) przyniosło liche zwycięstwo obarczone wielkimi stratami (nie mam linii papilarnych – ale to akurat się może jeszcze kiedyś przyda) oraz śladami krwawej bitwy w promieniu wielu mil (wanna dekorem nadal przypomina przepiórcze jajo). opowieści koleżanki ju o błyszczącym po ablucji piekarniku napawają mię niepomierną zazdrością oraz, nie ukrywam, znacznym niedowierzaniem. zrezygnowawszy z oblania wnętrza pieca trudno dostępną wodą królewską usiadłam na otomanie i czekałam na fachowca, któren swoim punktualnym przybyciem wbił mnie w osłupienie by w tym czasie rozłożyć mi kuchenkę na kwarki, z których każdy jeden niósł w sobie lepką pamięć dawnych czasów. poczem zagmerał pół minuty we wnętrzu, dokonał resekcji spalonego termostatu i wstawił w to miejsce zupełnie nowy narząd przemyty nadmanganianem potasu. piecyk westchnął ukontentowaniem a ja jęłam wić wizje ciast o spodzie złocistym jak łanżyta o brzasku i kruszonce jak pole słoneczników o słońca zachodzie.
a ponadto będąc w sobotę na koncercie kyle’a estwooda doszłam do wniosku, że z czasem moje dziewczyńskie marzenie o chłopcu z gitarą subtelnie przeewoluowało w faceta z kontrabasem. taki to ma potencjał. słusznie Mistrz o nim pisał:
Szarp pan bas!
Bo jak pan nie szarpie –
krew się w nas
sączy zimnym karpiem.
Rwij pan bas!
Aż wyrzężę, że już pas.
Szarp pan bas!
Bo gdy pan go szarpie –
krew wre w nas,
charczą rytmu harpie.
Szarp pan bas!
Łup pan! Skub pan! Drób pan bas!
Jak pies
warczy w basie
struna w tym czasie
gdy pan ja z werwą rwie.
Jak bies
bas mnie kusi,
gdy go pan dusi –
szyję mu zręcznie ręcznie mnie.
Wal pan w bas!
Bo gdy pan nie wali –
pusto w nas
jak w nieczynnej Sali.
Wal pan w bas!
I szczyp, i mnij,
i skup, i rwij,
i szarp pan bas!
b.
a ponadto będąc w sobotę na koncercie kyle’a estwooda doszłam do wniosku, że z czasem moje dziewczyńskie marzenie o chłopcu z gitarą subtelnie przeewoluowało w faceta z kontrabasem. taki to ma potencjał. słusznie Mistrz o nim pisał:
Szarp pan bas!
Bo jak pan nie szarpie –
krew się w nas
sączy zimnym karpiem.
Rwij pan bas!
Aż wyrzężę, że już pas.
Szarp pan bas!
Bo gdy pan go szarpie –
krew wre w nas,
charczą rytmu harpie.
Szarp pan bas!
Łup pan! Skub pan! Drób pan bas!
Jak pies
warczy w basie
struna w tym czasie
gdy pan ja z werwą rwie.
Jak bies
bas mnie kusi,
gdy go pan dusi –
szyję mu zręcznie ręcznie mnie.
Wal pan w bas!
Bo gdy pan nie wali –
pusto w nas
jak w nieczynnej Sali.
Wal pan w bas!
I szczyp, i mnij,
i skup, i rwij,
i szarp pan bas!
b.
