sobota, 4 lipca 2015

o niezamierzonej transplantacji klimatu

bardzo przepraszamy i poniekąd ubolewamy, ale wygląda na to, że niechcący, w naszych pękatych od portugalskich suwenirów walizek prócz półtusz suszonego dorsza, beczułek zielonego wina, akromegalicznych sardynek i wyglansowanych na błysk kostek bruku przywlokłyśmy do ojczyzny, wiedzione nieuświadomionym asumptem także gorący wyż atmosferyczny. ten sam, który był nam towarzyszył w ostatnim dniu pobytu w Lizbonie, nieletko nas wówczas poniewierając (35 st. C), przez co nabrałyśmy maniery istot kiślopodobnych, przemieszczając się ruchem jednostajnie pełzającym jedynie po zacienionych uliczkach i placowych arkadach najbardziej podziwiając kioski z zimną lemoniadą i brzęczącą lodem capirinią , które sącząc błogo poddawałyśmy się wszechogarniającej inercji. od wczoraj tutejszy już termostat zachwiewa mi poczucie wewnętrznej równowagi termicznej oraz otoczenia i zaczynam marzyć o byciu osobnikiem pojkilotermicznym, a niechby nawet i świstakiem lub bodajże ślimakiem (przy okazji uprzejmię donoszę: mrożone ślimaki w sosie czosnkowym z okazji francuskiego tygodnia w lidlu jadą po obróbce termicznej bogatym w plankton zielonym mułem, i jeśli ktoś jest zawołanym lubieżnikiem mułu o aromacie czosnku, rozwielitki i korzenia tataraku to owszem. polecam. wszyscy inni wysublimowani smakosze: ręce i kubki smakowe precz od tych woniejących szlamem mięczaków). rtęć powyżej 36,6 zagęszcza mi krew przez co mam kiepską motorykę i ciężki pomyślunek, na czego karb zrzucam wczorajsze wprowadzone w życie z irracjonalnym przytupem postanowienie wykąpania romana oraz wypolerowania osobistego apartamentu, co zaskutkowało ostatecznie bezdechem przed północą i bezowocną niestety próbą zmieszczenia się w zamrażalniku korpusem (a przecież głowa mi weszła, to co to za bajanie, że jak głowa przejdzie to reszta też – to jakaś jest jednak ściema). skłoniona, choć adekwatniej byłoby rzec, zmuszona osiadłym tropikiem, zamierzałam przemieszczać się po własnym apartamencie zezuwszy wszelkie tekstylia i barchany lecz zupełnie zapomniałam, że jeszcze kilkanaście stopni celsjusza temu nazad była mi ostentacyjnie, bezpowrotnie i nienaprawialnie opadła z hukiem i trzaskiem z okna roleta odkrywając dla sąsiadów z naprzeciwległej kamienicy widok na moją kuchnię oraz pod pewnym stosownie dobranym kątem także na sypialnię, gdyż mieszkanko jest komfortowo kompatybilne czytaj jest wielkości niedużego kurnika. Oko sąsiada nie sięgnie jeno do szafy wnękowej i łazienki, no chyba, że zainwestuje w kamerę termowizyjną ale o taką determinację nie podejrzewam sąsiada z naprzeciwka, no chyba, że upał odebrał mu rozum ze szczętem. Tak więc zezuwszy okrycie wierzchnie pozostało mi zadekowanie się w salonie kąpielowym, co w obliczu konieczności pobierania zimnego prysznica raz na kwadrans chętnie uczyniłam, moszcząc się na noc w przestronnej wannie (ku pamięci: zainwestować w wodoodporny podgłówek). a gdybyśmy miały mieć takie temperatury w Lizbonie, to podejrzewam, że jedynym wspomnieniem byłby kac po wino verde sączonym dniami i nocami na mikrotarasiku naszego apartamentu z obłędnym widokiem na szeroki niczym morze Tag, który wieczorami niósł nam życiodajną bryzę, a dla chcącego dałoby się w tej bryzie odnaleźć aromat, zaraz za rogiem i czterystoma schodkami, grilowanego przez wytrawnego kucharza tuńczykowego steka wielkości czteroosobowej patelni, dopiero co odkrojonego z półtuszy polegującego w wysypanej lodem witrynie knajpy. a wprawne ucho wyłowiłoby z ciszy nocy fadistę i jego poruszającą pieśń niesioną powiewem z alfamskich zaułków. szczęśliwie dla nas, klimat była bardziej łaskawy i udało nam się, przy sprzyjających okolicznościach przyrody balansującej w okolicach 25C, przedeptać miasto dotykając zdziwionymi i zachwyconymi oczyma i palcamy wiele zabytkowych murów mauretańskich i manuelińskich, zdobionych rozkosznie bajkowymi dekoracjami. i dopiero w piątek, gdyśmy zaplanowały wizytę w, szczęśliwie klimatyzowanym, oceanarium pełnym łagodnie usposobionych rekinów, błogo uśmiechniętych płaszczek (na pewno coś palą, niestety do dziś nie wiemy co), bezliku budzących dziką euforię wśród dorosłych i latorośli rybek-nemo oraz skrzeczących odwłokiem krewetek i świetlistych rozwielitek śmigających bokiem pośród zachwycających kształtem i kolorem koralowców, gąbek, ukwiałów i nostalgicznie falujących traw morskich, termostat zwariował i zapodał ca. 40C . powrót do centrum autobusem komunikacji miejskiej wyzuł z nas bezpowrotnie resztki upodobania do ciepłego klimatu. a tymczasem ten klimat przywlokłyśmy niechcący ze sobą w walizkach do Warszawy. sorry ludzkości, very sorry.
b.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

