wtorek, 30 listopada 2010
auć
franek wlazł na 3,1465.
idę się zapisać do wojujących antyglobalistów.
i zapalę lawendową świeczkę na zaś św. Franciszkowi. bowiem nie mogę znieść, że moje starzejące się z roku na rok (bo blok, nie dworek), obłożone kredytem mieszkanie jest z dnia na dzień wbrew prawom logiki coraz droższe i droższe i droższe. i w tym kontekście – w obronie mojego portfela pójdę w prymitywny koniunkturalizm i cyniczną hipokryzję.
jeśli jeszcze w kolejce po cukierka do cioci unii łapki wyciągnie portugalia i hiszpania to franek wystrzeli w kosmos . ... na szczęście prace przy północnym są całkiem zaawansowane.
b.
niedziela, 28 listopada 2010
figliki biurowe
oraz chcę jeszcze donieść, że zaskarbiona u ojca-dyrektora instalacją jesiennej wizualizacji bożonarodzeniowej choinki przychylność poniekąd uratowała mi rzyć przed wyrzuceniem nabruk. otóż bowiem ojciec-dyrektor zszedłszy (przypominamy ulubiony imiesłów ...) z wysokości swojego gabinetu ku nam maluczkim na rutynową inspekcję natknął się był w kącie na pokaźną rurę żelazną, którą uznał za środek bezpośrednie obrony płci nadobnej przed złoczyńcami czyhającymi tu w biurze na owąż nadobną cześć. poczem wpadł w filozoficzny nastrój i wygłosił płomienną mowę zakończoną łzami w oczach i sentencją skierowaną do upośledzonego w percepcji sztuki nowoczesnej kolegi że ” no i niech pan powie, kim byśmy my mężczyźni byli bez niewiast na tym świecie. bylibyśmy zerem, nothing byśmy byli”. na co ja, błyskając opętanym refleksem, odmruknęłam znad furkającej pod palcami klawiatury „ein grosses nothing bylibyście, indyd”. w milisekundzie powietrze w biurze zlodowaciało a ojciec-dyrektor przygarbiony podreptał do swojego gabinetu na pięterku murmocząc pod nosem, że jednakowoż było to trochę z mojej strony „ubermutig” (swawola w niebezpiecznej kompilacji z pychą i bezczelnością). przeanalizowawszy swoją błyskotliwą wypowiedź solidnie się zasępiłam, bo dalibóg nie było moją intencja sponiewieranie ojca-dyrektora ad persona a raczej jeno per procura. więc. wykazałam skruchę oraz zwaliłam wszystko na wtórną pomroczność, do której doprowadziła mnie sztuka konceptualna i zameldowałam gotowość poniesienia konsekwencji. ojciec-dyrektor okazał szeroki wachlarz łaskawego wyrozumienia i darował mi szafot pod warunkiem, że poza nabyciem złotego brokatu uwarzę kapusty z grzybami na nasze świąteczne spotkanie. i tak to brokat i tegoroczny grzybny urodzaj uratowały mi rzyc(ie).

niedziela, 21 listopada 2010
doniesienia kurtularne
powrót z kina o 1:30 nad ranem oznacza w oczywistej konsekwencji jet leg z klasycznym objawem zaburzenia snu. no to co. ponieważ o tej porze w telewizorze lecą tylko pionowe wielobarwne paski lub marne pseudopornosy zaprosiłam do łóżka pana Manna, który nie został saxsofonistą. no nei wiem. najpierw się na autora obraziłam. chyba liczyłam na więcej. pogodna opowiastka o tym jak zafascynowanie rockandroll ‘em otwiera zaryglowane przed nieustosunkowanym śmiertelnikiem drzwi a to do źródeł muzyki a to do eteru a to na sceny amfiteatrów. jak dla mnie lektura obowiązkowa dla pokolenia, które zaposiada ulubioną muzę jednym czy dwoma kliknięciami (pszprszm jestem staromodna, zapewne nie klikają bo mają ekran dotykowy) w internetowy matrix i zachwyca się utworami nie mając fioletowego pojęcia o tym, że stanowią zgrabnie zaaranżowany cover utworu, nagranego, gdy nie był nawet jeszcze dwoma paskami na teście ciążowym a jego rodzice prawdopodobnie ewoluowali właśnie ochoczo z moruli w balstulę. a potem w sumie się odobraziłam. bo pan Mann jest niezwykle konsekwentny i naprawdę napisał tylko (buuu) to, co w przedsłowie zapowiedział: opowieść o poznawaniu świata muzyki. ni mniej ni więcej (niestety).
a gdy nadejszła niedziela poszłyśmy sobie na wystawę „Amerykanin w Warszawie. Stolica w obiektywie Juliana Bryana 1936–1974”. na co dzień jestem równie ckliwa, sentymentalna i uczuciowa niczym metalowa skrzynka na narzędzia. dziś zdążyłam przekroczyć progi wystawy i coś mi wewnątrz pękło. Warszawa w trakcie i po wrześniowych bombardowaniach a.d. 1939 . pierwsze trzy zdjęcia i byłam ugotowana. łzy mi popłynęły jakbym sobie do oczu wsadziła po dorodnej czuszce. a przecież wychowana w kulcie celebrowania każdej powojennej dekady, nasączona za młodu „Kolumbami rocznik 20” , „Miastem nieujarzmionym” i archiwalnymi odcinkami Polskiej Kroniki Filmowej powinnam być zaimpregnowana na ten rodzaj wzruszeń. nic z tego. zdjęcie: dwóch małych chłopców w krótkich spodenkach i kusych paltocikach ciągnie przez powrześniowe zgliszcza Warszawy sanki. kap. zdjęcie: grupka dzieciaków na gruzach Warszawy – na pierwszym planie chłopczyk w jednym tylko bucie. kap. zdjęcie: w oknie zrujnowanego domu strzępy firanki i twarz przejmująco smutnej kobiety o pięknych rysach a przed nią zwrócona twarzą do operatora figurka Matki Boskiej. kap. kap. kap. ja wiem, że na świecie było i jest tyle przerażający nieszczęść i katastrof i dramatów. ale. zrujnowaną wojną Warszawę i tragedię jej mieszkańców musiałam w jakiś niewytłumaczalny sposób odziedziczyć w genach. swoista pamięć doznanego przez TO miejsce cierpienia tkwi utajona pod moją skórą i wypłynęła dziś strumieniem łez pobudzonych fotografiami Juliena Bryana.