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
benia's adventures in wonderland
posadzenie mi w pokoju nowej koleżanki zdecydowanie nie wpłynie pozytywnie na jej morale. nonszalancko rzucam uwagi o różnych biurowych sytuacjach a potem się zacukuję, że ten typ wiadomości wymaga filtra, którego oczywiście nie użyłam. koleżance raz oczy się rozszerzają, raz blednie a czasem zachichoce. w ogóle jestem antypedagogiczna. oraz nie umiem trzymać rygoru. jeśli ktokolwiek potrzebuje rozpuścić załogę i doprowadzić ją do skrajnej deprawacji służę swoją skromną osobą. na szczęście mamy tu w firmie rewizora srogiego, który potrafi wdrożyć i utrzymać dyscyplinę. byłabym się jej lękała, ale za bardzo ją polubiłam (choć mi ciągle wkłada w oko wykałaczkę – musisz być bardziej asertywna. ba) . mam słabość do pewnych ludzi. w ogóle mam słabość do ludzi i nawet w zwykłej szui trudno mi szuję dostrzec. no wiem, powinnam zmienić nazwisko na prokrastynacja tadeuszowna naiwna. ale mam też nieoczekiwanie sukcesy. na forum uprawy roślin doniczkowych. obsmyczona z zielonego do łysych badyli chińska róża, 20-sto letnia weteranka (którą uprzednio do imentu na słońcu spaliłam do białości wystawiając na nasłoneczniony taras) postawiona w permanentnym cieniu (jak ją już tak obrzyndoliłam z resztek zielonego co to po dwóch dniach kompletnie padło w kryształowym wazonie z mineralną wodą) nagle wybuchła z siłą niespotykanej wegetacji i jęła z suchych badylków wykluwać zielone zawiązki w ilościach nieprzeliczalnych. a wszak już już stała wpierwej w czarnym worze przeznaczonym dla mpo. ale tak jakoś misie żal zrobiło. wywlokłam z wora, podlałam i o. bo każden zasługuje na drugą szansę. hibiscus też. w międzyczasie mały wypadzik w sentymentalne rejony.
dla tych co znają donoszę, że Ruda jak zwykle urocza, gospodarzami serdeczna, przytulna, rozklekotana boćkami, nocą świszcząca nietoperzami, wieczorem pachnąca maciejką i lawendą, obfita w śliczne cukinie, mięsiste pomidory i świeże zioła (wszystko natychmiast trafiło do gara z mielonym indykiem i teraz mam eden na języku).
b.
ps. dla Bambulu
dla tych co znają donoszę, że Ruda jak zwykle urocza, gospodarzami serdeczna, przytulna, rozklekotana boćkami, nocą świszcząca nietoperzami, wieczorem pachnąca maciejką i lawendą, obfita w śliczne cukinie, mięsiste pomidory i świeże zioła (wszystko natychmiast trafiło do gara z mielonym indykiem i teraz mam eden na języku).
b.
ps. dla Bambulu
wtorek, 31 lipca 2012
Wielopój
no i wyjechawszy na Mazury nie widziałam elżuni ze spadochronem. generalnie mało co widziałam poza zniczem, który ostatecznie wyjaśnił tajemnicę, niesionych przez wszystkie towarzyszące poszczególnym ekipom alicje z krainy czarów nocników. za to scenka rodzajowa zaobserwowana nad jeziorem z udziałem spalonych słońcem oraz etanolem tubylców spokojnie mogłaby stanąć w szranki o medal w dyscyplinie gimnastyki akrobacyjnej z drążkiem i traktorkiem. idę o zakład, że żadnej innej ekipie nie udałoby się wykonać tego numeru bardziej efektownie. był to swoisty rodzaj wieloboju, który swój początek niechybnie mieć musiał w jakimś miejscowym geesie, w którym nabyto, sądząc po stanie zawodników na etapie końcowym, znaczącą ilość płynów alkoholizujących. być może ilość tych płynów zdeterminowała użycie w celu transportu domowym sposobem wykonanego traktorka z silnikiem od młockarki i przyczepką zbitą luźno jednym gwoździem z kilku sztachet. prawdopodobnie załadowawszy płynne wiktuały ekipa powinna w najkrótszym czasie dotrzeć nad jezioro celem spożycia w prześlicznych okolicznościach przyrody zawartości przyczepki. tego etapu nie dane nam było śledzić gdyż nad jezioro dojechaliśmy , gdy na stromej skarpie prowadzącej do jeziora stał ten dziwaczny traktorek z pustą już przyczepką. a ponieważ była wczesna przedpołudniowa godzina chłopcy z ferajny musieli naprawdę pobić jakiś rekord w opróżnianiu opakowań. wyczerpujące to zadanie położyło ich pokotem wśród nielicznej acz rozentuzjazmowanej jeziorem miejscowej ludności.