o słów braku

926 zdjęć ze stolicy suszonego dorsza i żadnej możliwości na ich tu umieszczenie. to się nazywa dramat. bo słowa, ech. przynajmniej moje słowa, nie oddadzą magii i niezwykłej urokliwości tych wąskich, krętych jak labirynt szaleńca i obowiązkowo obwieszonych praniem zwisającym nad głowami przechodniów, śliskim brukiem w zawijasowe ornamenty wyłożonych uliczek, tak wąskich, że tramwaj ślizga się ocierając o mikrometry o przepiękne, błękitne, zielone lub wielokolorowe azulejos widniejące na każdej, nawet najbardziej zębem czasu tkniętej kamienicy. a jeśli wąskotorowy tramwaj nie przemyka to tylko dlatego, że musiałby umieć jeździć po schodach (choć prawdopodobnie winda-tramwaj Bica jest tu wyjątkowym wyjątkiem), których tu mrowie a mrowie tak ogromne, że mam dziś cija łydki ze stali od ich przemierzania w górę i w dół. z jednego, ocienionego piniami wzgórza widokowego na kolejne ocienione fioletowo kwitnącą bougenwilią. a jest ich, tych miradouros, niepoliczalna niezliczoność. a wszystkie odbierają dech z zachwytu nad panoramą czerwonych dachów i błękitnego, szerokiego jak morze Tejo. a gdy się udatnie (co nie jest, w ogóle w zasadzie, wcale trudne) zagubić późnym wieczorem w krętych zaułkach Alfamy, to można się do łez namiętnie rozkleić słuchając fado płynącego na żywo z maciupkich knajpeczek, gdzie jeden mandolinista i jedna pieśniarka (i jeden, no maksimum dwa miniaturowe stoliczki, dla wtajemniczonych w koncert gości sączących kawę lub grilowane na parapecie sardynki ) rwą smutną pieśnią na kawałeczki serca i tak trudno jest pogodzić wówczas tchnące nostalgią saudade z poczuciem szczęścia, że oto oddycha się tym samym, rozgrzanym portugalskim słońcem lub schłodzonym oceanicznym wiatrem powietrzem, które śpiewając wdychali Amalia, Mariza, Camane i wszyscy inni, których mam teraz na nabytych w ichniejszym empiku/fnacu płytach i które od soboty rozgrzewają do krwawej czerwoności moje serce i mój słowiański odtwarzacz i nijak nie pozwalają powrócić na ojczyzny łono. Państwo sobie natenczas posłuchają/pooglądają, wprowadzą się w klimat: Carlos Manuel Moutinho Paiva dos Santos vel Camane: sei de um rio. a ja tymczasem idę segregować zdjęcia i snuć plany opowieści o Lizbonie, co skradła mi nieodwołalnie serce i duszę nie biorąc jeńców.
b.