a w okolicach północy odkładam na stolik pochłoniętą w kilka godzin książkę nabytą przy okazji zaplątania się w półki muzealnej księgarni. zamykając lekturę wzrok mi się ślizga po okładce z ceną i budzi się we mnie kutwiańskość zgryźliwie podszeptująca, że taki sposób czytania jest niezmiernie nieekonomiczny . a nadto jest wyrazem braku szacunku dla autora, który aby tę książkę napisać potrzebował paru miesięcy nad klawiaturą. oraz, co istotniejsze, paru lat w terenie poświęconych śledzeniu zawiłych losów swoich bohaterów, wyplątywaniu ich ze zbędnego zagmatwania i syntetyzowaniu fascynujących opowieści. ta książka próbująca wyjaśnić skąd pochodzą „pohodni” Czesi skłoniła mnie do niechętnego przytaknięcia, że i owszem my tu naród nadbałtycki rozpostarty między Azją i Europą trochę nadmiernie jesteśmy przepełnieni etosem, patosem i martyrologią. podczas gdy kilka kilometrów na południe od Wałbrzycha do tego stopnia anihiluje się istnienie w życiu tragedii/patosu/nieszczęścia, że nawet poważne dramaty wystawiane są w teatrach z dopiskiem groteska (przynęta na pt. widzów) a rzeczywistość nie spuentowana żartem nie jest wiarygodna ni godna uwagi. co dziwne, mimo obfitości dobrego samopoczucia nie można Czechom zarzucić bynajmniej absolutnej bezrefleksyjności trudnia gucia. pan Mariusz Szczygieł pisze nie dość, że cholernie zajmująco to jeszcze literacko pięknie (bez patosu i zadęcia) i musze sobie obstalować na jego książki dodatkową półkę u stolarza.
b.
środa, 17 listopada 2010
kur kur kur kurkuma i binokle z opiekaczem
idę tradycyjnie wzuć kostium i czepek. boszszsz. jaka ja jestem nieszczęśliwa w te środy.
b.
ps. 22.12
Se wróciłam. i takie mam spostrzeżenie na dzisiaj, że iż oto w tym basenie nabawiam się powoli nowej traumy. bo jak człowiek płynie krytą (sic!) żabką to we wodzie widzi jeno kadłuby bez głów. cały basen bezgłowych kadłubów poruszających się w bardziej lub mniej histerycznym pląsie św. wita. trochesie bojesie. b.
czwartek, 11 listopada 2010
litania nad saganem
b.
środa, 10 listopada 2010
trochę nie lubię śród
no nicto. ide wzuć kostium. a marciński niech czeka . będzie mi dziś motywatorem. z wymoczonym i wychlorowanym sumieniem wsunę go po powrocie.

wtorek, 9 listopada 2010
o'gary nie poszły w las
b.
niedziela, 7 listopada 2010
"zanim odejdą wody" czyli meksyk w texasie
cholera. klawiatura się mi kolebie. zgubiłam jej bowiem jedną nóżkę. nie wiem jak droga redakcjo. w gubieniu czegokolwiek zaczynam osiągać szczyty. no wiec na tej kolebiącej napiszę, że nowy film z Robertem Downeyem Juniorem jest pyszną komedią. może on i ma jakieś przesłanie. ale mnie głównie rozbawił do łez. ma takie wyświechtane gagi i jest kalką kilku filmów drogi ale naprawdę jest absurdalnie śmieszny. może dlatego, że pan rezyser nie boi się użyć komediowych gagów w sposób bezczelny i nie każe domyślać się ukrytego humoru zawijając go w liczne wyrafinowane warstwy głęboko psychologicznie uzasadnionych relacji międzyludzkich. oczywiście nie jestem obiektywna albowiem od lat kocham się w RDJ a nadto w filmie gra buldożek francuski -moje psiejskie marzenie. a ponieważ. na buldożka mimo wszelkich przeciwności losu i tak mam większe szanse niż na RDJ więc mój subiektywizm jest mocno uzasadniony. idźcie na film i się pośmiejcie. bo cóż innego nam zostało w tych niesprzyjających okolicznościach przyrody.

b.
sobota, 6 listopada 2010
cholerna karma
b.
środa, 3 listopada 2010
pływak żółtobrzeżek
b.