i takich właśnie nasączonych zastaliśmy zawodników przybywając nad wodę. wkrótce jakiś sygnał emitowany na niesłyszalnej dla nas częstotliwości jął podnosić zawodników z murawy ku kolejnemu etapowi. gdyby umieścić tych panów w wirówce pralki i dać długi program z suszeniem włącznie po wyjęciu z bębna musieliby mieć zapewne ruchy właśnie tak zborne jak w trakcie tej zbiórki. przy okazji okazało się, że w cieniu świerków pod ławeczką zadekował się zawodnik całkowicie pozbawiony przytomności . potrącany, szturchany i wzywany do pionu przez kolegów z ekipy błagalnym „krzysiu, krzysiu, krzysiu” pozostawał odporny i nieruchomy niczym głaz narzutowy. w zasadzie powinnam powiedzieć niczym skała. była to ci albowiem niewiasta. powiedzmy, współczesna paralaksa krzysi drohojowskiej. jak ulał pasowałby do niej sienkiewiczowski opis: „… „…Wołodyjowski zbliżył się do Krzysi. Twarz dziewczyny była biała jak płótno, aż lekki meszek nad jej ustami wydał się ciemniejszy niż zwykle; pierś jej wznosiła się i opadała gwałtownie lecz Wołodyjowski wziął łagodnie jej rękę i do ust przycisnął; po czym ruszał czas jakiś wąsikami, jakby zbierając myśli, na koniec ozwał się z wielkim smutkiem, ale i z wielkim spokojem „wstańże krzysiu, wstańże. flaszki puste, nictu po nas, wstańże” lecz dziewczyna nie słuchała, drzemką swą zajęta…”. koledzy z ekipy podjęli jedyną słuszną decyzję, iż krzysię należy załadować na przyczepkę i w domowe odwieźć pielesze. w pełnej pomroczności alkoholowej uruchomili traktorek, zsunęli się nim po stromej skarpie między drzewami i nadludzkim wysiłkiem wykonali tytaniczną pracę ulokowania śpiącej niewiasty na rozpadającej się przyczepce. poczem nie bez trudności sami na przyczepkę się wgramolili i jęli traktorkiem trawersować stromą leśną skarpę gdyż wg. nich jedynie tamtędy prowadziła droga do domu. po drodze przyczepka kilkukrotnie zsuwała się ze zbocza wraz z całym bezładnym ładunkiem w kierunku jeziora ciągnąc za sobą traktorek z ledwo perkocącym silnikiem młockarki i kierowcą utrzymującym równowagę dzięki desperackiemu wczepieniu się w kierownicę. alkohol musiał mu potężnie wypłaszczyć optykę skoro miast kierować się na łagodny leśny dukt zaparł się z całym tym majdanem podjechać pionowo między drzewa. w międzyczasie z przyczepy zsuwali się prawem ukośnej grawitacji poszczególni pasażerowie a na koniec sama przyczepka rozpadła się na kilka zdezintegrowanych kawałków. krzysia tymczasem spała niewzruszenie niczym śpiąca królewna. ostatecznie drużyna oddaliła się zdezelowanym traktorkiem w las pozostawiając nam na pamiątkę kłęby siwych spalin i jednego członka śpiącego z butami pod głową w cieniu sosenki.
cała ta rodzajowa scenka wzbudzała niepomierną radość miejscowych korzystających z uroków leśnej plaży. byłby to więc może prześmieszny scenariusz dla Bustera Keatona albo Charlie Chaplina. byłby, gdyby nie był tak przerażający.
b.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






