czwartek, 18 czerwca 2015

targi- czyli o niebagatelnym na życie wpływie parówek

w piątkowy wieczór powróciłam na domu łono po tygodniowych targach w Poznaniu. po drodze przejechalim trzykrotnie przez oka cyklonu, podczas którego wycieraczki rozgarniały strugi wody niczym wiosła na rozjuszonym sztormowym morzu. a tymczasem w stolicy cała towarzyska, w mnogości nieprzeliczalna gawiedź, właśnie wylegała nad Wisłę, zupełnie nieświadoma , że za kwadrans będą chybcikiem zbierali kocyki i dyźdali pod mosty, pod ażurowe od ulewy schronienie. jeśli chodzi o spotkania z klientami to bardzo miłe były. baaardzo. pogadaliśmy z rodakami o podagrze, pogodzie, suszy i perspektywach zbioru owoców szypułkowych. żadna z tych rozmów nie nadawała się na sporządzenie merytorycznej notatki o planowanych inwestycjach w maszyny lub narzędzia robiące ping. spodziewam się, że ojciec-dyrektor przejrzawszy segregator z targowymi raportami wezwie mię na dywanik i robiąc wielkie oczy pytajnika zagai z pretensja, a co ja tam właściwie na tych targach robiłam. odpowiedź mam tę samą od lat kilkunastu, więc jestem obkuta na rdzoodporną blachę. kanapki pszepana. kanapki robiłam. setki i tysiące kanapeczek. dla 16 kompulsywnie wygłodniałych rezydentów stoiska. nie licząc tych co na krzywy ryj się załapali. kanapusie z lewoskrętnym korniszonkiem, z kaparkiem na szczycie majonezowej rozetki, z podgrzybkiem na sardynce i z koperkiem na chorizo. no i po co się pyta, co ja robiła, ja się pytam? ostatecznie regularnie przez cztery dni dwa razy dziennie zgłaszał akces i wszak dostawał srebrny plater z jadalnym rękodziełem. a potem zaraz oczywiście szły na front gorące parówki. moim zdaniem powinniśmy je sobie wpisać w logo. gdyby zrobić wśród naszych współwystawców ankietę, z czym ci się kojarzą targi w Poznaniu, oddam głowę pod tępy topór, że chórem odrzekną: z parówkami i kanapeczkami. jeden taki germaniec, wpadłszy ślizgiem na stoisko prosto z samolotu, szerokim łukiem pominął wyciągniętą w geście serdecznego powitania szeroką jak szufla dłoń o-d i udanym mykiem pomeandrował wiedziony nosem ku kuchni, gdzie na widok tac z wypiętrzonymi kanapkami kucnął, załkał i otarłszy ślozy wzruszenia z ócz serdecznie wyściskał wszystkie kucharki (bo było nas mrowie a mrowie) i wyszedł z kuchni dopiero, gdy monterzy zdemontowali w dniu ostatnim targów ściany stoiska.. w międzyczasie oczywiście wybuchały pożary, które jako koordynator serwisu musiałam gasić natentychmiast, czyli jedną ręką dzierżąc telefon, drugą siekając dymkę a trzecią i czwartą organizując i uruchamiając stosowne defibrylatory. ale, proszę ja Was, da się? da się. tylko w raportach potargowych wypadam naonczas wielce, wielce blado (jak sos tatarski). odnotować należy, ku potomności i naprzeciw szturmującej sklerozie, że w tym roku na targowym wieczorku zapoznawczym podrygiwaliśmy wyrywnie a ochoczo na łonie natury na koncercie live w rytm przebojów Genesis, zafundowanym nam przez czasowego rezydenta Poznania, którym jest dawny lider tej grupy, czyli Ray Wilson. nie wchodząc w szczegóły (że np. koleżanka zapałała nagle miłością okrutną do długowłosego Raya /szczęściem dla małżonka, zdjęcie z upajającego uścisku wyszło mdłe i niewyraźnie/ i że pląsaliśmy pod sceną jak małolaty, choć nasz ulubiony klient szwajcarsko-angielski pląsający wraz z nami konsekwentnie zbliża się do siedemdziesiątki, bob kochamy Cię !!!) uprzejmię donoszę, że muzyka lat osiemdziesiątych niezwykle udatnie podnosi poziom współodczówalności radości ponad wszelkie bariery i jednoczy w zabawie ludzi wszelkich przymiotów, zawodów, roczników i zapatrywań. choć ranek the day after nie był fajny. oj.!nie był. no aleśmy dali radę. na targach zaś sok ze słoików z ogórkami cieszył się nadzwyczaj niewymownym powodzeniem. a to wszystko po to, żeby następnego wieczora cała męska(czyli przeważająca ekipa targowa ) mogła około północy wdziać na swe często siwe głowy koronkowe serwety i zanucić międzynarodową dumkę na szesnaście głosów i serc. tego Państwo nie zobaczą w żadnej telenoweli. i dobrze, że nie zobaczą ani nie podsłuchają. bo to było jeno nasze, najnaszniejsze. i wszelkie sowy oraz przyjaciele nie mają tu żadnego dostępu. a we wtorek po targach ojciec-dyrektor wpadł nagle do biura z rozwianym włosem i zażądał migusiem gorących parówek i zimnego piwa (co zrzucamy na syndrom potargowy, gdyż zazwyczaj żąda kawy i dostaje w bonusie słodkiego suchara, bo stale na diecie przebywa przecież). zaskoczeni niezmiernie sklęsnęliśmy gremialnie przeczuwając kłopoty . albowiem. pozostałe po targach browary rozdysponowaliśmy i skonsumowaliśmy do cna w bywszy weekend a parówki wyszły i nie wiadomo, kiedy i jeśli w ogóle powrócą. świadomi niedoborów oraz nagle znienacka najprawdopodobniej utraconej premii zaordynowaliśmy o-dyrektoru suche kabanosy, pleśnią okryty ser, sos pomidorowy udający keczup i siekane maślaki w zalewie octowej. oficjalną informację o targowej nadkonsumpcji o-d niechętnie przyswoił, i widać, wnioskując z marsowego oblicza, że zmierza do skutku drążyć tajemnicę zniknięcia dwóch skrzynek piwa i półtony parówek. biada nam, maluczkim, oj biada.
b.

czwartek, 28 maja 2015

Poniekąd o za paleolityzmem tęsknocie

jak kiedyś człowiek wsiadał do pociągu to wygadać się mógł za wsze czasy z przypadkowymi współpasażerami. a to się trafiła dawna hrabini z Polesia, a to znachor z Podlasia, a to fanatyk spiskowej teorii dziejów z Lublina. żal było wysiadać na docelowej stacji. a i w podróży jajem na twardo poczęstowali i bimbru kapeczkę się wychyliło za wolność i na pohybel. dzisiaj w pociągu głośniej od stukotu kół brzmią klawiatury laptopów i szuranie po ekranie. wszystkie twarze w odcieniu zielono-niebieskim sfokusowane na ciekłokrystalicznych, wertujące poważne elaboraty w obcych językach z mnóstwem wykresów kryjących zaszyfrowane dane na jednych zsyłające premie uznaniowe i uścisk ręki prezesa a innych zsyłające w niebyt lub czeluści piekielne za nieutrzymanie wskaźnika. nie ma, mówię wam, no nie ma w pociągu na trasie stolica- Katowice normalnego człowieka-interlokutora. jak sobie w tym wirtualnie pogrążonym towarzystwie wyjęłam do przewertowania papierowy przewodnik po jednym takim miasteczku, co go mamy w niedalekich planach, żeby wiedzieć z grubsza jak w sposób czasowo skondensowany zanurzyć się w uliczki strome a kręte by jak najpełniej zakosztować urokliwości i klimatu oraz wyczaić, gdzie dają najlepsze bacalhau, to mię omieciono wzrokiem znamionującym odkrycie obecności kosmity. jak się niebawem okazało, atmosfera spotkania, na które nas z ojcem-dyrektorem zaproszono, bardzo z atmosferą przedziału konweniowała. czuliśmy się bowiem jak na wywiadówce, na której nauczyciel wprawdzie nie pamięta imienia ucznia ale słupki mówią jednoznacznie, że statystycznie to uczeń leży. no więc według wyliczeń leżymy i tak leżąc bruździmy im w statystykach a pankontynentalny zarząd (który nigdy w życiu nie widział hali produkcyjnej i nie ma fioletowego pojęcia o specyfice naszej pracy) stosując skomplikowane algorytmy obliczył nam łaskawie ścieżkę wzrostu (w ichnich statystykach), po której moglibyśmy się wspiąć dość łatwo np. rezygnując całkowicie z wynagrodzenia za nasze usługi na rzecz stosownej daniny dla zarządu płatnej zaliczkowo no powiedzmy ugodowo 180 dni przed każdą naszą usługą. w ten oto sposób ich słupki, znaczy nasze słupki, znaczy ich słupki osiągną właściwy a więc pożądany poziom i dział analiz finansowych odetchnie z ulgą na lazurowym wybrzeżu miast siedzieć na zakurzonym dywaniku zarządu w niewygodnej pozie korzącej, czyli na czołobitnych klęczkach. kiedyś, o ho ho dawno bardzo temu, kiedyś moje drogie dzieci było tak, że dzwonił pan Stasio i mówił pani beniu kochana, szlak nam trafił to-siamto-owamto- przybywajcie z odsieczą. a myśmy spiąwszy strzemiona przybywali i naprawiali. dzisiaj jakiś wirtualny system generuje trudno dla prostego człowieka zrozumiały komunikat, który zresztą można odczytać jedynie po wprowadzeniu specjalnego, oczywiście płatnego, kodu/hasła/loginu. wskutek komunikatu należy podjąć określoną pod rygorem unicestwienia procedurę, w której zwykłe onegdaj naprawienie tego-siamtego-owego mniej jest ważne niż słupkowatość statystyki. mierzi mnie to do coraz głębszej szpiku głębi. a przez to, pomysł hodowania kóz w Bieszczadach coraz bardziej kusi. tymczasem in plus delegacji zapisujemy niniejszym wołowe poliki duszone w Koźlaku z musem selerowym serwowane w sosnowieckiej restauracji nieopodal dworca pkp, dokąd udaliśmy się z o-d w celu zajedzenia problemu wszechobecnej korporalizacji . co, wprawdzie na krótką ale wybitnie smaczną metę, nam się udało. i jeśli nadal nasze statystyki będą pełzały i wymagały natychmiastowej naszej obecności na dyscyplinującej wywiadówce to owszem, nie omieszkam zajechać. 2,5 godziny w odhumanizowanym przedziale dam radę, 2 godziny na karnym jeżyku pfff, ale za to potem – miękkie jak masło, wołowe niebo w gębie i możecie mi tymi słupkami, ten, no, nafiukać mi możecie. ale na zaś, pójdę, poszukam wolnej bacówki w Bieszczadach bo korporacyjny trynd wydaje się być w naszej branży we wzrostowych słupkach. mam nadzieję, że kozy o statystyce jeszcze niewiele wią. a jeśli nawet wiedzą, to ją jak wszystko inne, zjedzą i po kłopocie.
b.

czwartek, 21 maja 2015

bezwład beztytułowy

istnieje całkiem nieźle udokumentowana urban legend, iż jakoby właściciele zwierząt upodabniają się do swoich milusińskich. mam to samo, tylko w naszym wydaniu upodabniam się do romana. roman jest wysoki ale dość postawny, pękaty i masywny. lepszej ilustracji mojego wizerunku próżno szukać gdziebądź. kolor ma w odcieniu posiwiałe cappucino – no jak mordę strzelił liściem paprotki włos mój ostatnimi czasy konsekwentnie w tym kierunku zmierza. ale nie tylko wygląd nam się kompatybilizuje. także ogólny stan fizyczny. powolutku sypiemy się synchronicznie. romanowi odpada kolejna felga, mi skrzypi biodro. on dziwnie sapie, jakby miał w sobie dziurawe miechy i pali coraz więcej, ja mu dzielnie sekunduję. i sapię. ostatnio przepaliła się mu wiązka przewodów na skutek czego zaczął generować mylny komunikat o braku hamulców. śledząc aktualne doniesienia z kraju i ze świata czuję, że jedna po drugiej pękają mi żyłki w mózgu a te które nie pękną tlą się próbując rozebrać logicznie nielogiczność. nie wiem jak sprawdzić, czy cierpi na bezsenność, ale chyba jeśli upodabnianie przebiega prostoliniowo, to cierpi. zastanawiam się czemu przypisać podwyższone ciśnienie ale roman pewnie wie czemu, tylko jeszcze nie dociekłam subtelnych aluzji. ale generalnie. jest roman jednak nadal pogodnym, miłym i spolegliwym (w tej pierwotnej definicji) facetem, co w sumie i sobie bez zbędnej skromności przypisuję z tą różnicą, że mam chyba więcej niż roman chromosomów X. ponadto pakowny jest, jakby miał siedem krowich żołądków i tu sobie możemy przybić piątkę/klapę. oraz last bat not list : lubi słuchać tego samego radia co ja. nie ma sposobu by poznać sny romana (może śni o sabrinie w toplesie polerującej lśniącą muskulaturę maski masłem shea, hunołs) , ale jeśli chodzi o mnie to śnię tak intensywnie, kolorowo i różnorodnie, że chętnie oddałabym swoją głowę do jakiegoś zainteresowanego instytutu badawczego. niech mnie podłączą kablami (choć z uwagi na milion kręconych w nocy młynków wokół własnej osi wolałabym wariant bezprzewodowy, gdyż wydłubanie mnie rankiem z kłębowiska kabli mogłoby naukowcom nastręczyć zbyt wielu problemów. wiem, bo mam to co rano budząc się z eklerem kołdrowej poszewki na szyi i prześcieradłem zwiniętym w znak nieskończoności u stóp) i niech zbadają co wyprawia mój mózg, gdy ja próbuje spać. on bowiem we śnie żyje swoim niezwykle intensywnym i samodzielnym życiem projektując mi kilkugodzinne horrory, komedie, dramaty i seriale z udziałem ludzi mi zupełnie obcych lub z udziałem rodziny, znajomych oraz osobistości z pierwszych, drugich i trzecich stron gazet (dla przykładu wymienię choćby: romans z K.T. Toeplizem, w łóżku ze Stingiem /gbur i cham zresztą się okazał/, debata prezydencka z wiadomo kim). mocno-senne bezsenne noce – niezły temat pracy doktorskiej, podpowiadam szeptem, gdyby ktoś szukał inspiracji. i niech mi proszęjawas nikt nie zazdrości. bynajmniej. wyobraźcie sobie rocznie 365 siedmiogodzinnych seansów w kinie, z którego nijak nie możecie się wymiksować. to jest mówięjawam czystej wody HORROR. onegdaj pchnięta chwilowym niedotlenieniem półkul wybrałam się na „Noc reklamożerców”, podczas której wyświetlano najlepsze i chyba najgorsze reklamy z całego świata. najpierw było pełne skupienie, potem euforia, następnie lekkie otumanienie i skurcz gałek ocznych a po czterech godzinach ciężki stupor i pełzanie z obłędem w oczach pod kinowymi fotelami do wyjścia. i ja tak mam co noc proszę państwa. gdybym miała lekkość i łatwość pióra cholernie zdolnego literata, miast lichych reminiscencji z życia, pisałabym odjazdowe fantasmagoryczne opowiadania snów moich szurniętych. może dla tejże przypadłości tak mi podeszły opowiadania Weroniki Murek „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina” – czuję tu bowiem szczególne pokrewieństwo w kreowaniu nierzeczywistej rzeczywistości (bardzo polecam, niech się państwo przy tej lekturze ubawią, oderwą od ram, schematów i wszelkiej logiki i zaczerpną umysłem czystej wyobraźni). a tymczasem wracając na jawę, z niejakim skonsternowaniem skonstatowałyśmy dziś z koleżanką z biura, obdarowane 12 letnią whiskey z okazji szczęśliwego powrotu ojca-dyrektora z urlopu w Irlandii, że częściej na naszych biurkach goszczą flaszki nadobnych napitków niż kwiaty cięte w wazonie. i to on! On! Ojciec-dyrektor winien jest rozpijaniu pańszczyźnianych . gdyż obdarza nas tak od lat dwudziestu bezmała z okazji świąt wszelakich, nie wyłączając himmelfahrt , pfingsten (państwo odnotują uprzejmie w sztambuchu, że to ta najbliższa, niehandlowa niedziela umajona tatarakiem) oraz z okazji dnia górnika, hutnika i metalowca, nie wspominając już o urodzinach, imieninach, rocznicy ślubu, rozwodu , szczepienia na dur brzuszny i pierwszego mleczaka. i za to w sumie ojcu-dyrektoru, jako zapamiętały lubieżnik tychże destylatów, składam tu oficjalnie godblesju o-d.
b.

środa, 20 maja 2015

Oldschoolowym busem po tarchomińskich duktach i niuansach historii


w ubiegłym tygodniu natarcie medialne nocy muzeów zaczęło mi omalże wyłazić z lodówki. lodówkę bowiem traktuję również jako medium, czyli środek masowego przekazu. gdyż to do niej zaglądając rankiem i wieczorem wiem. wiem co zjem. podczas gdy próby wsłuchania się w inne massmedia implikujące mi np. prezydenta nadal powodują, że widzę albo czarną ciemność albo ognie bengalskie z mokrym lontem. a tymczasem lodówka prawdę ci powie a nawet jako multimedialna dostarczy wrażeń wielosensorycznych, od widoku dorodnej pleśni na czymś co kiedyś było chyba jogurtem po swąd pakuneczku, którego pochodzenia, wydobywszy coś szczypcami, nie zamierzam zbyt intensywnie analizować. przekaz lodówki jest klarowny, zero-jedynkowy: non konsumatum-konsumatum. no więc gdy noc muzeów wylazła mi prawie z lodówki postanowiłam jednak podjąć rękawicę. jako tłumofob wsobny natychmiast odrzuciłam peregrynację po mieście. zresztą poprzednie straceńczo podjęte próby zbliżenia ze społeczeństwem w tej szlachetnej idei odstręczyły mię skutecznie, bowiem limit stania w kolejkach uważam za wyczerpany. a tę resztkę co mi jeszcze się ostała zostawiam na potrzeby naszej ulubionej państwowej służby zdrowiu (co mi przypomniało kampanijny postulat panującego prezydenta o uchwaleniu ustawy jakby poniekąd zakazującej chorowania jako antidotum na kulejący Nasz Fundusz Zdrowiażyczący – brawo! tak trzymać!). noc muzeów postanowiłyśmy więc z alaską scelebrować w jakiejś miłej, niszowej sytuacji. najlepiej niedaleko domu, ot rzut filcowym beretem. i oto okazało się, że Tarchomin nas nie zawiódł, a przeciwnie. zawiódł nas po swoich historycznych szlakach, które wbrew temu co o nim mówią, że jest li jeno senną sypialnią stolicy, kryje w sobie wiele sekretów i pasjonujących historii sięgających co najmniej XVII w. wsiadłszy więc wieczorową sobotnią porą w oldschoolowy żółty bus objechałyśmy wiele tarchomińskich i białołęckich ścieżek, które doskonale znamy z naszych bicykolwych peregrynacji ale ich historia była dla nas do tej pory mało lub zupełnie nieznana. nie wiem, czy takie było pierwotne zamierzenie konstruktora busa ale my siedziałyśmy na pięknej stylowej, białej ławce ogrodowej ustawionej na końcu pojazdu a dla wygody nadprogramowych pasażerów obleczonej w czerwony flausz. obok nas siedzieli młodzi fotoreporterzy, którym zawdzięczamy upamiętnione dla potomności profesjonalne zdjęcia z tej wycieczki, na których i nasze skromne oblicza zaistniały i wiszą sobie w sieci (sława, sława, sława!). w dwie godziny objechałyśmy Tarchomin i Białołękę zaglądając do różnych zakamarków tchniętych historią. byłyśmy np. na ul. Ambaras, gdzie hrabia Rej, pasjonat utworzenia na Białołęce warszawskiego SPA z kortami tenisowymi i leczniczym działaniem wydm piaskowych aromatyzowanych endemiczną sosną, zechciał był zakopać sobie skarb w pobliskim lesie. i pomyśleć, że przez kilkanaście lat, w nieprawdopodobnie bliskim sąsiedztwie, uprawialiśmy tam przaśny grilizm miast wyjść na pole i pogrzebawszy patykiem dojść do fortuny(skarbu Rjea), za którą można by tu letko obstalować domek z ogródkiem albo i dwa. no ale. margaritas ante porcos. zanurzeni po kokardkę w grilowanych kotlecikach , kiełbasach i mięsiwach w zalewie (oj, w obfitej zalewie) ani żem myśleli(śmy) o innych niż kulinarne skarby. i tak to domek z ogródkiem przeszedł nam był koło nosa zanurzonego w aromacie dymnej wędzonki z czosnkiem i lubczykiem. ale za to pamiątka po kiełbasach dzielnie trwa w naszych boczkach i fałdach. ponadto obmacałyśmy oficynę domu opieki nad warszawskimi młodocianymi kurtyzanami, w którym w roku 1943 wystawiono dla panien upadłych i dziatek uratowanych przez Irenę Sendlerową Pastorałkę z udziałem Schillera, Barszczewskiej i Miłosza. okazało się również, dzięki opowieściom naszego szalonego przewodnika z lekko jeno ujarzmionym adhd, iż oto w zasadzie mieszkam prawie w nawie pierwowzoru pałacu Mostowskich czyli prawzoru komendy stołecznej policji. zarażone bakcylem zamierzamy odbywać kolejne wycieczki po białołęckich i tarchomińskich duktach o czym nie omieszkam donieść we właściwym czasie. zamierzam nawet zaproponować organizatorom podróż szlakiem nadwiślańskich wyszynków, z których te najprzedniejsze przykleiły się do wiślanego wału i kuszą hamakami, drewnianymi w gęstym listowiu ukrytymi ławami, zapachem smażonej kiełbasy i kiszki ziemniaczanej oraz chwalebną ceną chmielowego. w końcu za lat 50 będzie to w dobie ewolucyjnej cyfryzacji życia już zaiste historia na miarę nocy muzeów. „państwo spojrzą, zakrzyknie wirtualny przewodnik: o tu, tu właśnie siadywali tubylcy, niegdyś wasi protoplaści. i sącząc dziwny, żółty płyn na bazie szyszek chmielowych z sokiem lub bez rozprawiali analogowo, fejs tu fejs bez użycia fejsbuka a wkoło tzw. ptaszyna (żywa, nie syntetyczna) świergoliła jak oszalała, duktem szły dziki z małymi warchlakami, a w nadbrzeżnej gęstwinie bobry obgryzały drzewa (państwo sobie potem w googlach sprawdzą co to ptaszyna, drzewo, chmiel, dzik i bóbr oraz hamak. proszę bardzo, wracamy do woonochoda i lecimy dalej mamy dziś jeszcze w programie przechadzkę zrekonstruowanym starodawnym mostem północnym i w bonusie taras widokowy z pałacu kultury, najniższego budynku stolicy”. zakład, że tak będzie ? a ja tymczasem zamierzam się historiograficznie poświęcić i niebawem zawisnąć w hamaku na wale jako przyszły eksponat z kuflem (bez soku) w garści. czego i Wam życzę.
b.

czwartek, 14 maja 2015

Himmelfahrt, czyli o względności czasu


w całym chrześcijańskim świecie święto Wniebowstąpienia jest świętem ruchomym i odbywa się dokładnie 40 dni po Zmartwychwstaniu. Czyli tegoż roku dziś. wszędzie, lecz nie w Polsce. w Polsce świętujemy tę rocznicę w VII , czyli najbliższą niedzielę wielkanocną. takie zdziwko czasoprzestrzenne małe, że nobojakto? podrapałam się eschatologicznie po zmarszczonym czole nagabnięta przez teutońskich przyjaciół, czemu my, ultrakatolicy Europy nie świętujemy podczas gdy oni i owszem jak każe pismo, świętują i proszę do nas nie dzwonić, nie pisać, światłowodu na próżno nie rozgrzewać. bo nas nie ma i nie będzie aż będziemy, więc najpewniej dopiero w poniedziałek. bowiem instytucja mostków między wolnym czwartkiem a pracującym piątkiem i wolnym weekendem jest uświęcona tradycją panglobalną i nikt tego ludzkości a zwłaszcza masom pracującym nie odbierze i kropka. nawet jeśli ludzkość już nie bardzo kojarzy czemu ma wolny czwartek. wolne dni w te dni po przydają się zwłaszcza Germanom, gdyż w Niemczech jest to jednocześnie święto ojca/mężczyzny celebrowane gremialnym wyjazdem wszystkich mężczyzn na zieloną trawkę, gdzie intensywnie zajmują się suszeniem wysokooktanowych opakowań szklanych i aluminiowych a kobieta wiernie czeka schładzając w domu z umytymi oknami kompresy z krojonego kartofla i kruszonego lodu. no więc, ad rem, przemyśliwując ten fenomen rozbieżności dat wniebowstąpienia najpierw wykluczyłam różnice w strefie czasowej. no mógł Pan wstępować do nieba godzinkę naprzód lub godzinke wstecz ale przeca pozostając wciąż w podobnej długości geograficznej nie całe trzy dni później! więc łaj bożeńku łaj żeś się tak u nas spóźnił?! i tu mi pomysłowy dobromir zrzucił z impetem na ciemię fioletową kulkę bilardową. juhuuu! a było to tak, być może:
przyszedł Jezus do nas Polaków i mówi
- no chłopaki ( myślał pewnie i dziewczyny, ale ten współczesny gender nieco psuje narrację, więc wybaczcie, dziewczyny, pomijam was symbolicznie, takie czasy były zresztą, no) będę się zbierał, pozdrówcie ciocię Jadzię i wujka Albercika . miło było ale pora się zwijać, bo tam na mnie ojciec czeka.
a chłopaki (i dziewczyny pewnie też) co im we krwi słowiańskiej, polskiej krwi najszlachetniejszej na świecie, płynie szeroką strugą tzw. polska gościnność, chórem i hurmem zaprotestowali
- ale Jezus, kochaneńki, gdzie ty się tak spieszysz, tatko poczeka. zobacz, noc taka młoda, bigos się grzeje, Zośka dolepia ruskie pierogi a Heniek poleciał na metę i zaraz będzie patykiem pisane, tak jak lubisz. siadaj stary i się nie wygłupiaj. do nieba zawsze zdążysz.
i usiadł był i został się z nimi. z nami, znaczy. krzesanego zatańczył, przez krzew gorejący, wróć, przez ognisko skacząc, ballady Grzesiuka zanucił, zasmęcił się pod wierzbą nad nokturnem Szopena, w końcu jednak płaszcz otrzepawszy z okruchów baltonowskiego bochenka spojrzał na kolejny poranek i przesączający się w klepsydrze piasek z pustyni błędowskiej oznajmił, że no sorry, ale tu time is ower i wszedłszy w świstoklik znikł był i tyle go widzieli. a było to trzy albo i cztery dni po tym, jak się pożegnał z całą świata resztą. i na pamiątkę tego wydarzenia świętujemy odmiennie. co w te dni w biurze skutkuje squashem w miejsce ping-ponga. bowiem w normalne dni gdy piszę do Germańca , że ja cię tu pożądam, to on mi natentychmiast piłeczkę odrzuca i odpowiada, że proszsz bardzo, bitte sehr, dajesz 10000 euro i mnie masz. a gdy piszę w te dni mostkiem weekend spinające to on mi nic nie pisze, tylko maszyna jak ściana oddaje na pytanie automatem, że pana nie ma w domu i może wróci, jakbógda, za czas bliżej nieokreślony (bo w sumie, kto wie jak długo na czele nosić trzeba kartofla z lodową kruszonką by ból istnienia czytaj ciemienia ustąpił). i tak to dzięki temu czasowemu przesunięciu Wniebowstąpienia miałam dziś cija w pracy luzik. a w związku z tym zachodnim mostkiem na jutro zaplanowaliśmy sobie gardenparty z sajgonkami, na które się mi właśnie marynuje w hoi sin souse łosoś oraz dojrzewa kolendra. więc. jeśli Państwo zechce do nas jutro zadzwonić, to prawdopodobnie nie wejdziemy w interakcję. ale automat zgłoszeniowy chętnie przyjmie wasze wnioski i uwagi (zażalenia jakoś się nie nagrywają, wada ukryta fabryczna nagrywarki. a za nią nie ponosimy odpowiedzialności).
b.